Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Триллеры » Odwieczny Wróg
Odwieczny Wróg - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Odwieczny Wróg

Электронная книга - «Odwieczny Wróg». Краткое содержание книги:

Wydaje się rzeczą niemożliwą, by wszyscy mieszkańcy spokojnego kalifornijskiego miasteczka zniknęli niemal w jednej sekundzie podczas wykonywania codziennych zajęć. A jednak kiedy pewnego wrześniowego wieczoru Jenny Paige i jej młodsza siostra przyjeżdżają do Snowfield, w tej dopiero co tętniącej życiem miejscowości nie ma nikogo. Właściwie należałoby powiedzieć: nie ma żywego człowieka, bo oprócz nielicznych ludzkich zwłok, na których trudno dopatrzyć się śladów gwałtownej śmierci, jest tu ktoś jeszcze – niewidzialny, mądry i okrutny, rozkoszujący się własną potęgą. Odwieczny wróg ludzkości, pragnący dla niej tylko śmierci i zatracenia…
1 ... 40 41 42 43 44 45 46 47 48 ... 100
Перейти на страницу:

Nie spędzi całego życia w więzieniu. O, nie.

Był zrodzony do wielkości. Nikt nie potrafił tego pojąć. Widzieli Fletchera Kale'a takiego, jakim był teraz, niezdolni przewidzieć czekającej go przyszłości. Przeznaczone było mu wszystko: nieprzeliczone bogactwa, niewyobrażalna władza, sława, szacunek.

Kale wiedział, że różni się od ludzkiej mierzwy, i to pozwalało mu przetrwać wszelkie przeciwności losu. Ziarna wielkości zaczynały już w nim kiełkować. W swoim czasie pokaże im wszystkim, jak się mylili.

Spostrzegawczość, myślał wpatrując się w zakratowane okno, spostrzegawczość – oto mój największy walor. Jestem niezwykle spostrzegawczy.

Dostrzegał, że wszystkie bez wyjątku istoty ludzkie kierują się własnym interesem. Nic w tym złego. Taka jest natura tego gatunku. Ludzkość jest na to skazana. Ale większości nie stać na spojrzenie prawdzie w twarz. W głowie im tak zwane budujące pojęcia, jak miłość, przyjaźń, honor, prawdomówność, wiara, zaufanie i godność jednostki. Twierdzą, że wierzą w te i jeszcze w inne rzeczy, choć w głębi serca wiedzą, że to wszystko kupa gówna. Tylko że nie umieją się do tego przyznać. I dlatego tak głupio wiążą sobie ręce pobożnymi życzeniami, bezcelowymi zasadami, szlachetnymi, lecz pustymi sentymentami, nie zaspokajając przez to swoich autentycznych potrzeb, skazując się na porażki i niedolę.

Durnie. Boże, ale ich nienawidzę! – pomyślał.

Ze swej wyjątkowej perspektywy Kale widział, że ludzkość jest w rzeczywistości najokrutniejszym, najniebezpieczniejszym gatunkiem na ziemi. Upajał się tą wiedzą. Był dumny, że zalicza się do tego gatunku.

Wyprzedzam mój czas, myślał Kale, siedząc na skraju pryczy, z bosymi stopami na zimnej podłodze celi. Jestem kolejnym szczeblem drabiny ewolucji. Zostawiłem za sobą wiarę w moralność. To mi niepotrzebne. Dlatego tak mnie nienawidzą. Nie dlatego, że zabiłem Joannę i Danny'ego. Nienawidzą mnie dlatego, że jestem od nich lepszy, żyję w większej zgodzie z prawdziwą ludzką naturą.

Nie miał wyboru. Musiał zabić Joannę. Przede wszystkim odmówiła mu pieniędzy. Była gotowa go poniżyć, zrujnować zawodowo i finansowo, pogrążyć całą jego przyszłość.

Musiał ją zabić. Stała mu na drodze.

Danny. Wielka szkoda. Kale jakoś żałował tego etapu. Nie zawsze. Tylko czasami. Wielka szkoda. Konieczność, ale wielka szkoda.

W każdym razie Danny był nieodrodnym synkiem swojej mamusi. W istocie to faktycznie całkiem odbił od ojca. Robótka Joanny. Na pewno robiła dzieciakowi pranie mózgu, ustawiała przeciwko staremu. W końcu Danny przestał być w ogóle jego synem. Stał się obcy.

Kale położył się na podłodze i zaczął robić pompki.

Raz-dwa, raz-dwa, raz-dwa.

Musi być w formie, gotów na chwilę, w której pojawi się szansa ucieczki. Dokładnie wiedział, gdzie ucieknie. Nie na zachód, nie poza okręg, nie do Sacramento. Tego się po nim będą spodziewali.

Raz-dwa, raz-dwa.

Znał idealną kryjówkę. Tuż pod nosem, w okręgu. Nie będą go szukali pod nosem. Kiedy nie znajdą go w ciągu jednego, dwóch dni, uznają, że dał dyla i zaprzestaną aktywnych poszukiwań w najbliższej okolicy. A kiedy minie kilka tygodni, kiedy przestaną o nim myśleć, opuści kryjówkę i wracając przez miasto, pojedzie na zachód.

Raz-dwa.

Ale najpierw w góry. Tam czeka kryjówka. Góry dają największą szansę ukrycia się przed glinami. Czuł to. Góry. Taak. W z y w a ł y go.

Brzask ogarnął góry. Rozciągnął się po niebie jasną plamą, wsiąkał w mrok, odbarwiał go.

Las nad Snowfield był cichy. Bardzo cichy.

Krople rosy perliły się na liściach poszycia. Miły zapach żyznego humusu bił z gąbczastego podłoża.

Powietrze było chłodne, jakby ostatnie westchnienie nocy nadal otulało ziemię.

Na wapiennej formacji skalnej, która wystrzeliwała z nagiego stoku, tuż poniżej linii drzew, stał lis. Wiatr łagodnie mierzwił szare futro.

Oddech zwierzęcia unosił się w ostrym powietrzu niewielkimi, fosforyzującymi chmurkami.

Lis nie był nocnym łowcą, a mimo to ruszył na polowanie już godzinę przed świtem. Nie jadł prawie od dwóch dni.

Nie mógł trafić na zwierzynę. Lasy stały nienaturalnie ciche. Nigdzie nawet zapachu żeru.

Nigdy, o żadnej porze roku, lis nie słyszał równie głuchej ciszy. Najdokuczliwsze dni w środku zimy obiecywały więcej niż dzisiejszy. Nawet w styczniowe śnieżyce zawsze trafiał na zapach krwi, zwierzyny.

A teraz nie.

Teraz nie było niczego.

Wyglądało na to, że śmierć zagarnęła wszystkie stworzenia w tej części lasu – poza małym, głodnym lisem. A przecież nie czuł nawet zapachu śmierci, gęstej woni ścierwa gnijącego w poszyciu.

Gdy w końcu susami pokonał łagodną wapienną skałę, uważając, by nie wsadzić łapy w jedną z licznych dziur lub wąskich rozpadlin zbiegających tu w podziemne jaskinie, dojrzał na stoku coś, co poruszało się samodzielnie, nie popychane wiatrem.

Wiewiórka. Dwie wiewiórki. Nie, było ich nawet więcej – pięć, dziesięć, dwadzieścia. Usadowiły się rzędem w mroku, wzdłuż linii drzew.

Najpierw w ogóle nie było zwierzyny. Teraz pojawiła się w obfitości. Dziwne i jedno, i drugie.

Lis łapał wiatr.

Choć wiewiórki siedziały tylko o pięć, sześć jardów, nie czuł ich woni.

Spozierały wprost na niego, ale nie wyglądały na przestraszone.

Lis przekrzywił łeb. Podejrzliwość stępiła głód.

Wiewiórki ruszyły w lewo, wszystkie jednocześnie, ściśnięte w małą grupę. Wyszły z cienia drzew prosto na lisa. Kotłowały się jedna przez drugą, gorączkowa plątanina brązowych futerek, ruchoma brązowa plama na brązowej trawie. Kiedy wszystkie zatrzymały się gwałtownie, jednocześnie, były tylko o dwa, trzy jardy od lisa. To nie wiewiórki.

Lis zmarszczył pysk, prychnął.

Dwadzieścia małych wiewiórek było teraz czterema wielkimi szopami.

Lis szczeknął cicho.

Jeden z szopów, ignorując go, siadł i zaczął czyścić łapy.

Lis zjeżył grzbiet.

Łapał wiatr.

Żadnego zapachu.

Opuścił łeb i z uwagą śledził szopy. Napięte mięśnie sprężyły mu się jeszcze bardziej. Nie do ataku. Zbierał się do ucieczki.

Działo się coś bardzo niedobrego.

Cała czwórka szopów siadła. Przednie łapy podniosły. Wystawiły miękkie brzuchy.

Przyglądały się lisowi.

Szop rzadko stawał się celem ataku lisa. Był zbyt agresywny, miał zbyt ostre zęby, zbyt szybkie pazury. Ale choć nic nie groziło mu ze strony lisa, nigdy nie ryzykował próby sił. Nigdy nie zadzierał nosa, jak ta czwórka.

Lis wystawił język na zimne powietrze.

Łapał wiatr. W końcu poczuł zapach.

Stulił uszy i szczeknął głośniej.

To nie była woń szopów. To nie była woń żadnego mieszkańca lasu. Była to nieznajoma, ostra, nieprzyjemna woń. Słaba. Ale budząca obrzydzenie.

Fatalny smród nie wiał od szopów, które upozowały się przed lisem. Nie był w stanie odgadnąć, skąd to wieje.

Wietrząc poważne niebezpieczeństwo, lis zwinął się w miejscu, obrócił od szopów, choć wystawienie się plecami do nich dużo go kosztowało.

Poduszki łap otarły się o twardą nawierzchnię, pazury stuknęły, gdy rzucił się w dół stoku, przecinając płaską, zniszczoną wiatrem i deszczem skałę; ogon rozwinął jak chorągiew. Przeskakiwał szeroką na stopę dziurę…

…i w najwyższym punkcie paraboli lotu coś ciemnego, zimnego i pulsującego zwinęło go z powietrza.

To stworzenie wyskoczyło z dziury z brutalną, wstrząsającą siłą i prędkością.

Rozdzierający pisk lisa był ostry i krótki.

1 ... 40 41 42 43 44 45 46 47 48 ... 100
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)