Odwieczny Wróg
- Автор: Кунц Дин Рэй
- Язык: польский
- Жанр: Триллеры
Электронная книга - «Odwieczny Wróg». Краткое содержание книги:
To nieprawda.
Jeśli na kilka sekund zamknę oczy, ścisnę mocno powieki, policzę do dziesięciu i otworzę, on zniknie.
– Suczunia.
Był widziadłem. Może nawet częścią snu. Może faktycznie przyszła do toalety tylko w sennym koszmarze.
Ale nie wyróbowała swojej teorii. Nie zamknęła oczu i nie policzyła do dziesięciu. Nie ośmieliła się.
Wargle zrobił krok. Nadal masował sobie krocze.
Jego naprawdę nie ma. Jest widziadłem.
Kolejny krok.
– Chodź, słodzieńka, daj pociamkać te twoje cycuchy.
Jego naprawdę nie ma, jest widziadłem, jego naprawdę nie ma, jest…
– Będziesz miała radochę, słodziuchna. Cofnęła się.
– Słodki z ciebie towar. Chodź. Naprawdęś milusia. Wciąż się zbliżał.
Wszedł w światło. Jego cień padł na nią. Duchy nie rzucają cieni.
Pomimo śmieszku i wyszczerzonych zębów jego głos stawał się coraz bardziej chrapliwy, wstrętny.
– Ty mała, głupia dziwko. Wyżyję się na tobie do oporu. Cholera, do oporu. Zrobię ci lepiej niż chłoptysie z liceum. Jak cię posunę, nie ruszysz się tydzień, słodziuchna.
Jego cień połknął ją całą.
Serce biło jej tak mocno, że myślała, iż wyskoczy z piersi. Cofała się krok po kroku – ale niebawem wpadła na ścianę. Znalazła się w kącie.
Rozejrzała się za jakąś bronią, za czymś, czym przynajmniej mogłaby w niego rzucić. Nie było niczego.
Każdy oddech kosztował ją coraz więcej. Czuła zawroty głowy, słabość.
Jego naprawdę nie ma. Jest widziadłem.
Ale nie mogła dalej się oszukiwać; to nie sen.
Wargle stał na odległość ramienia. Wpatrywał się w nią. Kiwał się na nagich piętach – w przód, w tył – jakby słyszał jakąś wariacką-mroczną-tylko-sobie-wiadomą muzykę. Rosła w nim i opadała, rosła i opadała.
Zamknął ziejące nienawiścią oczy, kiwał się, rozmarzony.
Minęła sekunda.
O co mu chodzi?
Dwie sekundy, trzy, sześć, dziesięć.
Nadal miał zamknięte oczy.
Czuła, jak wciąga ją wir histerii.
Prześliznąć się obok niego? Oczy ma zamknięte… Jezu. Nie. Stoi za blisko. Musiałaby się o niego otrzeć. Jezu. Otrzeć się o niego? Nie. Boże, to by go wytrąciło z transu czy czegoś tam, złapie ją, a jego ręce będą zimne, zimne jak to u trupa. Za nic go nie dotknę. Nie.
Wtem zauważyła, że coś dziwnego dzieje się z jego oczami. Jakby coś się w nich mrowiło. Pod powiekami widziała, że krzywizna gałek uległa zmianie.
Otworzył oczy.
Znikły.
Zostały tylko puste, czarne oczodoły.
Wreszcie krzyknęła, ale to wołanie było niesłyszalne dla ludzkiego ucha. Wycisnęła szybko powietrze z gardła, czuła konwulsyjnie pracujące mięśnie, ale to absolutnie nie był dźwięk, który mógł sprowadzić ratunek.
Te oczy.
Te puste oczy.
Była pewna, że puste oczodoły nadal ją widzą. Wysysają.
Straszliwy grymas nie znikał.
– Cipulka – odezwał się. Krzyczała bezgłośnie.
– Cipulka. Pocałuj mnie, cipulko.
Ciemne jak północ, okolone kośćmi oczodoły zachowały blask złowrogiego życia.
– Pocałuj mnie.
Nie!
Daj mi umrzeć, modliła się. Boże, niech wpierw umrę.
– Daj, possam sobie soczku z twojego języczka – napierał Wargle, wybuchając chichotem. Wyciągnął ręce.
Przykleiła się niemal do twardej ściany. Wargle dotknął jej policzka. Wzdrygnęła się, usiłowała odchylić twarz. Palce z wolna przesunął w dół jej twarzy. Dłoń miał lodowatą, śliską. Usłyszała cienki, wątły, dziwny jęk:
– Uła-uła-uła-uła-aaaaa…
Słyszała samą siebie.
Poczuła dziwny, kwaśny smród. Jego oddech? Oddech martwego mężczyzny, wydobywający się z gnijących płuc? Czy umarli powstali z grobu oddychają? Smród był lekki, ale nieznośny. Wymiociny podeszły jej do gardła.
Przybliżył swoją twarz do jej twarzy.
Wpatrywała się w wyżarte oczy, w mrowiącą się w głębi czaszki czerń. Jakby zaglądała przez dwa judasze w najgłębsze komnaty piekieł. Zacisnął dłoń na jej gardle. Powiedział:
– Dajże mi… Wciągnęła palący haust.
– …całuska.
Wydała kolejny krzyk.
Tym razem nie był bezgłośny. Tym razem wrzasnęła rozdzierająco, krzykiem zdolnym rozbić lustra toalety, roztrzaskać kafelki.
Kiedy martwa, pozbawiona oczu twarz Wargle'a z wolna, z wolna pochyliła się ku niej, kiedy usłyszała echo własnego krzyku tłukące się o ściany, wir histerii, z którym walczyła, wessał światło i utonęła w mroku.
20
Przy najbardziej oddalonej od toalet ścianie hallu Zajazdu Na Wzgórzu, na obitej tapicerką koloru rdzy sofie Jennifer Paige tuliła Lisę.
Bryce przykucnął obok, trzymał dziewczynę za rękę. Nie pomagało żadne ściskanie i masowanie. Ręką wciąż była lodowata.
Wszyscy oprócz wartowników zgromadzili się półkolem przy sofie.
Lisa wyglądała strasznie. Oczy miała zapadłe, czujne, wzrok zagonionego zwierzęcia. Twarz tak białą jak kafelki na podłodze w damskiej toalecie, gdzie znaleźli ją nieprzytomną.
– Stu Wargle nie żyje – uspokajał ją bezustannie Bryce.
– Chciał mnie po…po…pocałować – powtarzała dziewczyna, stanowczo trzymając się swojej niesamowitej opowieści.
– W toalecie nie było nikogo oprócz ciebie – przekonywał Bryce. – Ni-ko-go.
– Był tam – upierała się.
– Wpadliśmy, gdy tylko krzyknęłaś. Byłaś sama…
– On tam był.
– …na podłodze, w środku, lodowata.
– On tam był.
– Jego ciało leży w pomieszczeniu gospodarczym – mówił Bryce, łagodnie ściskając ją za rękę. – Złożyliśmy je tam wcześniej. Pamiętasz, prawda?
– A ciągle tam leży? – zapytała. – Może lepiej byście sprawdzili.
Bryce napotkał spojrzenie Jenny. Kiwnęła głową. Przekonany, że wszystko może zdarzyć się dzisiejszej nocy, Bryce dźwignął się na nogi, wypuścił dłoń dziewczyny. Obrócił się w kierunku pomieszczenia gospodarczego.
– Tal?
– No?
– Chodź ze mną.
Tal wyciągnął rewolwer.
– Reszta niech zostanie – rozkazał Bryce, wyjmując swoją broń. Ramię w ramię z Talem podeszli do drzwi pomieszczenia gospodarczego, zatrzymali się.
– Ona nie wygląda mi na dzieciaka, który wymyśla niestworzone historie – powiedział Tal.
– Masz rację.
Bryce myślał o ciele Paula Hendersona, które znikło z pod-komisariatu. Ale, do cholery, tamto to coś zupełnie innego. Trup Paula był łatwo dostępny, nie pilnowany. Ale tu nikt nie mógł dostać się do trupa Wargle'a – a sam Wargle też nie mógł wstać i pójść. Któryś z trzech ludzi rozstawionych w hallu zobaczyłby go. A nie widziano ani Wargle'a, ani niczego innego.
Bryce stanął przy lewej framudze, wskazał Talowi, żeby zajął pozycję po drugiej stronie.
. Kilka sekund nasłuchiwali. Zajazd był cichy. Żaden dźwięk nie dobiegał z pomieszczenia gospodarczego.
Nie wchodząc w światło drzwi, Bryce sięgnął z boku do gałki, przekręcił ją powoli i cicho do oporu. Zawahał się. Zerknął na Tala, który dał znak, że jest gotowy. Bryce wciągnął oddech, szarpnął za drzwi, otworzył. Odskoczył.
Nic nie wybiegło z ciemnego pomieszczenia.
Tal wolniutko wsunął dłoń za framugę, odnalazł wyłącznik światła.
Bryce przykucnął, czekał. W momencie w którym zapłonęło światło, rzucił się przez próg z rewolwerem w wyprostowanych rękach.