Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Wydziedziczeni [The Dispossessed - pl]
Wydziedziczeni [The Dispossessed - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Wydziedziczeni [The Dispossessed - pl]

Электронная книга - «Wydziedziczeni [The Dispossessed - pl]». Краткое содержание книги:

Mieszkaniec planety Anarres, fizyk imieniem Szevek, nigdy nie potrafi zrezygnować z prawa do odrębności, do osobistej wolności, dlatego czuł się nieszczęśliwy będąc członkiem społeczeństwa ludzi całkowicie równych. Idealnym wyjściem w tej sytuacji wydaje się emigracja na sąsiednią, wrogą planetę Urras. Szevek otrzymuje zaproszenie i opuszcza ojczyznę, lecz już na pokładzie statku kosmicznego zdobywa pewne niepokojące informacje o Urras. Statek niebawem wyląduje…

Powieść otrzymała nagrodę Nebulę w 1974 i Hugo w 1975.
1 ... 39 40 41 42 43 44 45 46 47 ... 95
Перейти на страницу:

— Trzecie drzwi na lewo.

Wróciwszy z ubikacji, Bedap zaproponował, że prześpi się na podłodze, ale ponieważ nie było dywanu, ciepły zaś koc tylko jeden, Szevek uznał ten pomysł za głupi. Obaj byli w ponurym nastroju i wściekli, przepełnieni urazą, jakby stoczyli ze sobą pojedynek na pięści, lecz nie zdołali wyładować całego gniewu. Szevek rozwinął pościel i położyli się. Po zgaszeniu lampy napełniła pokój srebrzysta ciemność — półmrok miejskiej nocy, kiedy to światło odbija się bladą łuną od leżącego na ziemi śniegu. Było zimno.

Z wdzięcznością przyjmowali ciepło swoich ciał.

— Wycofuję to o kocu.

— Słuchaj, Dap, ja nie chciałem…

— Och, pogadamy o tym jutro.

— W porządku.

Przysunęli się do siebie bliżej. Szevek przekręcił się na brzuch i po paru minutach już spał. Bedap próbował nie usnąć, ale po chwili zsunął się w ciepło, i głębiej jeszcze: w bezbronność i ufność snu. W nocy jeden z nich krzyczał coś przez sen. Drugi, mamrocząc słowa otuchy, wyciągnął ospale rękę — i ślepy, ciepły ciężar tego dotyku przeważył nad wszelkim strachem.

Spotkali się następnego dnia wieczorem, aby się zastanowić, czy powinni, czy też nie, żyć ze sobą przez jakiś czas jak za młodych lat. Należało to omówić, ponieważ Szevek był zdecydowanie heteroseksualny, Bedap zaś zdecydowanie homoseksualny, więc przyjemność z takiego związku przypadłaby głównie Bedapowi.

Szevekowi zależało jednak bardzo na odnowieniu starej przyjaźni, gdy się więc zorientował, jak wiele znaczy dla Bedapa jej seksualna strona, że stanowi dlań ona prawdziwe jej dopełnienie, ujął sprawy w swoje ręce i dopilnował, z czułym naleganiem, żeby Dap spędził z nim również i noc. Wprowadzili się do wolnej pojedynki w bloku w śródmieściu i mieszkali tam razem około dekady; potem się znowu rozeszli, Bedap wrócił do swojej noclegowni, Szevek do pokoju numer 46. Żadna ze stron nie odczuwała dostatecznie silnego pożądania, aby ten związek mógł trwać. Odnowili po prostu wzajemne do siebie zaufanie.

Widując się z Bedapem niemal codziennie, Szevek zastanawiał się czasem, za co też darzy go taką sympatią i ufnością. Obecne poglądy przyjaciela uważał za odpychające, jego natrętną zaś skłonność do ich omawiania za męczącą. Spierali się zażarcie niemal przy każdym spotkaniu. Zadali jeden drugiemu niemało bólu.

Rozstając się z Bedapem, Szevek wyrzucał sobie czepianie się przeżytej lojalności, nic więcej, i przysięgał sobie z gniewem, że więcej się z Bedapem nie zobaczy.

Nie sposób było jednak zaprzeczyć, że bardziej lubił go jako mężczyznę niż przedtem jako chłopca. Nieporadny, namolny, dogmatyczny, wywrotowy — to wszystko można mu było zarzucić, zdobył sobie jednak wolność myśli, której Szevek pragnął, chociaż jej przejawów nienawidził. Miał świadomość, że Bedap odmienił jego życie, że ruszył wreszcie z martwego punktu i że stało się to za sprawą druha z lat młodości. Walczył z nim o każdy krok na tej drodze, a jednak wciąż do niego wracał — żeby kłócić się, zadawać rany i rany odbierać, żeby — wśród zaprzeczeń, odtrąceń, gniewnych dąsów — znaleźć to, czego szukał. Nie wiedział, czego szuka.

Ale wiedział, gdzie tego szukać.

W sferze myśli był to w jego życiu okres równie smutny co wcześniejsze lata. Nadal nie posuwał się w swej pracy; prawdę mówiąc, odszedł całkowicie od fizyki czasu i wrócił do skromnych prac laboratoryjnych; w asyście zręcznego, milczącego technika przeprowadzał rozmaite doświadczenia nad promieniotwórczością, badał prędkości subatomowe. Było to pole dobrze już wydeptane, toteż jego spóźnione na nie wstąpienie zostało przez jego kolegów przyjęte jako przyznanie się do porażki w próbach uchodzenia za oryginalnego. Syndykat członków Instytutu przydzielił mu kurs przygotowawczy z fizyki matematycznej. Nie doznał uczucia triumfu z przyznania mu nareszcie samodzielnych zajęć, tak to bowiem właśnie wyglądało — przydzielono mu je, zezwolono mu na nie. Nic go już nie cieszyło. Fakt, że ściany jego sztywnego, purytańskiego sumienia poszerzyły się tak radykalnie, zapewniało wszystko prócz komfortu. Odczuwał chłód, czuł się zagubiony. Ale ponieważ nie miał się dokąd wycofać, żadnego miejsca, gdzie mógłby się schronić, brnął w ten ziąb coraz dalej, coraz beznadziejniej zagubiony.

Bedap miał wielu przyjaciół — kapryśną, wiecznie niezadowoloną paczkę — spośród których paru zapałało sympatią do nieśmiałego odludka. Szevekowi nie byli oni bliżsi od jego pospolitszych znajomych z Instytutu, ciekawsza jednak wydawała się ich umysłowa niezależność. Zachowywali wolność przekonań nawet za cenę ekscentryczności. Kilku z nich należało do intelektualnych nuchnibi, którzy od lat nie splamili się pracą na stałej posadzie.

Szevek — gdy nie przebywał w ich towarzystwie — potępiał ich surowo.

Był w ich gronie kompozytor imieniem Salas. On i Szevek zapragnęli uczyć się jeden od drugiego. Salas był na bakier z matematyką, lecz gdy tylko Szevek był w stanie objaśniać mu fizykę w analogicznym albo doświadczalnym trybie, okazywał się chętnym i pojętnym uczniem. Szevek równie chłonnie słuchał wszystkiego, co Salas mógł mu wyłożyć z teorii muzyki, oraz wszystkiego, co mu puszczał z taśmy lub wygrywał na swym portatywie. Niektóre jednak rzeczy, jakich się od kompozytora dowiedział, poruszyły go do głębi. Salas dostał skierowanie do brygady kopaczy kanałów na równinach Temae, na wschód od Abbenay.

Na trzy dni, które miał wolne w dekadzie, zjeżdżał do miasta i zatrzymywał się u którejś z dziewcząt. Szevek zakładał, że bierze on te skierowania, bo chce dla odmiany popracować trochę na świeżym powietrzu, lecz później dowiedział się, że Salas nigdy nie dostał skierowania na posadę związaną z muzyką ani do żadnej innej pracy jak tylko do niewykwalifikowanej.

— Jakie ty masz zaszeregowanie w Kompopracu? — zapytał zdumiony.

— Kartel robót ogólnych.

— Ależ ty jesteś wykwalifikowany! Spędziłeś sześć czy osiem lat w konserwatorium Syndykatu Muzyki, czyż nie? Dlaczego nie skierują cię do uczenia muzyki?

— Kierowali. Odmówiłem. Jeszcze przez jakieś dziesięć lat nie będę gotów do nauczania. Pamiętaj, że jestem kompozytorem, a nie wykonawcą.

— Ale przecież muszą istnieć jakieś posady i dla kompozytorów.

— Gdzie?

— W Syndykacie Muzyki, jak przypuszczam.

— Tylko że syndykom muzyki nie podobają się moje kompozycje. Ani wielu innych nie bardzo, jak na razie, za nimi przepada.

Nie mogę stanowić syndykatu sam dla siebie, prawda?

Salas był małym kościstym człowiekiem, wyłysiałym już na górnej części twarzy i ciemieniu; resztkę włosów nosił krótko w postaci jedwabistego, beżowego opierzenia na karku i wokół podbródka. Miał zniewalający uśmiech, siateczką zmarszczek pokrywający jego wyrazistą twarz.

— Widzisz, ja nie piszę tak, jak mnie nauczono pisać w konserwatorium. Piszę muzykę dysfunkcjonalną. — Uśmiechnął się jeszcze bardziej ujmująco niż zwykle. — Oni życzą sobie chorałów. Ja nie znoszę chorałów. Oni życzą sobie takich rozwlekle harmonicznych kawałków, jakie pisał Sessur. Ja nie znoszę muzyki Sessura… Piszę teraz utwór na orkiestrę kameralną. Sądzę, że mógłbym dać mu tytuł Zasada jednoczesności. Pięć instrumentów, z których każdy gra odrębny, powracający temat; żadnej przyczynowości muzycznej; proces progresywny dokonuje się wyłącznie poprzez wzajemną relację części. Stwarza to cudowną harmonię. Ale oni jej nie słyszą. Nigdy jej nie usłyszą. Nie są do tego zdolni.

Szevek zamyślił się na chwilę.

— A gdybyś tak nazwał swoją kompozycję Uroki solidarności — zapytał — czy wówczas by usłyszeli?

1 ... 39 40 41 42 43 44 45 46 47 ... 95
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)