Wydziedziczeni [The Dispossessed - pl]
- Автор: Гуин Урсула К. Ле
- Год: 1993
- Язык: польский
- Год: Phantom Press International
- ISBN: 83-7075-502-X
- Переводчик: Lukasz Nicpan
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Wydziedziczeni [The Dispossessed - pl]». Краткое содержание книги:
Powieść otrzymała nagrodę Nebulę w 1974 i Hugo w 1975.
W pierwszych latach po Osiedleniu mieliśmy tego świadomość, byliśmy na to uczuleni. Nasi przodkowie bardzo wyraźnie odróżniali wówczas zarządzanie od rządzenia ludźmi. Czynili to zaś z takim powodzeniem, że zapomnieliśmy, iż wola dominacji jest istotom ludzkim wrodzona na równi z impulsem świadczenia sobie wzajemnej pomocy, i musi być z każdej jednostki, z każdego nowego pokolenia rugowana. Nikt nie rodzi się odonianinem, podobnie jak człowiekiem cywilizowanym! Ale myśmy o tym zapomnieli. Nie uczymy wolności. Wychowanie, ta najważniejsza czynność społecznego organizmu, skostniało, stało się moralizujące, autorytatywne. Dzieciaki uczą się klepać słowa Odo jak papugi, jakby to były prawa — koszmarne bluźnierstwo!
Szevek zawahał się. Jako dziecko, a nawet i tu, w Instytucie, poznał na własnej skórze aż za dobrze taką edukację, o jakiej mówił Bedap, aby móc odeprzeć jego zarzuty.
Bedap bezlitośnie wykorzystał swoją przewagę.
— Zawsze jest łatwiej nie myśleć na własny rachunek. Znaleźć sobie jakąś milutką, bezpieczną hierarchię i umościć się w niej.
Byle nie wprowadzać żadnych zmian, nie zaryzykować niechęci innych, nie zakłócić spokoju swoich syndyków. To zawsze najłatwiejsze — pozwolić sobą rządzić.
— Ale przecież to nie jest rząd, Dap! Eksperci i starzy wyjadacze zdominują każdą załogę czy syndykat; najlepiej się znają na robocie. Ostatecznie robota musi jakoś iść! Co do KPR, zgoda, mogłaby się istotnie przekształcić w układ hierarchiczny, w strukturę władzy, gdyby nie została zorganizowana tak, żeby temu właśnie zapobiegać. Spójrz, jak jest urządzona! Ochotnicy, wybrani w drodze losowania; roczne szkolenie; potem cztery lata na Liście; potem do widzenia. Nikt nie zdoła zagarnąć władzy — w sensie dyktatorskim — w podobnym systemie, do tego jeszcze w cztery lata.
— Niektórzy pozostają dłużej niż cztery lata.
— Doradcy? Nie mają prawa głosu.
— Głosy nie są ważne. Za kulisami stoją ludzie…
— Dajże spokój! To czysta paranoja! Za kulisami — o czym ty gadasz? Za jakimi kulisami? Każdy może uczestniczyć w dowolnym zebraniu KPR, a jeśli jest syndykiem zainteresowanym danym przedmiotem, może też zabierać głos w dyskusji i głosować!
Chcesz powiedzieć, że mamy u siebie polityków?
Szevek był wściekły na przyjaciela; jego odstające uszy płonęły szkarłatem, mówił podniesionym głosem. Było już późno, w żadnym z pokoi po drugiej stronie dziedzińca nie paliło się światło.
Desar z pokoju numer 45 zapukał w ściankę działową, prosząc o ciszę.
— Mówię o tym, o czym ty sam dobrze wiesz — ściszonym do szeptu głosem odrzekł Bedap. — Że właśnie tacy ludzie jak Sabul kierują faktycznie KPR — i to od lat.
— Skoro o tym wiesz — rzucił Szevek ochrypłym, oskarżycielskim szeptem — czemuś tego publicznie nie ogłosił? Dlaczego, skoro dysponujesz faktami, nie zwołałeś w swoim syndykacie sesji krytycznej? Jeśli twoje podejrzenia nie wytrzymają publicznego badania, nie chcę ich tu wysłuchiwać jako szeptów o północy.
Oczy Bedapa zwęziły się, upodobniły do stalowych paciorków.
— Bracie — powiedział — jesteś zadufany w sobie. Zawsze taki byłeś. Choć raz wyjrzyj na świat z tego swojego cholernego czystego sumienia! Przyszedłem do ciebie i gadam tu szeptem, bo wiem, że mogę ci zaufać, do cholery! Z kimże innym mógłbym o tym pogadać? Czy to chcę skończyć jak Tirin?
— Jak Tirin? — zapytał zaskoczony Szevek podniesionym głosem.
Bedap uciszył go, wskazując gestem ścianę.
— Co się stało z Tirinem? Gdzie on jest?
— W Sanatorium na wyspie Segvina.
— W Sanatorium?
Siedząc na krześle bokiem Bedap przyciągnął do brody kolana i objął je ramionami. Mówił teraz cicho, z niechęcią:
— Tirin napisał sztukę i wystawił ją, w rok po twoim wyjeździe.
Była śmieszna, zwariowana; znasz jego rzeczy. — Przesunął dłonią po szorstkich piaskowych włosach i rozpuścił warkocz. — Głupcom mogła się wydawać antyodońska. Nie brak głupców. Podniósł się szum. Dostał naganę. Publiczną. Nigdy wcześniej czegoś podobnego nie widziałem. Ludziska walą hurmem na zebranie syndykatu i zmywają ci głowę. Robiło się tak, gdy trzeba było natrzeć uszu jakiemuś panoszącemu się brygadziście albo zarządzającemu. Obecnie posługują się tą metodą tylko wówczas, gdy chcą zakazać jednostce samodzielnego myślenia. To było straszne. Tirin nie mógł się z tym pogodzić. Myślę, że faktycznie trochę mu się od tego pomieszało w głowie. Od tamtej pory uważał, że wszyscy są przeciwko niemu. Zaczął za dużo gadać — takie gorzkie gadanie.
Nie żeby nierozsądne, ale zawsze krytyczne, zawsze pełne jadu.
I gadał tak z każdym. No i cóż, przestał pracować w Instytucie, zakwalifikowano go jako instruktora matematyki i wystąpił o skierowanie do pracy. Otrzymał je. Do brygady naprawy dróg w Południoniżu. Protestował, że popełniono błąd, ale komputery Kompopracu potwierdziły skierowanie. Więc pojechał.
— Tir, odkąd go znam, nigdy nie pracował na powietrzu — wtrącił Szevek. — Od dziesiątego roku życia. Zawsze się wkręcał do papierkowej roboty. Kompoprac postąpił sprawiedliwie.
Bedap puścił tę uwagę mimo uszu.
— Naprawdę nie wiem, co tam zaszło. Pisał do mnie parę razy, za każdym razem z innego miejsca pracy. Kierowano go zawsze do pracy fizycznej w małych wspólnotach gdzieś na końcu świata.
Napisał, że rzuca posadę i wraca do Północoniżu, żeby się ze mną zobaczyć. Nie przyjechał. Przestał pisać. Odnalazłem go wreszcie przez Rejestr Zatrudnionych w Abbenay. Przysłali mi kopię jego karty, ostatni wpis brzmiał po prostu: „Terapia. Wyspa Segvina”.
Terapia! Czy Tirin kogoś zamordował? Czy kogoś zgwałcił? Za cóż innego posyła się ludzi do Sanatorium?
— Do Sanatorium w ogóle się nikogo nie posyła. Trzeba samemu poprosić o skierowanie.
— Nie wciskaj mi tu kitu — uniósł się zapalczywie Bedap. — On nigdy nie prosił, żeby go tam posyłano! Doprowadzili go do obłędu, a potem go tam zapudłowali. Stary, ja mówię o Tirinie, o Tirinie. Czy ty go jeszcze w ogóle pamiętasz?
— Poznałem go wcześniej od ciebie. Czym więc jest według ciebie Sanatorium — więzieniem? Ależ to schronisko. Jeśli przebywają tam mordercy i bumelanci, to tylko dlatego, że sami prosili, by posłać ich tam, gdzie nie będzie na nich wywierana presja i gdzie nie będzie groziła im kara. Kim jednak są ci ludzie, o których z uporem mówisz „oni”? „Oni” doprowadzili go do obłędu, „oni” to, „oni” tamto. Czy chcesz powiedzieć, że cały system społeczny jest przeżarty złem, a „oni”, prześladowcy Tirina, twoi wrogowie, to w gruncie rzeczy my — organizm społeczny?
— Jeśli potrafisz z czystym sumieniem wyrzucić Tirina z pamięci jako bumelanta, nie wydaje mi się, abym miał ci coś więcej do powiedzenia — szepnął skulony na krześle Bedap. W jego głosie zabrzmiał tak wielki i szczery żal, że święte oburzenie Szeveka w jednej chwili zgasło.
Przez chwilę obaj milczeli.
— Pójdę już lepiej — oznajmił Bedap, rozprostowując zesztywniałe członki i wstając.
— Ależ to godzina drogi. Nie wygłupiaj się.
— No cóż, myślałem… Skoro…
— Nie wygłupiaj się.
— W porządku. Gdzie jest sracz?