Bursztynowa Luneta
- Автор: Пулман Филип
- Серия: Mroczne Materie #3
- Язык: польский
- Переводчик: Danuta Gorska
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Bursztynowa Luneta». Краткое содержание книги:
Аннотация
Bursztynowa Luneta– Ale to on ma nóż. On umie się nim posługiwać.
– On nigdzie bez niej nie pójdzie.
– Ale ona musi pójść za nim, jeśli on ma nóż. Myślę, że jak tylko odzyskają naprawiony nóż, użyją go, żeby wymknąć się do innego świata i uciec przed nami. Widziałaś, jak ją uciszył, kiedy chciała powiedzieć coś więcej? Mają jakiś ukryty cel, całkiem inny od naszego.
– Zobaczymy. Ale chyba masz rację, Tialysie. Musimy trzymać się chłopca za wszelką cenę.
Oboje patrzyli ze sceptycyzmem, jak Iorek Byrnison wykłada narzędzia na zaimprowizowanym warsztacie. Wszechpotężni robotnicy w fabrykach artylerii pod twierdzą Lorda Asriela, ze swoimi huczącymi piecami i walcowniami, anbarycznymi kuźniami i hydraulicznymi prasami, wyśmialiby ten otwarty ogień, kamienny młot i kowadło z kawałka pancerza. Niedźwiedź jednak przystąpił do dzieła ze spokojem i pewnością siebie, co w pewnym stopniu przytłumiło pogardę małych szpiegów.
Kiedy Lyra i Will wrócili z opałem, Iorek pokierował układaniem gałęzi na ognisku. Oglądał każdą gałąź, obracał na wszystkie strony, a potem kazał ją umieścić dokładnie pod określonym kątem albo odłamać kawałek i położyć oddzielnie z brzegu. W rezultacie powstał ogień o wyjątkowej sile, skupiający całą energię po jednej stronie.
W jaskini zrobiło się gorąco. Iorek dalej dokładał do ognia i kazał dzieciom zrobić jeszcze dwie wycieczki w dół zbocza, żeby zapewnić dostateczną ilość opału na całą operację.
Potem niedźwiedź odwrócił mały kamyk na podłożu i kazał dzieciom znaleźć więcej takich kamieni. Wyjaśnił, że te kamyki po rozgrzaniu wydzielają gaz, który otoczy ostrze i odetnie dostęp powietrza, ponieważ gdyby gorący metal wszedł w kontakt z powietrzem, wchłonąłby go trochę i uległ osłabieniu.
Lyra przystąpiła do poszukiwań i dzięki pomocy sowiookiego Pantalaimona wkrótce miała jakiś tuzin kamyków, Iorek wytłumaczył jej, gdzie umieścić kamienie, i pokazał, jak wywołać ciąg, machając liściastą gałęzią, żeby strumień gazu równomiernie opływał obrabiany przedmiot.
Will miał pilnować ognia i Iorek poświęcił kilka minut na pokierowanie nim i sprawdzenie, czy chłopiec na pewno zrozumiał zasady. Tak wiele zależało od należytego rozmieszczenia ognia, a Iorek nie mógł przerywać pracy i wprowadzać poprawek za każdym razem; Will musiał zrobić to jak trzeba.
Co więcej, nie mógł oczekiwać, że nóż po naprawie będzie wyglądał dokładnie tak samo. Będzie krótszy, ponieważ każdy fragment ostrza musi odrobinę zachodzić na następny, żeby je skuć razem; powierzchnia trochę się utleni pomimo działania gazu, więc gra kolorów częściowo zaniknie; i niewątpliwie rękojeść zostanie osmalona. Ale ostrze będzie działać tak jak poprzednio.
Więc Will łzawiącymi oczami wpatrywał się w płomienie pożerające żywiczne drewno i poparzonymi rękami poprawiał każdą świeżą gałąź, żeby skupić żar dokładnie według wskazówek Iorka.
Tymczasem Iorek obrabiał i szlifował kamień wielkości pięści, odrzuciwszy przedtem kilka, dopóki nie znalazł takiego o właściwej wadze. Silnymi uderzeniami nadał mu odpowiedni kształt i wygładził. Kordytowy zapach skruszonej skały zmieszany z wonią dymu wiercił w nosie dwoje szpiegów, patrzących z góry. Nawet Pantalaimon pomagał pod postacią kruka, bijąc skrzydłami, żeby ogień płonął jaśniej.
Wreszcie młot uzyskał odpowiedni kształt. Iorek włożył pierwsze dwa kawałki ostrza zaczarowanego noża pomiędzy rozżarzone głownie w sercu ogniska i kazał Lyrze napędzać na nie gaz z kamieni. Długi biały pysk niedźwiedzia wyglądał trupio w blasku ognia. Will widział, jak powierzchnia metalu zaczyna świecić czerwono, żółto, a potem biało.
Iorek patrzył uważnie, gotów chwycić i wyciągnąć kawałki. Po kilku chwilach metal znowu się zmienił, powierzchnia zrobiła się błyszcząca jak olej i sypnęła iskrami niczym z fajerwerków.
Wtedy Iorek wykonał ruch. Prawa łapa śmignęła w ogień, chwyciła oba kawałki, przytrzymała czubkami potężnych pazurów i położyła na żelaznej płycie, stanowiącej grzbietową część pancerza. Will czuł swąd przypalanych pazurów, ale Iorek nie zwracał na to uwagi. Z zadziwiającą szybkością ułożył kawałki tak, żeby zachodziły na siebie pod odpowiednim kątem, potem wzniósł lewą łapę i uderzył kamiennym młotem.
Czubek noża podskoczył pod potężnym ciosem. Will pomyślał, że cała reszta jego życia zależy od tego małego trójkącika metalu, tego szpikulca, który wyszukiwał luki we wnętrzach atomów. Wszystkie nerwy w jego ciele drżały, wyczuwając każde drgnienie każdego płomyka, każde przesunięcie każdego atomu w splocie metalu. Przed rozpoczęciem pracy przypuszczał, że do naprawy tego noża konieczny jest piec hutniczy i najlepsze narzędzia; teraz jednak przekonał się, że artyzm Iorka stworzył najlepsze narzędzia i najlepszy możliwy piec.
Iorek ryknął nagle, przekrzykując szczęk metalu:
– Trzymaj go mocno w umyśle! Ty też musisz go przekuć! To również twoje zadanie!
Will czuł, jak całe jego wnętrze dygocze pod ciosami kamiennego młota w łapie niedźwiedzia. Drugi odłamek już się rozgrzewał, a Lyra liściastą gałęzią napędzała gorący gaz, który opływał oba kawałki i odcinał dostęp niszczycielskiego powietrza. Will wyczuwał, jak atomy metalu łączą się ze sobą poprzez pęknięcie, tworzą nowe kryształy, naciągają i wzmacniają niewidzialny splot, kiedy powstało spojenie.
– Ostrze! – ryknął Iorek. – Wyprostuj ostrze!
Nie dodał: „umysłem”, ale Will zrozumiał i natychmiast wyczuł minimalne nierówności, a potem minimalne przesunięcia, kiedy ostrza ustawiły się idealnie w linii prostej. Wtedy połączenie zostało wykonane i Iorek sięgnął po następny odłamek.
– Nowy kamień! – zawołał do Lyry, która kopniakiem odsunęła na bok pierwszy i włożyła drugi do żaru.
Will sprawdził ognisko i przełamał gałąź na pół, żeby lepiej nakierować płomienie. Iorek znowu zaczął walić młotem. Nowa trudność skomplikowała zadanie Willa, ponieważ musiał teraz przytrzymać następny kawałek pod odpowiednim kątem do dwóch pierwszych. Wiedział, że tylko wtedy pomoże Iorkowi, jeśli zrobi to dokładnie.
Praca wrzała. Will nie miał pojęcia, jak długo to trwało. Lyra czuła, że ramiona ją bolą, oczy łzawią, poparzona skóra piecze i każda kość w ciele błaga o odpoczynek; nadal jednak dokładała kamieni według wskazówek Iorka, a znużony Pantalaimon sumiennie trzepotał skrzydłami nad ogniem.
Kiedy dotarli do ostatniego spojenia, Willowi dzwoniło w głowie i był tak wyczerpany napięciem psychicznym, że ledwie zdołał dorzucić kolejną gałąź do ognia. Musiał zrozumieć każde połączenie, żeby nóż się nie rozpadł; a kiedy dotarli do ostatniego, najbardziej skomplikowanego spojenia, kiedy mieli przymocować prawie gotowe ostrze do małego kawałka, który został przy rękojeści – gdyby nie zdołał utrzymać go w pełnej świadomości razem ze wszystkimi innymi, nóż zwyczajnie rozleciałby się na kawałki, jakby Iorek niczego nie dokonał.
Niedźwiedź również to wyczuł i zrobił przerwę, zanim zaczął rozgrzewać ostatni odłamek. Spojrzał na Willa i w jego oczach Will nie zobaczył niczego, żadnego wyrazu, tylko bezdenną błyszczącą czerń. Niemniej zrozumiał: to była praca, ciężka praca, ale dadzą sobie radę, wszyscy troje.
To wystarczyło Willowi, więc znowu odwrócił się do ognia, skupił wyobraźnię na złamanym kawałku przy rękojeści i zebrał siły przed ostatnią, najtrudniejszą częścią zadania.
Więc razem z Iorkiem i Lyrą wykuwali nóż; Will nie miał pojęcia, ile czasu zabrało ostatnie spojenie. Lecz kiedy Iorek uderzył po raz ostatni i Will poczuł końcowe drobniutkie przemieszczenie atomów, które połączyły się poprzez złamanie, osunął się wyczerpany na podłogę jaskini. Lyra była prawie w takim samym stanie, oczy miała szkliste i zaczerwienione, włosy pełne dymu i sadzy; a sam Iorek stał z ciężko zwieszoną głową, z gęstym kremowobiałym futrem osmalonym w kilku miejscach i poznaczonym ciemnymi smugami popiołu.