Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Bogowie, honor, Ankh-Morpork [Jingo - pl]
Bogowie, honor, Ankh-Morpork [Jingo - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Bogowie, honor, Ankh-Morpork [Jingo - pl]

Электронная книга - «Bogowie, honor, Ankh-Morpork [Jingo - pl]». Краткое содержание книги:

Coś nowego pojawiło się między starożytnymi miastami Ankh-Morpork i Al-Khali. Dosłownie. To wyspa, wynurzająca się z dna Okrągłego Morza Dysku. Ponieważ jest niezamieszkana i oba miasta roszczą sobie do niej prawa, komendant Vimes ze swymi wiernymi strażnikami staje wobec zbrodni tak wielkiej, że żadne prawa jej nie obejmują.
1 ... 36 37 38 39 40 41 42 43 44 ... 87
Перейти на страницу:

Uśmiechnął się do nich przyjaźnie.

— Czy przypadkiem nie zwracam się do heroicznego sierżanta Colona i… — Przyjrzał się Nobby’emu. Wyrazy zdumienia, lęku, zaciekawienia i litości niczym burzowe chmury przemknęły po jego poza tym pogodnej twarzy. — I kaprala Nobbsa? — dokończył.

— To my, obywatelu — potwierdził Colon.

— Och, świetnie. Bardzo wyraźnie polecono mi was odszukać. Wiecie, to zadziwiające. Nikt nawet nie włamał się do hangaru, choć muszę zaznaczyć, że zaprojektowałem całkiem porządne zamki. I wystarczyło tylko wymienić skórę na łączeniach i nasmarować… Przepraszam. Mówię trochę za szybko. Zaraz… Miałem wam przekazać wiadomość, tylko co to było? Coś z rękami…

Schylił się do dużego płóciennego worka u stóp i wyciągnął długą rurę, którą podał Nobby’emu.

— Naprawdę za to przepraszam — powiedział, wyjmując mniejszą rurę, którą wręczył Colonowi. — Musiałem działać w strasznym pośpiechu, nie miałem czasu, żeby wykończyć wszystko należycie, no i szczerze mówiąc, materiały nie są najlepsze…

Colon obejrzał swoją rurę. Zwężała się z jednego końca.

— To rakieta z fajerwerkami — odgadł. — O, tutaj ma napisane „Chmura kolorowych kul i gwiazd”!

— Tak, i bardzo mi przykro — zapewnił obywatel, wyjmując z worka skomplikowaną konstrukcję z metalu i drewna. — Mogę dostać swoją rurę, kapralu? — Wziął ją i przykręcił konstrukcję na końcu. — Dziękuję. Tak, obawiam się, że bez mojej tokarni, a nawet bez mojego paleniska musiałem radzić sobie z tym, co miałem pod ręką. Czy może mi pan oddać rakietę? Dziękuję.

— Nie wylatują porządnie bez kijka — powiedział Nobby.

— Ależ wylatują, poważnie. Tylko że niezbyt celnie. — Leonard z Quirmu uniósł rurę na ramię i spojrzał przez małą drucianą siatkę. — Wydaje się, że w porządku — stwierdził.

— I nie lecą w bok, tylko w górę.

— To powszechna pomyłka — odparł Leonard, odwracając się do nich.

Colon widział w głębi rury czubek rakiety. Nieoczekiwanie nawiedziła go wizja kul i gwiazd.

— Teraz obaj powinniście, jak sądzę, skręcić w ten zaułek i pójść ze mną — poinformował Leonard. — Bardzo mi z tego powodu przykro, ale jego lordowska mość bardzo szczegółowo mi wyjaśnił, jak to potrzeby społeczeństwa jako całości mogą prowadzić do ograniczenia praw konkretnych osób. Och, właśnie sobie przypomniałem. Macie podnieść ręce do góry.

Na wielkim stole w Sali Szczurów rozrzucono piasek.

Lord Rust odczuwał coś zbliżonego do przyjemności, kiedy go oglądał. Leżały na nim małe drewniane skrzynki, oznaczające miasta i miasteczka, oraz wycięte z drewna palmy wskazujące położenie znanych oazów. I choć był odrobinę niepewny co do słowa „oazowie”, przyjrzał mu się i zobaczył, że jest dobre. Zwłaszcza że miała to być mapa Klatchu, a wszyscy wiedzieli, że Klatch to i tak prawie sam piasek. Rustowi sprawiało to satysfakcję natury egzystencjalnej, choć ten konkretny piasek przywieziono ze stosu za hurtową garncarnią trolla Kreduły, dało się więc w nim czasem znaleźć niedopałek papierosa czy ślady kociej obecności, które prawdopodobnie nie były obecne na prawdziwej pustyni, a już z pewnością nie z zachowaniem skali.

— Tutaj będzie dobre miejsce do lądowania — stwierdził, wskazując trzcinką.

Adiutant starał się być pomocny.

— Półwysep El Kinte, sir — powiedział. — To najbliższy nam punkt.

— Właśnie! Raz-dwa przepłyniemy cieśninę.

— Rzeczywiście, sir — przyznał porucznik Hornett. — Ale… Nie sądzi pan, że nieprzyjaciel może nas tam oczekiwać? Skoro to tak oczywiste miejsce lądowania…

— Wcale nie oczywiste dla wyszkolonego wojskowego stratega. Nie będą się nas spodziewać właśnie dlatego, że to takie oczywiste miejsce, rozumie pan?

— Znaczy… pomyślą, że tylko kompletny idiota by tam lądował?

— Otóż to. A wiedzą, że nie jesteśmy kompletnymi idiotami, zatem to ostatnie miejsce, gdzie będą się nas spodziewać. Uznają raczej, że popłyniemy gdzieś… — Trzcinką stuknęła w piasek. — Tutaj.

Hornett przyjrzał się uważnie. Na ulicy za oknem ktoś zaczął bić w bęben.

— Ach, chodzi panu o Eritor — rzekł. — Gdzie, o ile pamiętam, znajduje się dogodny teren do lądowania i skąd dwa dni forsownego marszu przy dobrej osłonie doprowadzą nas do samego serca imperium, sir.

— Właśnie!

— Gdy tymczasem lądowanie na El Kinte oznacza trzy dni przez piaskowe wydmy, obok ufortyfikowanego miasta Gebra…

— Dokładnie. Rozległe, otwarte przestrzenie! I tam właśnie możemy praktykować sztukę wojenną. — Lord Rust podniósł głos, by przekrzyczeć bębnienie. — W taki sposób należy to rozstrzygnąć. Jedną decydującą bitwą. My po jednej stronie, Klatchianie po drugiej. TAK SIĘ TOCZY… — Rzucił trzcinkę. — Kto, u demona, tak wściekle hałasuje?

Adiutant podszedł do okna.

— Jeszcze ktoś prowadzi werbunek, sir — poinformował.

— Przecież wszyscy jesteśmy tutaj!

Adiutant zawahał się, jak to często się zdarza przynoszącemu złe wieści osobie o wybuchowym charakterze.

— To Vimes, sir.

— Werbuje do straży?

— Eee… nie, panie. Do regimentu. No… na transparencie jest napisane „Pierwszy Pieszy sir Samuela Vimesa”, panie…

— Co za arogancja! Idź i… albo nie. Sam pójdę!

Na ulicy zebrał się tłum. W samym środku wyrastała potężna sylwetka funkcjonariusza Dorfla, a najważniejsza cecha golema polegała na tym, że kiedy walił w bęben, nikt nie próbował go prosić, żeby przestał. Może z wyjątkiem lorda Rusta, który podszedł i wyrwał mu z rąk pałeczki.

— Tak, to prawdziwe życie dla prawdziwych osobników z dowolnie wybranego gatunku w Pierwszym Pieszym! — wołał sierżant Detrytus, nieświadom wydarzeń rozgrywających się za jego plecami. — Uczycie się fachu! Uczycie się własnego godnością! I jeszcze dostaniecie aligancki mundur i tyle butów, ile zjecie… Tutaj jest mój proporzec!

— Co to ma znaczyć? — zapytał lord Rust, zrzucając prowizoryczny transparent na ziemię. — Vimes nie może tego robić!

Jakaś postać oderwała się od muru, skąd obserwowała spektakl.

— A wie pan, wydaje mi się, że chyba mogę — powiedział Vimes. Wręczył Rustowi jakąś kartkę. — Wszystko tu jest, lordzie. Z odniesieniami do najwyższych autorytetów, na wypadek gdyby jeszcze miał pan wątpliwości.

— Odniesienia do czego?

— Do roli rycerza, lordzie. Wręcz do obowiązków rycerza, co jest dość zabawne. Sporo z tego to jakieś bezsensowne bzdury, jazda po okolicy na wielkim koniu z firankami dookoła i tak dalej. Ale jeden z nich polega na tym, by w potrzebie rycerz wystawił i utrzymywał… uśmieje się pan, kiedy powiem… poczet zbrojnych! Nikt nie byłby bardziej zdziwiony ode mnie, muszę przyznać. Wydaje się jednak, że nie mam innego wyjścia, muszę wziąć się do roboty i zebrać paru chłopaków. Naturalnie, większa część straży się zaciągnęła, wie pan, jak to jest: są zdyscyplinowani, nie mogą się doczekać, żeby zrobić, co do nich należy, więc zaoszczędzili mi wysiłku. Z wyjątkiem Nobby’ego Nobbsa; mówi, że jeśli odłoży to do czwartku, będzie miał dość białych piórek na materac.

Mina Rusta mogłaby zakonserwować mięso na rok.

— To nonsens — oświadczył. — Poza tym nie jesteś rycerzem, Vimes. Tylko król może pasować…

1 ... 36 37 38 39 40 41 42 43 44 ... 87
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)