Odwieczny Wróg
- Автор: Кунц Дин Рэй
- Язык: польский
- Жанр: Триллеры
Электронная книга - «Odwieczny Wróg». Краткое содержание книги:
Pójdzie do szkoły, zostanie weterynarzem. Będzie szczęśliwy. Rodzice też. Jego życie z powrotem wejdzie na właściwe tory.
Zamknął oczy, westchnął, zapragnął snu. Ale z ciemności nadeszły koszmarne obrazy okaleczonych głów kotów i psów, obrazy poćwiartowanych i torturowanych zwierząt. Cierpła od tego skóra.
Otworzył gwałtownie oczy, zaczerpnął tchu.
Co się stało ze wszystkimi domowymi zwierzętami w Snowfield?
Pomieszczenie gospodarcze.
Bez okien, bez światła.
Monotonne ping wody kapiącej do metalowego zlewu urwało się.
Ale tym razem cisza nie powróciła. Coś poruszało się w ciemności. Wydawało cichy, mokry, nieuchwytny odgłos. Skradało się w nieprzeniknionej czerni.
Jenny nie mogła zasnąć. Weszła do sali restauracyjnej, nalała sobie filiżankę kawy i przysiadła się do szeryfa.
– Lisa śpi? – zapytał.
– Jak kamień.
– Jak to wytrzymujesz? Musi ci być ciężko. Wszyscy twoi sąsiedzi, przyjaciele…
– Nie poddaję się – powiedziała. – Czuję się odrętwiała. Gdybym reagowała na każdy z tych zgonów, rozwaliłabym się kompletnie. Więc nie chcę wyjść z tego odrętwienia.
– To normalna, zdrowa reakcja. Wszyscy postępujemy podobnie. Wypili trochę kawy, pogawędzili.
– Mężatka? – spytał po chwili.
– Nie. A ty, żonaty?
– Byłem.
– Rozwiedziony?
– Ona nie żyje.
– O Chryste, wiem przecież. Czytałam. Przepraszam. Rok temu, prawda? Wypadek drogowy?
– Ciężarówka. Kierowca zwiał.
Spoglądała mu w oczy, które zachmurzyły się i stały mniej błękitne.
– Jak ma się twój syn?
– Nadal w śpiączce. Chyba nigdy z niej nie wyjdzie.
– Współczuję ci, Bryce. Naprawdę.
Oplótł rękoma kubek z kawą i utopił w nim wzrok.
– Dla Timmy'ego byłoby naprawdę błogosławieństwem, gdyby się w końcu poddał. Przez jakiś czas byłem jak odrętwiały. Nie czułem nic. Psychicznie ani fizycznie. Kiedyś obierając pomarańczę, przeciąłem sobie palce, polałem krwią całą cholerną kuchnię i nawet zjadłem kilka pokrwawionych cząstek, zanim dotarło do mnie, że coś jest nie w porządku. I nawet wtedy nie poczułem żadnego bólu. Później zacząłem to ogarniać, pogodziłem się z losem. – Podniósł wzrok, napotkał spojrzenie Jenny. – Dziwne, od kiedy znalazłem się tu, w Snowfield, szarość odeszła.
– Szarość?
– Przez długi czas wszystko było jak wyprane z kolorów. Wszystko szare. Ale dziś wieczór przeciwnie. Dziś wieczór było tyle podniecenia, tyle napięcia, tyle strachu, że wszystko wydaje się niezwykle żywe.
Jenny zaczęła mówić o śmierci matki, o zadziwiająco potężnym wrażeniu, jakie to na niej wywarło, pomimo dwunastu lat obcości i oddalenia.
I znów ją uderzyło, że w obecności Bryce'a Hammonda czuje się swobodnie. Jakby się znali od lat.
Opowiedziała mu nawet o błędach, które popełniła mając osiemnaście, dziewiętnaście lat, o upartym i głupim postępowaniu, które boleśnie raniło rodziców. Pod koniec pierwszego roku college'u poznała mężczyznę, który ją urzekł. Był na ostatnim roku – Campbell Hudson, nazywała go Cam – starszy od niej o pięć lat. Jego uprzedzająca grzeczność, wdzięk, namiętne zainteresowanie jej osobą kompletnie zawróciły jej w głowie. Do tej pory wiodła bezpieczny żywot, nigdy nie związana na stałe z żadnym chłopakiem, nawet rzadko wychodziła. Stanowiła łatwą zdobycz. Zakochawszy się w Ca-mie Hudsonie, stała się nie tylko jego kochanką, pilną uczennicą i naśladowczynią, ale i prawie, prawie oddaną niewolnicą.
– Nie wyobrażam sobie ciebie podporządkowanej komukolwiek – powiedział Bryce.
– Byłam młoda.
– To zawsze dobra wymówka.
Zamieszkała z Camem, nie kryjąc się ze swym grzesznym związkiem przed matką i ojcem. W ich oczach to był grzeszny związek. Później zdecydowała się – raczej pozwoliła, żeby Cam za nią zdecydował – rzucić college i pracowała jako kelnerka, co pozwalało opłacać jego rachunki, póki nie zrobił magisterium i doktoratu.
Stała się częścią maszyny obsługującej Cama Hudsona, i wtedy stopniowo spostrzegła, że jest mniej grzeczny i mniej czarujący niż dawniej. Doświadczyła jego gwałtownego temperamentu. Nagle umarł ojciec i na pogrzebie wydało się jej, że matka wini ją za to przedwczesne odejście. W miesiąc po złożeniu ojca do grobu dowiedziała się, że zaszła w ciążę. Była brzemienna, kiedy ojciec zmarł. Cam wściekł się i zażądał natychmiastowej skrobanki. Poprosiła o dzień do namysłu, ale nawet dwudziestoczterogodzinna zwłoka wprawiła go w szał. Pobił ją tak dotkliwie, że poroniła. Wtedy nastąpił koniec. Głupota wywietrzała jej z głowy. Nagle wydoroślała – choć ta szybka dojrzałość przyszła za późno, aby ucieszyć ojca.
– Od tej chwili ciężko harowałam – opowiadała Bryce'owi. – Może zbyt ciężko. Chciałam udowodnić matce, że żałuję i mimo wszystko zasługuję na jej miłość. Pracowałam w weekendy, odrzucałam niezliczone zaproszenia na zabawy, prawie rezygnowałam z wakacji w ciągu ostatnich dwunastu lat – wszystko w imię poprawy. Nie jeździłam do domu tak często, jak powinnam. Nie umiałam patrzyć matce w oczy. Mogłabym dojrzeć w nich oskarżenie. I oto dziś w nocy Lisa powiedziała mi coś zdumiewającego.
– Matka nigdy nie obciążała cię winą. – Bryce okazał nieprzeciętną wrażliwość i przenikliwość, które dostrzegła w nim już wcześniej.
– Tak! – zawołała Jenny. – Nigdy nie miała o nic do mnie pretensji.
– Prawdopodobnie była nawet z ciebie dumna.
– To także! Nigdy nie winiła mnie za śmierć taty. To ja wymyśliłam to wszystko. Oskarżenie, które dostrzegałam w jej oczach, było tylko odbiciem mojego własnego poczucia winy. – Jenny roześmiała się łagodnie, gorzko. Potrząsnęła głową. – To byłoby śmiechu warte, gdyby nie było tak cholernie smutne.
W oczach Bryce'a Hammonda zobaczyła współczucie i zrozumienie. Potrzebowała tego od dnia pogrzebu ojca.
– Jesteśmy do siebie bardzo podobni, ty i ja. Wydaje się, że oboje mamy kompleks męczeństwa.
– Koniec z tym – powiedziała. – Życie jest krótkie. Dotarło to do mnie dziś wieczorem. Od dziś zamierzam żyć – naprawdę żyć – jeśli Snowfield mi na to pozwoli.
– Damy sobie radę.
– Chciałabym mieć taką pewność.
– Wiesz, jak będziemy mieli przed sobą jakiś miły cel, pomoże nam to przetrwać. Co myślisz o tym, żeby mi zaoferować taki cel?
– Co?
– Randka. – Pochylił się ku niej. Gęste konopne włosy opadły mu na czoło. – Ristorante Gervasia w Santa Mira. Minestrone. Scampi polanę masłem czosnkowym. Jakiś niezły medalion cielęcy albo może stek. Pasta na przystawkę. Podają cudowne vermicello al pesto. Dobre wino.
Uśmiechnęła się, wniebowzięta.
– Cudo.
– Zapomniałem wspomnieć o chlebie czosnkowym.
– Uwielbiam chlebek czosnkowy.
– Na deser zabaglione.
– Będą musieli nas wynieść.
– Zamówię taczki.
Pogwarzyli kilka minut, rozładowując napięcie i w końcu oboje byli gotowi iść spać.