Pan Lodowego Ogrodu. Tom II
- Автор: Гжендович Ярослав
- Серия: Pan Lodowego Ogrodu #2
- Язык: польский
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Pan Lodowego Ogrodu. Tom II». Краткое содержание книги:
Oprócz tego pracuje jako dziennikarz „wolny strzelec”, prowadzi stałą rubrykę naukowo-cywilizacyjną w Gazecie Polskiej i tłumaczy komiksy, głównie z serii Usagi Yojimbo i Batman.
W Fabryce Słów ukazała się Księga jesiennych demonów, jego pierwszy autorski zbiór opowiadań grozy.
Pan Lodowego Ogrodu to pierwsza powieść Jarosława Grzędowicza, w mistrzowski sposób łącząca elementy science fiction i fantasy.
Ilustracje Jan J. Marek
Znaleźliśmy odpowiednie miejsce osłonięte skalami na szczycie niewielkiego wzgórza i z ulgą zdjęliśmy kosze.
Krwawe plamy na naszych plecionych, trzcinowych płaszczach wyschły, pozostał jedynie rdzawy, drobny pył.
— Spójrz. — Pokazałem. — To nie krew. To tylko wiatr porwał pył drogi i zmieszał z deszczem.
Brus spojrzał na moje palce i potrząsnął głową. Wyglądało na to, że znowu przejmują go dreszcze.
— Rozpalę ogień — powiedział. — Spalimy łachy kapłanów.
Z radością zrzuciłem z siebie portki i kurtę pryszczatego Agyrena Kysaldyma. Miałem nadzieję, że nigdy więcej o nim nie usłyszę.
Zszedłem nad rzekę, żeby się umyć, w samej przepasce na biodrach, z tobołkiem zawierającym żółtą szatę Sindara. Zabrałem też kij szpiega. Postanowiłem, że od tej pory nie wypuszczę go z rąk.
Znalazłem okrągłą zatoczkę pełną kamieni, obrośniętą krzakami i z rozkoszą zanurzyłem się w chłodnej wodzie. Nie miałem mydlnicy ani nawet oleju czy ługu. Sama woda przyniosła mi ulgę. Ukoiła mięśnie, spłukała ze mnie pot. Tylko ukąszenie na udzie nadal rwało mnie dziwnie ostro, jakby strażnik był jadowity. Ranki już nie krwawiły, lecz skóra wokół napuchła i poczerniała.
Zimna woda potrafiła jednak działać cuda. Pewnie, że wolałbym czystą, kireneńską łaźnię z polerowanymi kamiennymi lub drewnianymi basenami pełnymi ciepłej, wonnej wody. Jednak lata w Domu Stali sprawiły, że przywykłem do lodowatych kąpieli i nie robiło mi to większej różnicy.
Ubierałem się już, kiedy znienacka usłyszałem plusk wody.
Znieruchomiałem z pasem w rękach, mając na sobie jedynie spodnie i buty. Bardzo cicho przykucnąłem, sięgając po kij.
Plusk się powtórzył: albo jakieś zwierzę weszło opodal do rzeki, albo płynęła łódź.
— Jestem Guldej! — zawołał ktoś. — Jestem niegroźny i łowię ryby! Zupełnie nie trzeba tłuc kijem! Kij niepotrzebny!
— Pokaż się — rzuciłem i uniosłem się powoli.
Zza skał wyłonił się dziób dłubanego czółna, drobna dłoń chwyciła za brzeg skały.
Po chwili do zatoczki wślizgnęła się łódka. Kucał na niej pomarszczony, chudy człowieczek o spalonej na brąz skórze. Miał na sobie jedynie przepaskę.
Cofnąłem się krok, oparłem kij o skałę, żeby móc po niego sięgnąć szybko, po czym założyłem koszulę i kurtę. Zabrało mi to tylko chwilę i nie spuszczałem przy tym rybaka z oka. Wiatr ustał i wydawało mi się, że nikogo innego tu nie ma.
— Czego chcesz, Guldej?
— Jestem tu legalnie, niech wszystko stanie się jednym! Ja tylko płynę do osady z rybami, oświecony Sindarze.
— A na co ci ryby, Guldej? Nie wiesz, że Matka nie pozwala jeść ciał dzieci ziemi? Z jakiej ty jesteś kasty?
— A kto mówi, że jeść? Nie jem ciał! Ja tylko zbieram wodną kapustę. I kłącza chlebnicy! I wszystko oddaję do świątyni, jak mówi prawo. Rybami przyciskam glony, żeby ich wiatr nie porwał. Czy oświecony Sindar chce rybę? Za miedziaka?
— Nie potrzebuję ryby, Guldej. I jestem ubogim wędrowcem. Wypuść rybę. Też chce żyć. Nie wiesz, że handel to grzech?
— Ja nie handluję! Nie jestem handlarz! Jestem Guldej. I jestem Karahimem, niech wszystko stanie się jednym! Nie chciałem handlować. To grzech! Nie jestem brudnym Hirukiem! Ale gdybym zostawił tu trochę wodnej kapusty i przycisnął rybą, żeby jej wiatr nie porwał, a oświecony Sindar by znalazł i sam wypuścił rybę, niech wszystko stanie się jednym, to to przecież nie jest żaden handel! Nawet gdyby oświecony Sindar zgubił tu gdzieś na kamieniu miedziaka!
— Nie mam miedziaka, Guldej! Zresztą co byś z nim zrobił? Nie ma już pieniędzy.
— Dziś nie ma, jutro będą. Świątynia, niech Matka ją strzeże, mówi: kto nie pracuje na chwałę Matki, ten nie je. Na razie zapisuje się na deseczce, kto pracuje, i jest bałagan. Ale niedługo ten, kto pracuje, dostanie miedziaka i za niego będzie mógł dostać na swojej ulicy posiłek ze wspólnej kuchni.
— Mówiłem, że nie mam miedziaka. Mogę zgubić trzy suszone miodowe śliwy.
— A nie mógłby szlachetny Sindar zgubić paska suszonego mięsa? Wiem, że tego się nie je, ale w drodze na chwałę Matki to co innego. Siły potrzebne.
— Nie mam czegoś takiego.
— To niech sitar Sindar zgubi te śliwy, a ja zgubię trochę kapusty i przycisnę rybą. Ale za śliwy to przycisnę mniejszą rybą.
— A rób, co chcesz. Zostawiam tu śliwy i idę, bo tam czeka na mnie wóz i inni Sindarowie.
W zasadzie powinienem był go zabić, ale miałem już dosyć. Dosyć krwi. Nawet jeśli powie, że widział nad rzeką Sindara, to co z tego? To mały, chudy spryciarz. Pewnie przywykli, że bez przerwy coś kręci i wszystkich zwodzi.
Odczekałem, aż odpłynie i plusk jego wiosła ucichnie gdzieś w górze rzeki.
Zabrałem rybę i zielone, lśniące glony o ostrym zapachu. W drodze do obozowiska poczułem, jaki jestem głodny.
Brus się zmartwił.
— Jednak to źle, że go nie zabiłeś, Ardżuk.
— Trup to znacznie gorszy ślad niż rozmowa, sitar Tendzyn. Mamy bajkę. Mamy paszporty. Mamy nawet podróżne papiery i to ze stołecznej świątyni. Nie mogę zostawiać za sobą ścieżki trupów. Zabiłem już dzisiaj dwóch ludzi! Może wystarczy? Sprzedał mi rybę! Sam będzie siedział cicho, bo jeśli się dowiedzą, to go ukarzą!
— To nie zabawa, Ardżuk — powiedział Brus, patrząc ponuro na dzwonka ryby owinięte w liście i skwierczące na płaskich kamieniach. — Nawet nie wiesz, jak blisko byliśmy śmierci. Nie jest ze mną dobrze i nie wiem, co będzie dalej.
— Może już czas, żebym się dowiedział, co się wydarzyło?
— Kiedyś byłem zwiadowcą w jeździe zaganiaczy — oznajmił. — Między innymi. Robiłem różne rzeczy. Na wojnie nassimskiej i jeszcze dalej. Także podczas powstania Kuglarzy w Ihalgarze. Podobnie jak teraz podróżowałem w przebraniu albo kryjąc się przed wzrokiem ludzi. Porywaliśmy dowódców i kurierów, rozpędzaliśmy konie, paliliśmy mosty, czasem atakowaliśmy z zasadzki jakiś oddział. Zabijaliśmy skrycie znacznych wrogów. Trzeba było często przebierać się i udawać kogoś innego. Mam dar, Ardżuk. Ja nie udaję tego, za kogo się przebieram. Ja się nim staję. Oczywiście, pamiętam też, kim jestem naprawdę i po co to robię, ale gdzieś pod spodem. W głębi. Dlatego przebrawszy się za kapłana, stałem się kapłanem. Lecz wydarzyło się coś więcej.
Zamilkł. Uchwyciłem szczypczykami skwierczące ryby i odwróciłem na drugą stronę. Glony robiły się już miękkie i aromatyczne, za chwilę jedzenie będzie gotowe. Sięgnąłem po nóż i przekroiłem na pół soczystą śliwę. Przez chwilę zastanawiałem się, czy nie przygotować też orzechowego naparu. Kiedy człowiek ujdzie z życiem, trzeba świętować. Choćby w podzięce dla Stworzyciela. Wciąż jestem! Wciąż stąpam po świecie. Wciąż Wędruję Pod Górę.
— Archimatrona podzieliła ze mną ukąszenie. Nie wiem dokładnie, co się ze mną działo, ale wiem, że nie dotarła do mojej prawdziwej duszy. Ja czułem ją. Czułem to, co ona, a ona czuła też mnie. Staliśmy się jednym. Oni wierzą, że ważne i prawdziwe jest tylko to, co się czuje. Myśli i rozum ich tak bardzo nie obchodzą, a nawet wydają się szkodliwe. Jeśli się komuś współczuje, należy mu pomagać, jeśli się zmieni zdanie, należy go ukarać, choćby jedno i drugie było niesprawiedliwe albo bezsensowne. To nieważne. Liczy się uczucie. Ja i ta kobieta na moment staliśmy się jednym. Nigdy nie byłeś z nikim tak blisko. Ja dotąd też nie. Ani z ukochaną kobietą, ani z matką. Ja byłem nią i sobą zarazem. Ona sobą i wymyślonym przeze mnie kapłanem. Czuliśmy nawzajem swoje ciała i dusze. Dlatego ty i ja przeżyliśmy. Ale...
Znowu zamilkł. Pokiwałem głową, sięgnąłem szczypczykami, zdjąłem kawałek ryby z kamienia i zacząłem jeść. Tak bywa między Kirenenami. To goro haku — rozcięcie duszy. Ceremonia, którą odprawia się między przyjaciółmi lub towarzyszami broni, jeśli sprawy robią się poważne albo jeśli na duszy wyrośnie wrzód. Czasem po to, żeby móc dalej żyć, czasem, żeby szukać rady albo żeby pozbyć się przed śmiercią ciężaru. Poznałem to po sposobie, w jaki mówił. Podczas goro haku nie wolno zadawać zbyt wielu pytań. Człowiek obnaża duszę. Zrobi to na tyle, na ile uważa za stosowne. W takiej chwili jest bezbronny i trzeba dużo taktu, by nie zranić go bardziej. Im bardziej doniosłe i bolesne rzeczy mówi gorai ka man, tym bardziej należy zachowywać się swobodnie. Dlatego jadłem rybę i owoce, gdy on rozpruwał sobie duszę. Byłem jego goro daru. Brus też jadł, jakby to była zwykła rozmowa.