Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Триллеры » Odwieczny Wróg
Odwieczny Wróg - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Odwieczny Wróg

Электронная книга - «Odwieczny Wróg». Краткое содержание книги:

Wydaje się rzeczą niemożliwą, by wszyscy mieszkańcy spokojnego kalifornijskiego miasteczka zniknęli niemal w jednej sekundzie podczas wykonywania codziennych zajęć. A jednak kiedy pewnego wrześniowego wieczoru Jenny Paige i jej młodsza siostra przyjeżdżają do Snowfield, w tej dopiero co tętniącej życiem miejscowości nie ma nikogo. Właściwie należałoby powiedzieć: nie ma żywego człowieka, bo oprócz nielicznych ludzkich zwłok, na których trudno dopatrzyć się śladów gwałtownej śmierci, jest tu ktoś jeszcze – niewidzialny, mądry i okrutny, rozkoszujący się własną potęgą. Odwieczny wróg ludzkości, pragnący dla niej tylko śmierci i zatracenia…
1 ... 44 45 46 47 48 49 50 51 52 ... 100
Перейти на страницу:

Za pierwszym samochodem mieszkalnym jechał drugi. Konwój zamykała nie oznaczona ciężarówka, ciągnąca trzydziestostopową, szarą, zwykłą naczepę. Nawet okna ciężarówki były z barwionego zbrojonego szkła.

Niepewny, czy kierowca prowadzącego pojazdu zobaczył ich grupę, Bryce wszedł na jezdnię i zamachał rękami nad głową.

Obciążenie i samochodów mieszkalnych, i ciężarówki musiało być spore. Silniki pracowały ciężko i wozy poruszały się w górę ulicy nie szybciej niż dziesięć mil na godzinę, nie wolniej niż pięć – powoli, z jękiem i zgrzytem. W końcu dotarły na miejsce, zatrzymały się, wykonały skręt w prawo i wjechały w szeroką przecznicę wychodzącą na zajazd.

Jenny, Bryce i pozostali obeszli róg zajazdu. Prawie wszystkie idące ze wschodu na zachód ulice w Snowfield szły płasko w poprzek wzgórza. Dużo łatwiej było tu zaparkować i zabezpieczyć pojazdy niż na pochyłości Skyline Road.

Jenny stała na chodniku i obserwowała tylne drzwi pierwszego samochodu mieszkalnego, czekając, aż ktoś wyjdzie.

Trzy przegrzane silniki wyłączono, jeden po drugim. Cisza całym swym ciężarem opadła na miasto.

Po raz pierwszy od przyjazdu do Snowfield Jenny czuła się tak pokrzepiona na duchu. Oto zjawili się specjaliści. Jak większość Amerykanów, wierzyła święcie w specjalistów, technologię i naukę. Prawdę mówiąc jej wiara była większa, gdyż sama była specjalistką, kobietą nauki. Wkrótce dowiedzą się, co zabiło Hildę Beck, Liber-mannów i wszystkich innych. Przybyli specjaliści. Wreszcie nadciągnęła kawaleria.

Najpierw otworzyły się tylne drzwi ciężarówki. Wyskoczyli mężczyźni przygotowani do działania w skażonej biologicznie atmosferze. Ubrani byli w białe, nie przepuszczające powietrza winylowe stroje typu używanego przez NASA, duże hełmy z wielkimi osłonami pleksiglasowymi na twarzach. Każdy dźwigał butle z powietrzem i urządzenie do gromadzenia wydalanych nieczystości wielkości małej walizki.

Ciekawe, ale Jenny nie kojarzyli się z astronautami. Wyglądali na wyznawców jakiejś dziwnej religii. Ich stroje, niby szaty kapłanów, słały biały, oślepiający blask.

Szóstka mężczyzn szybko i sprawnie wyskoczyła już z ciężarówki. Za nimi następni. Jenny dostrzegła, że są ciężko uzbrojeni. Szybko rozciągnęli się w szeregi po obu stronach konwoju, zajmując pozycję między swoimi środkami transportu a ludźmi na chodniku, tyłem do pojazdów. Ci ludzie nie byli naukowcami. To ochrona. Ich nazwiska były podane na hełmach, powyżej zasłon na twarze: SIERŻ. HAR-KER, SZER. FODOR, SZER. PASCALLI, POR. UNDERHILL. Podnieśli broń, skierowali przed siebie, zabezpieczając obszar z determinacją wykluczającą jakąkolwiek ingerencję.

Osłupiała i zmieszana Jenny spoglądała w otwór lufy pistoletu maszynowego.

– Co to, do diabła, ma znaczyć? – powiedział Bryce, robiąc krok do przodu.

Sierżant Harker, stojący najbliżej Bryce'a, podniósł swój automat i oddał serię ostrzegawczą.

Bryce zatrzymał się gwałtownie.

Tal i Frank automatycznie sięgnęli po swoje rewolwery.

– Nie! – krzyknął Bryce. – Żadnego strzelania, na litość boską! Jesteśmy po tej samej stronie.

Przemówił jeden z żołnierzy. Porucznik Underhill. Jego głos zabrzęczał z małego wzmacniacza, który miał w pudełku o powierzchni sześciu cali kwadratowych, umieszczonym na piersi.

– Proszę nie zbliżać się do pojazdów. Naszym pierwszym obowiązkiem jest zabezpieczenie laboratoriów i wypełnimy go za wszelką cenę.

– Do cholery – powiedział Bryce – nie chcemy sprawiać żadnych kłopotów. Przecież to ja was tu ściągnąłem.

– Nie zbliżać się – z uporem powtórzył Underhill.

W końcu otworzyły się tylne drzwi pierwszego samochodu mieszkalnego. Pojawiła się czwórka osobników, również w strojach nie przepuszczających powietrza, ale nie byli to żołnierze. Ruszali się bez pośpiechu. Nie mieli broni. Jednym z nich była kobieta. Jenny przez moment dostrzegła orientalną, niezwykle piękną twarz. Ich nazwisk na hełmach nie poprzedzały stopnie służbowe: BETTENBY, VALDEZ, NIVEN, YAMAGUCHI. Byli to cywilni lekarze i naukowcy, który w razie nagłej konieczności wywołanej wojną biologiczno-chemiczną rozstawali się ze swoim prywatnym życiem w Los Angeles, San Francisco, Seattle i innych miastach Zachodniego Wybrzeża, oddając się do dyspozycji Copperfielda. Zgodnie z tym, co było wiadome Bryce'owi, jeden taki oddział stacjonował na Zachodzie, drugi na Wschodzie, a jeden nad Zatoką Meksykańską.

Szóstka wyszła z drugiego samochodu mieszkalnego. GOLD-STEIN, ROBERTS, COPPERFIELD, HOUK. Ostatnia dwójka nie nosiła nazwisk nad osłonami na twarze. Szli za linią utworzoną przez żołnierzy, dołączyli do Bettenby'ego, Valdeza, Nivena i Yamaguchi.

Ta dziesiątka przeprowadziła między sobą krótką rozmowę, korzystając z wewnętrznego systemu komunikacyjnego. Jenny widziała usta poruszające się za pleksiglasowymi przyłbicami, ale skrzeczące pudełka na piersiach nie przekazały ani słowa, co znaczyło, że mogą prowadzić zarówno publiczną jak i wyłącznie prywatną rozmowę. Jak na razie cenili sobie prywatność.

Ale dlaczego? – zastanawiała się Jenny. Nie mają przed nami nic do ukrycia. Prawda?

Generał Copperfield, najwyższy z dwudziestki, odłączył od grupy, wszedł na chodnik i zbliżył do Bryce'a.

Zanim generał otworzył usta, Bryce stawił mu czoło.

– Generale, żądam wyjaśnień. Dlaczego grozi się nam bronią?

– Przepraszam – odpowiedział generał i obrócił się do swoich żołnierzy stojących z kamiennymi twarzami. – W porządku, chłopcy. Sytuacja jest niegroźna. Spocznij.

Z powodu pojemników ze sprężonym powietrzem żołnierze nie mogli wygodnie przyjąć klasycznej postawy swobodnej. Ale poruszając się z płynnością precyzyjnie wymusztrowanego oddziału, natychmiast opuścili broń, rozsunęli stopy na odległość dokładnie dwunastu cali, zwiesili automaty przy boku i stali bez ruchu, patrząc przed siebie.

Bryce nie pomylił się, mówiąc Talowi, że Copperfield jest twardym szefem. Dla Jenny było oczywiste, że w oddziale generała nie znano kłopotów z dyscypliną.

Copperfield obrócił się do Bryce'a, uśmiechnął przez osłonę.

– Tak lepiej?

– Lepiej – odpowiedział Bryce. – Ale nadal proszę o wyjaśnienia.

– To tylko SOP – wyjaśnił Copperfield. – Standardowa Operacyjna Procedura. Część zwykłej musztry. Nie mamy nic przeciw panu ani pańskim ludziom, szeryfie. Bo pan jest szeryfem Hammon-dem, prawda? Pamiętam pana z konferencji w Chicago, z zeszłego roku.

– Tak, sir. Jestem Hammond. Ale nadal nie usłyszałem pełnego wyjaśnienia. SOP to za mało.

– Nie musi pan podnosić głosu, szeryfie. – Copperfield klepnął dłonią w rękawiczce w piszczące pudełko na piersi. – To nie tylko głośnik. Również bardzo czuły mikrofon. Widzi pan, jadąc do miejsca poważnego skażenia chemicznego lub bakteriologicznego musimy wziąć po uwagę, że zostaniemy otoczeni przez wielu chorych i umierających. Po prostu brak nam ekwipunku do leczenia albo choćby złagodzenia skutków skażenia. Jesteśmy oddziałem badawczym.

Tylko rozpoznanie, żadnego leczenia. Naszą rzeczą jest dowiedzieć się wszystkiego o naturze skażenia, tak żeby odpowiednio wyekwipowane oddziały medyczne mogły zjawić się tuż po nas i zająć tymi, którzy przeżyli. Ale umierający, ciężko chorzy ludzie mogą nie zrozumieć, że nie jesteśmy w stanie się nimi zająć. Mogą zaatakować laboratoria, zrozpaczeni i wściekli.

– I przerażeni – dodał Tal Whitman.

– Właśnie – przytaknął generał, nie wyczuwszy ironii. – Podczas symulacji sytuacji stresogennych okazało się, że istnieje taka możliwość i to bardzo poważna.

– A jeśli chorzy lub umierający faktycznie mieliby przeszkodzić wam w pracy – spytała Jenny – zabilibyście ich?

1 ... 44 45 46 47 48 49 50 51 52 ... 100
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)