Odwieczny Wróg
- Автор: Кунц Дин Рэй
- Язык: польский
- Жанр: Триллеры
Электронная книга - «Odwieczny Wróg». Краткое содержание книги:
– Chodźcie! – przynagliła ich gestem. – Szybko! Coś dziwnego dzieje się w kuchni.
Nim Bryce zdążył ją powstrzymać, wróciła biegiem tam, skąd przyszła. Kilku mężczyzn ruszyło za nią, wyciągając po drodze broń, ale Bryce rozkazał im się zatrzymać.
– Zostańcie tu. Nie odchodźcie od roboty.
Jenny pobiegła już za dziewczyną do sali restauracyjnej.
Bryce za nią. Wyprzedził ją, wyciągnął rewolwer i za Lisa wszedł przez wahadłowe drzwi do kuchni.
Trzech mężczyzn – Gordy Brogan, Henry Wong i Max Dunbar – zmieniło otwieracze do konserw i inne przyrządy kuchenne na rewolwery, ale nie wiedzieli, w co mają celować. Spojrzeli na Bryce'a zbici z tropu, ogłupiali.
Kołem biegniemy wokół morwy, krzewu morwy, krzewu morwy.
W powietrzu unosił się chłopięcy śpiew. Śpiew małego chłopczyka. Kruchy głos brzmiał czysto i słodko.
Kołem biegniemy wokół morwy raniutko, całkiem raaaaanooooo!
– Zlew – wskazała Lisa.
Zdumiony Bryce podszedł do najbliższego z trzech dwukomorowych zlewozmywaków. Jenny szła tuż za nim.
Zabrzmiała inna piosenka. Głos pozostał ten sam:
Ten staruszek sobie gra; szkiełka na bębenku ma. Szkiełka skaczą stuku-puku, centa ciśnij mu pod nogi…
Dziecięcy głos wydobywał się z kolanka pod zlewem, jakby został uwięziony głęboko w rurach.
…do dom dziadek wróci z drogi.
Przez kilka pustych sekund Bryce słuchał jak zaklęty. Nie mógł wydobyć z siebie słowa.
Spojrzał na Jenny. Odpowiedziała mu tym samym pełnym zdumienia spojrzeniem, które dostrzegał na twarzach swoich ludzi.
– Zaczęło się z niczego – powiedziała Lisa przez śpiew.
– Kiedy? – spytał Bryce.
– Kilka minut temu – odrzekł Gordy Brogan.
– Stałem przy zlewie – rzekł Max Dunbar. Był to tęgi, mocno owłosiony, wyglądający na prostego człowieka, mężczyzna z ciepłymi, brązowymi oczami, spoglądającymi wstydliwie. – Kiedy to śpiewanie się zaczęło… Jezu, chyba podskoczyłem na dwie stopy w górę!
Piosenka znów się odmieniła. Słodycz została zastąpiona przez przesadną, niemal szyderczą pobożność:
Jezu kocha mnie, to wiem, w Biblii czytam to co dzień.
– Nie podoba mi się to – powiedział Henry Wong. możliwe?
Każde dziecię do Niego lgnie. One są słabe, w Nim siła jest.
W śpiewie nie było nic groźnego, a jednak podobnie jak hałasy, które Bryce i Jenny słyszeli w telefonie, dziecięcy czuły głosik, dobiegający z tak niezwykłego miejsca, przeszywał ich lękiem. Zrobiło się strasznie.
Tak, Jezus kocha mnie. Tak, Jezus kocha mnie. Tak, Jezus…
Śpiew urwał się gwałtownie.
– Dzięki Bogu! – Max Dunbar westchnął z ulgą, jakby słuchali nie dziecięcego, melodyjnego głosiku, ale nieznośnie fałszującego zawodzenia. – Od tego śpiewania aż mnie rwało w dziąsłach!
Po kilku sekundach, które minęły w ciszy, Bryce zaczął pochylać się nad dziurą odpływową zlewu, zaglądać…
…i Jenny powiedziała, że powinien uważać…
…i coś wybuchło z czarnej, okrągłej dziury.
Rozległy się krzyki, Lisa wrzasnęła, Bryce zatoczył się w tył, przestraszony i zaskoczony. Przeklinał się za brak ostrożności, wyszarpnął rewolwer, skierował lufę na to, co wyskoczyło z otworu.
Ale to była tylko woda.
Wysoki, pchany wysokim ciśnieniem strumień wyjątkowo brudnej, tłustej wody wystrzelił pod sufit, opryskując wszystko w kilka sekund.
Kilka cuchnących bryzgów spadło Bryce'owi na twarz. Ciemne plamy osadu pojawiły mu się na gorsie koszuli.
Było to dokładnie to, co mogło wylecieć z przetkanego zlewu: brudna, ciemna woda, nitki ciągnącego się szlamu, pośniadaniowe resztki, które przeleciały przez sito.
Gordy sięgnął po rolkę papierowego ręcznika i wszyscy otarli sobie twarze i ubrania.
Jeszcze się czyścili, niepewni, czy śpiew nie powróci, kiedy Tal Whitman pchnął drzwi.
– Bryce, właśnie był telefon. Generał Copperfield ze swoim oddziałem dojechał do blokady i minął ją kilka minut temu.
3
W kryształowym świetle poranka Snowfield stało czyste i spokojne. Świeży wiaterek poruszał drzewami. Niebo było bezchmurne.
Wychodząc z zajazdu z Bryce'em, Frankiem, doktor Paige i kilkoma innymi osobami, Tal zerknął na słońce i przypomniało mu się dzieciństwo w Harlemie. W Kiosku Boaza po drugiej stronie kwartału, w którym mieściło się mieszkanie cioci Becky, miał zwyczaj kupować sobie landrynki. Uwielbiał cytrynowe. Miały najpiękniejszy odcień żółcieni, jaki w życiu widział. I dziś, tego poranka, dostrzegł, że słońce ma dokładnie ten sam odcień. Na niebie wisiała wysoko przeogromna landryna. Z zadziwiającą mocą przywróciła widoki, dźwięki i zapachy dzieciństwa.
Lisa stanęła obok Tala. Wszyscy zatrzymali się na chodniku i patrzyli w dół wzgórza, czekając na zjawienie się Oddziału Obrony CBW.
Nic nie ruszało się na drodze w dole. Stok zalegała cisza. Najwidoczniej oddział Copperfielda był jeszcze daleko.
Czekając w landrynkowym słońcu, Tal zastanawiał się, czy Kiosk Boaza nadal stoi na starym miejscu. Najprawdopodobniej, jak inne sklepiki, opustoszał, zaśmiecony i zniszczony. Albo może sprzedają tam gazety, papierosy i słodycze tylko jako przykrywkę dla handlu narkotykami.
W miarę jak dorastał, coraz ostrzej dostrzegał, jak wszystko chyli się ku upadkowi. Miłe dzielnice zamieniały się w nędzne dzielnice; nędzne dzielnice rozpadały się; rozpadające się dzielnice stawały się slumsami. Porządek ustępował chaosowi. W dzisiejszych czasach to rzecz powszednia. Z każdym rokiem więcej zabójstw. Coraz większe nadużywanie narkotyków. Więcej napadów, gwałtów, włamań. Tala od pesymizmu ratowało jedynie gorące przekonanie, iż dobrzy ludzie – tacy ludzie jak Bryce, Frank i Jenny Paige, tacy ludzie jak ciocia Becky – zdołają zatamować falę upadku, a może nawet zawrócić ją niekiedy.
Ale ta wiara w moc i odpowiedzialne postępowanie dobrych ludzi narażona była na ciężką próbę tu, w Snowfield. Tutaj zło wydawało się niezwyciężone.
– Słuchajcie! – krzyknął Gordy Brogan. – Słyszę silniki. Tal spojrzał na Bryce'a.
– Myślałem, że nie należy się ich spodziewać aż do południa. Są trzy godziny przed czasem.
– Południe to był termin ostateczny – powiedział Bryce. – Copperfield chciał zjawić się tu jak najwcześniej. Wygląda na twardego szefa, na faceta, który zwykle wydobywa z ludzi to, czego chce.
– Tak jak ty, no nie?
Bryce spojrzał na niego spod śpiących, opadających powiek.
– Ja? Twardy? Coś ty, jestem jak kot na zapiecku. Tal błysnął zębami w uśmiechu.
– Uhm, ale jak pantera też.
– Są, są!
W dole Skyline Road zjawił się duży pojazd, a warkot ciężko pracującego silnika wzrósł.
W Cywilnym Oddziale Obrony CBW były trzy pojazdy. Jenny obserwowała je, kiedy z wolna pełzły po długim stoku do Zajazdu Na Wzgórzu.
Konwój otwierał połyskujący biały samochód mieszkalny, długi na trzydzieści sześć stóp behemot, poddany pewnym modyfikacjom. Nie miał okien, a jedyne wejście znajdowało się z tyłu. Wygięta, zachodząca na boki przednia szyba była bardzo ciemna, tak że nie widziało się wnętrza kabiny, i wyglądała na wykonaną z dużo grubszego szkła niż W zwykłych samochodach mieszkalnych. Samochód nie miał żadnych oznak identyfikacyjnych, nazwy wiążącej się z zastosowaniem, śladów przynależności do armii. Tablice rejestracyjne były typowe dla Kalifornii. Widocznie anonimowość podczas transportu stanowiła część programu Copperfielda.