Odwieczny Wróg
- Автор: Кунц Дин Рэй
- Язык: польский
- Жанр: Триллеры
Электронная книга - «Odwieczny Wróg». Краткое содержание книги:
PING
W mrocznym pomieszczniu gospodarczym, gdzie na stole spoczywało ciało Stu Wargle'a, woda zaczęła znów skapywać do metalowego zlewu.
PING
Nadal coś ukradkowo poruszało się w ciemności, krążyło wokół stołu. Odgłos pełzania przez kleiste, mokre błoto.
Nie był to jedyny dźwięk, rozległo się wiele innych, wszystkie przytłumione, ciche. Ziajanie zmęczonego psa. Puknięcia rozzłoszczonego kota. Łagodny, srebrzysty, upiorny śmieszek; śmieszek dziecka. Bolesny szloch kobiecy. Jęk. Westchnienie. Świergot jaskółki, czysty, ale stłumiony, jakby ze względu na wartowników w hallu. Ostrzeżenie grzechotnika. Buczenie trzmieli. Wysokie, złowrogie bzyczenie os. Warczenie psa.
Odgłosy urwały się równie nagle, jak się zaczęły.
Powróciła cisza.
PING
Ciszę punktowały tylko regularnie odmierzane nuty spadających kropelek.
PING
W pozbawionym światła pokoju dał się słyszeć szelest materiału. Całun na trupie Wargle'a. Zsunął się ze zmarłego i upadł na podłogę.
Odgłos pełzania powrócił.
Łamanie suchego drewna. Kruchy, przytłumiony choć gwałtowny dźwięk. Ostry trzask łamanej kości.
Cisza.
PING
Cisza.
PING PING PING
Kiedy Tal Whitman oczekiwał na sen, myślał o Strachu. To było kluczowe słowo; forma, która nadała kształt jego życiu. Strach. Przez całe życie uparcie stawiał mu czoło, nawet odmawiał istnienia. Nie pozwalał mu się dotknąć, poniżyć, nie chciał mu ulec. Nie chciał się nawet przyznać, że cokolwiek może go przestraszyć. Twardy los od początku nauczył go, iż niekiedy wystarczy uznać, że strach istnieje, by zostać przezeń pożartym.
Urodził się i wychował w Harlemie, gdzie strach był wszechobecny; strach przed ulicznymi gangami, strach przed ćpunami, strach przed przypadkową przemocą, strach przed nędzą, strach przed wypchnięciem z głównego nurtu życia. W czynszowych kamienicach, stojących wzdłuż szarych ulic, strach czyhał, by cię zeżreć, kiedy tylko lekkim skinieniem głowy potwierdziłeś jego istnienie.
W dzieciństwie nie czuł się bezpiecznie nawet w mieszkaniu, które dzielił z matką, bratem i trzema siostrami. Ojciec Tala był socjopatą. Bił żonę. Zjawiał się raz albo dwa razy na miesiąc w poszukiwaniu rozrywki. Tłukł żonę do nieprzytomności i napędzał nieziemskiego strachu dzieciom. Prawdę mówiąc mama nie była wiele lepsza od starego. Chlała za dużo wińska, ćpała za dużo i była prawie tak samo bezwzględna wobec dzieci jak ojciec.
Kiedy Tal miał dziewięć lat, w jedną z tych rzadkich nocy, gdy ojciec Spał w domu, pożar ogarnął czynszówkę. Tal jeden przeżył z całej rodziny. Mama i stary zginęli w łóżku, uduszeni dymem we śnie. Brat Tala, Oliver, siostry – Heddy, Louisa i malutka Francesca – zginęli. Teraz, po wielu latach, trudno było uwierzyć, że kiedyś istnieli.
Po pożarze przygarnęła go siostra matki, ciocia Rebecca. Też mieszkała w Harlemie. Becky nie piła. Nie brała prochów. Nie miała własnych dzieci. Ale za to miała pracę, chodziła do szkoły wieczorowej, wierzyła, że człowiek może sobie sam poradzić. Miała aspiracje. Często powtarzała Talowi, że nie ma się czego bać – tylko Samego Strachu i że Sam Strach jest jak nocne straszydło, jak cień. “Bóg dał ci zdrowie, Talbercie, i olej w głowie. Jak ci go ubędzie, to tylko z twojej winy". Dzięki miłości, dyscyplinie i wskazówkom cioci Becky młody Talbert uwierzył w końcu, że jest dosłownie niezwyciężony. Nie bał się niczego w życiu. I nie bał się też śmierci.
Właśnie dlatego po latach, przeżywszy strzelaninę w nocnym sklepiku, tam, w Santa Mira, mógł powiedzieć Bryce'owi Hammon-dowi, że to była tylko bułka z masłem.
Teraz po raz pierwszy od długich, długich lat przygiął go ciężar, którego wagi zapomniał: brzemię strachu.
Tal pomyślał o Stu Wargle'u i to brzemię zaciążyło mu jeszcze mocniej.
Oczy miał wyżarte z czaszki.
Sam Strach.
Ale t o nocne straszydło istniało.
Pół roku po trzydziestych pierwszych urodzinach Tal Whitman odkrywał, że nadal czuje strach, jakkolwiek dzielnie by mu się opierał. Nieustraszoność zawiodła go wysoko. Ale wbrew temu, co myślał do tej pory, uświadomił sobie, że bywają w życiu chwile, kiedy bać się oznaczało mieć olej w głowie.
Tuż przed brzaskiem Lisa obudziła się z koszmaru, którego nie była w stanie sobie przypomnieć.
Spojrzała na Jenny i resztę śpiących, potem obróciła się do okien. Noc dobiegała końca, Skyline Road była zwodniczo spokojna.
Lisa musiała zrobić siusiu. Wstała i cicho przemknęła się między dwoma rzędami materacy. W hakowatym przejściu do następnej sali uśmiechnęła się do wartownika. Mrugnął do niej.
Następny siedział w stołówce. Kartkował magazyn.
W hallu dwójka trzymała straż przy windach. Polerowane podwójne drzwi frontowe zajazdu, każde skrzydło z elipsą szlifowanego szkła w środku, były zamknięte na klucz i stał przy nich trzeci wartownik. Trzymał strzelbę i patrzył przez szkło na podejście do budynku.
Czwarty mężczyzna siedział w hallu. Lisa poznała go wcześniej: łysy, z rumianą twarzą, nazywał się Fred Turpner. Siedział za dużym biurkiem, obsługiwał telefon. Aparat musiał często odzywać się w nocy, gdyż kilka sporego formatu kartek z wiadomościami leżało obok. Kiedy Lisa przechodziła, telefon znów zadzwonił. Fred pozdrowił ją podniesieniem dłoni. Złapał za słuchawkę.
Lisa poszła prosto do toalet mieszczących się w kącie hallu. Napisy na drzwiach głosiły: SARENKI, KOZIOŁKI.
Ta głupawa wesołość nie współgrała z resztą Zajazdu Na Wzgórzu.
Pchnęła drzwi z napisem SARENKI. Toalety uznano za bezpieczny teren, ponieważ nie miały okien, a wejść można było tylko przez hali, w którym zawsze stała warta. Damska toaleta była przestronna i czysta: cztery kabiny, umywalnie. Podłoga i ściany pokryte białymi kafelkami. Wzdłuż brzegów podłogi i po górnych krawędziach ścian biegły pasy granatowych płytek.
Lisa skorzystała z pierwszej kabiny i najbliższej umywalni. Kiedy skończyła myć ręce i podniosła wzrok do lustra, zobaczyła jego. Jego. Nieżywego funkcjonariusza Wargle'a.
Stał osiem, dziesięć stóp za nią na środku toalety. Szczerzył zęby.
Obróciła się, pewna, że to skaza zwierciadła, oszustwo lustra. Nie może go tam być.
Ale stał tam. Nagi, obrzydliwie szczerzył zęby.
Twarz odzyskała normalny wygląd: mocne szczęki, grube, tłuste wargi, świński nos, małe, ruchliwe oczka. Magicznym sposobem ciało powróciło na miejsce.
Niemożliwe.
Zanim Lisa zdążyła zareagować, Wargle stanął między nią a drzwiami. Jego bose stopy klapnęły o podłogę.
Ktoś tłukł w drzwi.
Wargle nie zwracał na to uwagi.
Tłukł i tłukł, i tłukł…
Dlaczego ten ktoś najzwyczajniej nie otworzy drzwi i nie wejdzie?
Wargle wyciągnął ręce i przyzywał ją do siebie. Szczerzył zęby.
Od pierwszej chwili Wargle nie podobał się Lisie. Przyłapała go na ukradkowych spojrzeniach, kiedy wydawało mu się, że jest zajęta czym innym. Miał wtedy niepokojący wyraz twarzy.
– Słodki z ciebie towar. Chodź tu.
Spojrzała na drzwi i uświadomiła sobie, że nikt się nie dobija. Słyszała tylko gorączkowe walenie swojego serca.
Wargle oblizał wargi.
Lisa zakrztusiła się nagle, niespodzianie. Była tak całkowicie sparaliżowana powrotem zza grobu tego mężczyzny, że zapomniała oddychać.
– Chodź tu, suczko. Spróbowała krzyknąć. Na nic. Wargle pomacał się nieprzyzwoicie.
– Założę się, że lubisz sobie go posmakować, hę? – powiedział. Usta miał wilgotne od pożądliwie biegającego języka.
Znów spróbowała krzyknąć. Znów nic. Płuca jej płonęły. Zachłannie potrzebowała oddechu, ale wciągała powietrze tylko nieludzkim wysiłkiem.