Wydziedziczeni [The Dispossessed - pl]
- Автор: Гуин Урсула К. Ле
- Год: 1993
- Язык: польский
- Год: Phantom Press International
- ISBN: 83-7075-502-X
- Переводчик: Lukasz Nicpan
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Wydziedziczeni [The Dispossessed - pl]». Краткое содержание книги:
Powieść otrzymała nagrodę Nebulę w 1974 i Hugo w 1975.
— Zdawało mi się, że jego książka o przyczynowości jest znakomita. Sam tak twierdziłeś.
— Bo tak uważałem, dopóki nie przeczytałem źródeł. To wszystko idee urrasyjskie. I to nienowe. Jemu od dwudziestu lat nie przyszła do głowy żadna własna myśl. Tyle też czasu nie zażywał kąpieli.
— A jak tam twoje myśli? — zapytał Bedap, kładąc dłoń na notatnikach i spoglądając na Szeveka spode łba. Miał małe, z lekka zezujące oczy, wyrazistą twarz i krępą sylwetkę. Obgryzał paznokcie; czynił to od lat, tak że zredukował je do wąskich jedynie skrawków wieńczących grube, niespokojne palce.
— Do bani — odparł Szevek, siadając na tapczanie. — Zajmuję się nie tym, czym powinienem.
Bedap uśmiechnął się.
— Ty?
— Pod koniec kwartału poproszę chyba o przeniesienie na inną posadę.
— Jaką?
— Obojętnie. Nauczyciela, inżyniera. Muszę dać sobie spokój z fizyką.
Bedap usiadł na krześle przy biurku, wgryzł się w paznokieć i powiedział:
— Dziwnie to słyszeć.
— Poznałem własne ograniczenia.
— Nie wiedziałem, że je masz. Mam na myśli fizykę. Masz całą masę ograniczeń i przywar. Ale nie jako fizyk. Wiem, nie jestem temporalistą. Ale nie trzeba umieć pływać, żeby poznać rybę, ani świecić, by rozpoznać gwiazdę…
Szevek spojrzał na przyjaciela i nagle wyrwało mu się coś, do czego nawet przed samym sobą się nie przyznawał:
— Myślałem o samobójstwie. Dużo o tym myślałem. W tym roku. Wydaje się, że to najlepsze wyjście.
— Nie wygląda mi to na wyjście na drugą stronę cierpienia.
Szevek uśmiechnął się z przymusem.
— Pamiętasz to?
— Doskonale. To była dla mnie niezwykle ważna rozmowa. A i dla Takver i Tirina, jak sądzę.
— Doprawdy? — Szevek wstał. Żeby przemierzyć pokój, wystarczyło zrobić tylko cztery kroki, Szevek nie mógł jednak usiedzieć na miejscu. — Wówczas była ważna i dla mnie — przyznał, stając przy oknie. — Ale tu się zmieniłem. W tym miejscu jest coś niedobrego. Nie wiem, co to takiego.
— Ja wiem. Mur. Doszedłeś do muru.
Szevek odwrócił się ku niemu z przestraszoną miną.
— Mur?
— W twoim przypadku mur wydaje się stanowić Sabul i jego poplecznicy w syndykatach naukowych i w KPR. Jeśli o mnie chodzi, siedzę w Abbenay od czterech dekad. Od czterdziestu dni.
Dostatecznie długo, by się zorientować, że i w czterdzieści lat nie zdziałałbym tu nic, ale to nic, z tego, czego zamierzam dokonać — usprawnić kształcenie naukowe w ośrodkach kształceniowych.
Chyba że się coś zmieni. Albo sam dołączę do wrogów.
— Wrogów?
— Małych ludzi. Przyjaciół Sabula! Tych u władzy.
— O czym ty gadasz, Dap? U nas nie ma struktury władzy.
— Nie? A co czyni Sabula tak potężnym?
— Przecież nie struktura władzy, rząd — ostatecznie to nie Urras!
— Nie. Nie mamy rządu, nie mamy praw, zgoda. Ale, o ile mi wiadomo, idei nigdy nie kontrolowały prawa i rządy, nawet na Urras. Gdyby tak było, jakżeby Odo dopracowała się swoich? Jakżeby mógł odonizm rozwinąć się w ruch ogólnoświatowy? Ludzie władzy próbowali zdusić go siłą i ponieśli klęskę. Idei nie da się zdławić uciskiem. Zdławić je można jedynie ignorując je. Odmawiając myślenia — odmawiając zmiany. Dokładnie to właśnie czyni nasze społeczeństwo! Sabul wykorzystuje cię, gdzie może, a gdy nie może, nie pozwala ci publikować, uczyć, nawet pracować.
Zgadza się? Innymi słowy, ma nad tobą władzę. Skąd ją czerpie?
Nie z nadania, takiej władzy u nas nie ma. Nie z intelektualnej przewagi, nie ma jej. Czerpie ją z wrodzonego przeciętnemu ludzkiemu umysłowi tchórzostwa. Opinia publiczna! Oto struktura władzy, której jest częścią i którą posługiwać się umie. Nie uznawany rząd włada społeczeństwem odonian i krępuje umysły jednostek.
Szevek oparł się rękami na parapecie i przez rozmyte odblaski na szybie wpatrywał się w ciemność za oknem. Na koniec stwierdził:
— Gadka wariata, Dap.
— Nie, bracie, ja jestem przy zdrowych zmysłach. Ludzie wariują, kiedy próbują żyć poza rzeczywistością. Rzeczywistość jest straszna. Może zabić. Daj jej trochę czasu, a z pewnością cię ukatrupi. Rzeczywistość boli — sam to powiedziałeś! Ale tym, od czego się bzikuje, są kłamstwa, uchylanie się od rzeczywistości. To kłamstwa sprawiły, że chcesz ze sobą skończyć…
Szevek odwrócił się od okna.
— Ale przecież nie możesz mówić na serio o rządzie, tutaj!
— Definicje Tomara: „Rząd — legalne sprawowanie władzy w, celu utrzymania i rozszerzenia władzy”. Zastąp „legalne” słowem „zwyczajowe” — i masz Sabula, Syndykat Zaleceń, KPR.
— KPR!
— KPR na dobrą sprawę przekształciła się już w biurokrację władzy.
Szevek roześmiał się po chwili, nie całkiem naturalnie, i powiedział:
— Daj spokój, Dap, to zabawne — i trochę niezdrowe, nie uważasz?
— Czy nigdy nie przyszło ci na myśl, Szev, że to, co tryb analogiczny nazywa „chorobą” — społeczne zniechęcenie, niezadowolenie, alienacja — może też zostać analogicznie nazwane bólem — w tym sensie, w jakim ty mówiłeś o bólu, o cierpieniu? Oraz że, podobnie jak ból, choroba pełni pewną funkcję w organizmie?
— Nie! — zaprzeczył gwałtownie Szevek. — Ja mówiłem o tym w sensie jednostkowym, w kategoriach duchowych.
— Ale przecież mówiłeś o cierpieniu fizycznym, o człowieku umierającym od oparzeń. A zresztą ja mówię właśnie o cierpieniu duchowym! O ludziach, którzy widzą, jak się marnuje ich talent, ich pracę, ich życie. O wybitnych umysłach poddanych władzy durniów. O sile i odwadze skrępowanych zawiścią, żądzą władzy, lękiem przed zmianą. Zmiana to wolność, zmiana to życie — czyż jest coś bardziej fundamentalnego w odońskiej myśli? Tylko że nic się już nie zmienia! Nasze społeczeństwo jest chore. I ty o tym wiesz. Cierpisz na tę samą co ono chorobę. Ta choroba prowadzi do samobójstwa!
— Wystarczy, Dap. Dajmy już temu spokój.
Bedap umilkł. Metodycznie, w zamyśleniu zaczął obgryzać paznokieć kciuka.
Szevek usiadł na tapczanie i wsparł głowę na rękach. Zapadło długie milczenie. Śnieg przestał padać. Na szybę w oknie napierał suchy, ciemny wiatr. W pokoju panował ziąb; żaden z młodych mężczyzn nie zdjął palta.
— Posłuchaj, bracie — odezwał się wreszcie Szevek. — To nie nasze społeczeństwo krępuje indywidualną twórczość. To ubóstwo Anarres. Ta planeta nie ma zadatków na wykarmienie cywilizacji.
Jeśli zawiedziemy jeden drugiego, jeśli nie poświęcimy naszych osobistych pragnień na rzecz powszechnego dobra, nic, ale to nic na tej jałowej ziemi nie przyjdzie nam z pomocą. Ludzka solidarność to nasz jedyny ratunek.
— Solidarność, tak! Nawet na Urras, gdzie jedzenie samo spada z drzew, nawet tam Odo nauczała, że solidarność między ludźmi jest naszą jedyną nadzieją. Ale myśmy tę nadzieję zdradzili. Pozwoliliśmy, żeby współpraca przekształciła się w nakaz posłuszeństwa. Na Urras mają rząd mniejszości. Tu rządy sprawuje większość. Ale to jest nadal rząd! Sumienie społeczne przestało być czymś żywym, stało się maszyną, maszyną władzy, nad którą kontrolę sprawują biurokraci!
— I ty, i ja możemy zgłosić się na ochotnika i za parę dekad możemy zostać wylosowani do KPR. Czy to zmieni nas automatycznie w biurokratów, kierowników?
— To nie sprawa jednostek kierowanych do KPR, Szev. W większości są to ludzie do nas podobni. Aż zanadto podobni. Pełni najlepszych intencji, naiwni — a zresztą nie chodzi tylko o KPR. To masz wszędzie na Anarres. W ośrodkach kształceniowych, w instytutach, w kopalniach, w zakładach przemysłowych, w przetwórstwie rybnym, w wytwórniach konserw, w rolnictwie i placówkach badawczych, w fabrykach, w jednotowarowych wspólnotach — ta funkcja domaga się wszędzie wykwalifikowanej i stałej instytucji. Ta zaś właśnie stałość daje pole władczym zapędom.