Odwieczny Wróg
- Автор: Кунц Дин Рэй
- Язык: польский
- Жанр: Триллеры
Электронная книга - «Odwieczny Wróg». Краткое содержание книги:
Zaledwie został schwycony, znikł w rozpadlinie. Pięć stóp niżej, na dnie miniaturowej przepaści znajdowała się dziura wiodąca do jaskini pod wapienną formacją. Dziura była za wąska dla lisa, ale opierające się zwierzę i tak zostało przez nią przeciągnięte. Trzasnęły kości.
Przepadł.
Wszystko w okamgnieniu. W połowie okamgnienia.
Lis został wessany w ziemię, zanim echo jego śmiertelnego wołania powróciło, odbite od dalekich wzgórz.
Szopy znikły.
Teraz fala polnych myszy pokryła wypolerowane płyty wapienia. Zastępy myszy. Przynajmniej setka.
Podbiegły do brzegu dziury.
Spoglądały w dół.
Jedna po drugiej ześlizgiwały się po brzegu, spadały na dno, a potem przez naturalny otwór w jamę poniżej.
Wkrótce wszystkie myszy również przepadły.
Las nad Snowfield ogarnęła znowu cisza.
Część druga
FANTOMY
Zło nie jest pojęciem abstrakcyjnym. Istnieje. Ma kształt. Stąpa po ziemi. Jest aż nazbyt realne.
dr Tom Dooley
Fantomy! Kiedykolwiek myślę, że do końca zrozumiałem cel ludzkiego losu, lub kiedy głupio wyobrażę sobie, że pojąłem znaczenie życia… nagle widzę tańczące w cieniu fantomy, tajemnicze fantomy, których gawot równie wyraźnie jak słowa, przemawia: – To, co wiesz, chłopaczku, to drobiazg; to, co musisz jeszcze pojąć, to bezmiar.
Charles Dickens
1
Santa Mira. Poniedziałek – 1:02.
– Halo?
– Czy to Santa Mira Daily News?
– No.
– Gazeta?
– Paniusiu, nie pracujemy. Jest po pierwszej w nocy.
– Nie pracujecie? Nie wiedziałam, że redakcje mają przerwę.
– Tu nie New York Times.
– A nie drukujecie jutrzejszego wydania?
– Drukujemy nie tu. Tu są biura i pomieszczenia redakcyjne. Chce pani drukarnię, czy co?
– No… mam sensację.
– Jeśli to nekrolog, kiermasz na cele kościelne albo coś w tym rodzaju, dzwoń pani jutro rano, po dziewiątej i…
– Nie, nie. To wielka sensacja.
– Ho, ho, wyprzedaż staroci.
– Co?
– Nieważne. Musi pani zadzwonić rano.
– Czekaj, słuchajże pan! Pracuję w firmie telekomunikacyjnej.
– To żadna sensacja.
– Nie, zrozumże pan, to dlatego, że siedzę ze słuchawkami na uszach, wpadłam na ten cały interes. Jest pan redaktorem?
– Nie. Mam pod sobą reklamy.
– No tak… ale może dałby pan radę mi pomóc.
– Paniusiu, jest niedziela w nocy – nie, już poniedziałek nad ranem. Tkwię sam jak palec w tej ponurej klicie i próbuję wykombinować, jak, do diabła, zachęcić ludzi z biznesu, żeby ta gazeta utrzymała się na powierzchni. Jestem zmęczony. Jestem zirytowany…
– To okropne.
– …i obawiam się, że musi pani zadzwonić jeszcze raz rano.
– Ale coś strasznego stało się w Snowfield. Dokładnie nie wiem co, ale wiem, że zginęli ludzie. Może nawet zginęło dużo ludzi albo przynajmniej grozi im śmierć.
– Chryste, muszę być bardziej zmęczony, niż myślałem. Jestem zainteresowany wbrew sobie. Mów pani.
– Zmieniliśmy telefoniczną obsługę Snowfield, wyłączyliśmy je z ruchu automatycznego, ograniczyli wszystkie telefony “do". Można dzwonić tylko na dwa numery, oba obsługiwane przez ludzi szeryfa. Zrobiono tak, żeby odciąć miasto, zanim dziennikarze coś wyczują.
– Paniusiu, co piłaś?
– Nie piję.
– No to co ćpałaś?
– Słuchaj pan, wiem jeszcze coś. Otrzymują telefony z biura szeryfa w Santa Mira, z urzędu gubernatora, z jakiejś bazy wojskowej w Utah i…
San Francisco. Poniedziałek – 1:40.
– Tu Sid Sandowicz. Czym mogę służyć?
– Toż mówię w kółko, że chcę gadać z reporterem z San Francisco Chronicie, człowieku.
– To ja.
– Człowieku, jużeście odstawili mnie trzy razy! Co z wami, kurwa?
– Uważaj, co mówisz.
– Sram na to.
– Słuchaj, masz pojęcie, ile dzieciaków wydzwania do gazet, marnuje nasz czas szczeniackimi wygłupami i niby gorącymi informacjami?
– Hę? A skąd wiesz, że nie jestem dorosły?
– Bo na słuch masz dwanaście.
– Mam piętnaście!
– Gratuluję.
– Sram na to.
– Słuchaj, synku, mam chłopca w twoim wieku i tylko dlatego cię znoszę, inni się nie palili do tego. Więc jak masz coś naprawdę ciekawego, wal.
– No, mój stary jest profesorem w Stanford. Jest wirusologiem i epidemiologiem. Wiesz, o co biega, człowieku?
– Bada wirusy, choroby zakaźne, takie tam.
– No. I dał się kupić.
– Co to znaczy?
– Przyjął stypendium od pieprzonego woja. Człowieku, przypisali go do jakiegoś oddziału broni chemicznej. Niby że to pokojowe zastosowanie jego badań, ale to wszystko pieprzenie w bambus. Sprzedał swoją duszę i w końcu się o nią. upomnieli. Gówno walnęło pod sufit.
– Fakt, że twój ojciec się sprzedał -jeśli faktycznie się sprzedał – to może wielka sprawa w twojej rodzinie, ale obawiam się, że moi czytelnicy nie oszaleją z wrażenia.
– Hej, człowieku, nie dzwonię, żeby zawracać wam dupę. Mam prawdziwą bombę. Dziś w nocy wpadli po niego. Jakiś kryzys. Oficjalnie to poleciał na Wschodnie Wybrzeże w interesach. Podkrad-łem się na górę i podsłuchiwałem ich w sypialni, klarował wszystko staruszce. Jakieś skażenie w Snowfield. Sakramencko nagła sprawa. Wszyscy mają trzymać język za zębami.
– Snowfield, Kalifornia?
– No, no. Skombinowałem, człowieku, że po cichu robili jakąś próbę bron; biologicznej na własnym narodzie i wypsnęło im się to z ręki. A może to przypadkowe skażenie. Coś naprawdę dużego tam się dzieje, nie ma gadania.
– Jak się nazywasz, synku?
– Ricky Bettenby. Mój stary nazywa się Wilson Bettenby.
– Mówisz – Stanford?
– No. Pójdziecie za tym, człowieku?
– Może jest w tym coś. Ale zanim zacznę dzwonić do Stanford, muszę zadać ci jeszcze dużo pytań.
– Odpalaj pan. Powiem wszystko, co wiem. Chcę, żeby się to rozniosło, człowieku. Chcę, żeby zapłacił za to, że się sprzedał.
Przez noc liczba przecieków rosła. W Dugway, Utah, pewien oficer, któremu coś padło na mózg, zadzwonił z budki telefonicznej poza bazą do Nowego Jorku. Wygadał sprawę ukochanemu młodszemu braciszkowi, który był nieopierzonym reporterem New York Timesa. W łóżku, załatwiwszy sprawy seksualne, doradca gubernatora wygadał się swojej kochance, reporterce. Te i inne dziury w tamie spowodowały, że upływ informacji wzrósł ze strumyczka w powódź.
Do trzeciej nad ranem centrala w Wydziale Szeryfa Okręgu Santa Mira była przeciążona. Zanim nastał świt, reporterzy z prasy, telewizji i radia napłynęli rojnie do Santa Mira. W godzinach porannych ulica przed biurami szeryfa była zatłoczona samochodami prasy, mikrobusami ze sprzętem tv stacji z Sacramento i San Francisco, reporterami i gapiami w każdym wieku.
Zastępcy poddali się i przestali przeganiać ludzi z ulicy. Było ich za dużo, żeby zmieścić się na chodnikach. Policja odcięła kwartał barierkami i zamieniła go w jeden wielki ośrodek prasowy na wolnym powietrzu. Kilka przedsiębiorczych dzieciaków z pobliskiego domu zaczęło handelek narkotykami, sprzedaż słodyczy i – za pomocą najdłuższej serii przedłużaczy, jaką ktokolwiek widział w życiu – gorącej kawy. To stoisko stało się centrum plotkarskim, zbierali się tu dziennikarze, snując teorie, wymieniając pogłoski i oczekując na najświeższe informacje oficjalne.