Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód

Электронная книга - «Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód». Краткое содержание книги:

Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
1 ... 36 37 38 39 40 41 42 43 44 ... 173
Перейти на страницу:

Po­tem, z miejsc gdzie upa­dły ka­my­ki, unio­sły się smu­gi pary, roz­legł się od­głos pę­ka­ją­cych w ża­rze kasz­ta­nów i po­ja­wi­ły się nie­wiel­kie wiry. I zu­peł­nie tak, jak­by każ­dy z nich eks­plo­do­wał, coś ro­ze­pchnę­ło sza­re pa­sma, wy­mio­tło je z grun­tu, jak­by od dołu po­wiał wiatr, i na­gle cza­ar­dan zna­lazł się w wol­nej prze­strze­ni, w krę­gu, do któ­re­go wro­gie cza­ry nie mia­ły do­stę­pu.

Ka­ile­an po­kle­pa­ła To­ry­na po spo­co­nej szyi i wy­krzy­wi­ła się do Da­ghe­ny.

– Ple­mien­na ma­gia, co? Mu­sisz mnie kie­dyś po­znać z tą swo­ją bab­ką.

Czar­no­wło­sa uśmiech­nę­ła się dzi­ko.

– Nie ma spra­wy, Ka­ile­an. Ona za­wsze jest ze mną. – Wy­cią­gnę­ła spod skó­rza­ne­go pan­ce­rza mały wo­re­czek i po­trzą­snę­ła. W środ­ku coś za­grze­cho­ta­ło. – Ka­ile­an, to moja bab­ka. Bab­ciu, po­znaj Ka­ile­an. Nie­źle strze­la z łuku jak na Me­ekhan­kę.

Wszy­scy w mil­cze­niu ga­pi­li się na wo­re­czek.

Duch przod­ka. Za­klę­ta w kil­ku ko­ściach, opie­ku­ją­ca się po­tom­ka­mi du­sza, któ­ra nie wy­bra­ła się w dro­gę do Domu Snu. Zgod­nie z Wiel­kim Ko­dek­sem za po­sia­da­nie cze­goś ta­kie­go szło się na stry­czek.

Ktoś z tyłu chrząk­nął.

– Hm... Pa­trząc na cie­bie, Dag, spo­dzie­wa­łem się, że two­ja bab­ka bę­dzie, hm... ciut wyż­sza.

Za­pa­dła ci­sza.

A po­tem wy­buch­nę­li śmie­chem, cały cza­ar­dan, jak je­den mąż. Ry­cze­li, par­ska­li i chi­cho­ta­li jak sza­leń­cy. Ktoś wtu­lił twarz w koń­ską grzy­wę, ktoś inny dła­wił się i char­czał, le­d­wo mo­gąc zła­pać dech. Czer­wo­ny ni­czym mak Ko­ci­mięt­ka ry­czał tak, że aż łzy spły­wa­ły mu po po­licz­kach, zna­cząc szlak w po­kry­wa­ją­cym je ste­po­wym ku­rzu. Dzię­ki ja­kimś ple­mien­nym, na wpół sza­mań­skim cza­rom zna­leź­li się w krę­gu wy­dar­tym za­bój­czej ma­gii. Od Bły­ska­wic dzie­li­ło ich za­le­d­wie kil­ka­dzie­siąt jar­dów, a za­śmie­wa­li się pod nie­bio­sa. I z tym śmie­chem wszyst­ko z nich spły­wa­ło, strach, zmę­cze­nie, otę­pie­nie i pod­szy­ta po­czu­ciem bez­na­dziei roz­pacz. Na­wet ko­niom udzie­lił się na­strój, bo za­czę­ły po­trzą­sać łba­mi, za­dzie­rać ogo­ny i nie­cier­pli­wie drep­tać w miej­scu.

Jeźdź­cy Bu­rzy sta­li od­dzie­le­ni od nich ma­gią, któ­rej nie śmie­li prze­kro­czyć, i ga­pi­li się w mil­cze­niu na za­no­szą­ce się śmie­chem nie­do­szłe ofia­ry. I na­wet naj­głup­szy z nich ro­zu­miał, że ści­ga­ny od­dział nie jest już grup­ką zde­spe­ro­wa­nych ucie­ki­nie­rów na za­go­nio­nych nie­mal na śmierć ko­niach.

Znów jest bo­jo­wym cza­ar­da­nem.

La­skol­nyk pierw­szy się uspo­ko­ił. Od­cze­kał chwi­lę, aż ucich­ną śmie­chy, i wło­żył gwiz­dek do ust.

Klin. Rów­naj.

Za­ję­li po­zy­cje jak na pa­ra­dzie, w kil­ka chwil for­mu­jąc klin. To też był po­kaz dla Bły­ska­wic. Wy­zy­wa­ją­cy i aro­ganc­ki.

– Dag, dasz radę otwo­rzyć nam przej­ście? – La­skol­nyk wska­zał na szczyt wzgó­rza.

Da­ghe­na scho­wa­ła wo­re­czek pod pan­cerz i sta­nę­ła w strze­mio­nach, żeby le­piej oce­nić od­le­głość.

– Dam. Ktoś się do­my­śla, jak da­le­ko to coś się­ga z dru­giej stro­ny?

– Dwa­dzie­ścia stóp – mruk­nę­ła Lea. – Nie wię­cej.

Lea. Do­sia­da­ła naj­brzyd­sze­go i jed­no­cze­śnie naj­szyb­sze­go ko­nia w cza­ar­da­nie. I wiesz­czy­ła. Wi­dzia­ła na od­le­głość.

– A ten, któ­ry rzu­cił te cza­ry? Źre­biarz?

Dziew­czy­na ro­zej­rza­ła się po wszyst­kich, wes­tchnę­ła cięż­ko i ze­sko­czy­ła z sio­dła. Uklę­kła na oba ko­la­na, wbi­ła obie dło­nie w po­kry­tą sza­rym py­łem zie­mię i gło­śno, jak­by wła­śnie wy­pły­nę­ła z głę­bi­ny, na­bra­ła po­wie­trza.

– Milę za wzgó­rzem. Dwóch Źre­bia­rzy – wy­rzu­ca­ła z sie­bie zda­nia, jak­by zma­ga­ła się z ja­kimś cię­ża­rem. – Set­ka zbroj­nych. Może wię­cej. Ten, któ­ry rzu­cił czar, nie wie, co się dzie­je. Co po­dziu­ra­wi­ło mu za­klę­cie. Jest zły. Czu­ję, jak wali mu ser­ce. Czu­ję... zbie­ra siły, za­raz ude­rzy znów...

Wy­rwa­ła dło­nie z sza­re­go pyłu i jed­nym su­sem zna­la­zła się w sio­dle.

– Ucie­kaj­my stąd, kha-dar.

La­skol­nyk ski­nął dło­nią i Da­ghe­na rzu­ci­ła przed sie­bie garść ka­my­ków. Lecz za­nim wszyst­kie znik­nę­ły w sza­ra­wych opa­rach, coś się zmie­ni­ło. Ka­ile­an nie wie­dzia­ła co, ale na­gle po­czu­ła się znacz­nie lżej. Aż za­krę­ci­ło jej się w gło­wie, jak­by na­gle za­czę­ła spa­dać z du­żej wy­so­ko­ści.

– Cof­nął czar! Za­raz ude­rzy zno­wu! Cwa­aaał!!!

Kha-dar po­tra­fił nie­źle krzy­czeć. Cza­ar­dan po­de­rwał się i ru­nął na­przód. Nie­mal w tej sa­mej chwi­li Jeźdź­cy Bu­rzy spię­li ko­nie i po­mknę­li za nimi.

Tyl­ko że te­raz za­sa­dy się zmie­ni­ły. Tym ra­zem w chwi­li star­tu oba od­dzia­ły dzie­li­ło le­d­wie kil­ka­dzie­siąt jar­dów, do­słow­nie do­bry rzut ka­mie­niem. Jed­ni i dru­dzy mie­li już bar­dzo zmę­czo­ne ko­nie, lecz Bły­ska­wi­ce wciąż wspie­rał Źre­biarz, a gdy­by na­wet po­ło­wa ich wierz­chow­ców mia­ła paść, resz­ta wy­star­czy­ła do po­ko­na­nia ucie­ka­ją­cych.

Od­le­głość mię­dzy ści­ga­ją­cy­mi a cza­ar­da­nem za­czę­ła się szyb­ko zmniej­szać. Ko­nie Jeźdź­ców Bu­rzy rwa­ły ta­kim cwa­łem, jak­by bie­gły w naj­waż­niej­szej go­ni­twie swo­je­go ży­cia. Prze­jeż­dża­jąc szczyt wzgó­rza, Ka­ile­an rzu­ci­ła okiem za sie­bie, w samą porę, by zo­ba­czyć, jak co naj­mniej dwa z nich po pro­stu prze­wra­ca­ją się na zie­mię. Sza­ra Sieć zbie­ra­ła swo­je żni­wo, choć i tak ro­bi­ła to zbyt wol­no, by cza­ar­dan La­skol­ny­ka mógł mieć na­dzie­ję na uciecz­kę.

Bo ich ko­nie, mimo chwi­lo­we­go od­po­czyn­ku, nie mia­ły już sił. Dy­sza­ły cięż­ko, rzę­żą­cy­mi hau­sta­mi za­sy­sa­jąc po­wie­trze, a mo­kra sierść le­pi­ła im się do bo­ków. Och, żad­ne inne zwie­rzę­ta na ca­łych prze­klę­tych Wiel­kich Ste­pach nie do­ko­na­ły­by tego, co one, nie da­ły­by rady tyle go­dzin umy­kać kil­ku a’ke­erom Bły­ska­wic, do­sia­da­ją­cych do­bo­ro­wych wierz­chow­ców i wspie­ra­nych przez cza­ry. Żad­ne. Ale na­wet one zna­la­zły się wresz­cie u kre­su swo­ich moż­li­wo­ści.

A za wzgó­rzem... Lek­ki stok pro­wa­dził wprost na dno ol­brzy­miej niec­ki, sze­ro­kiej przy­naj­mniej na milę. Na jej dru­gim krań­cu błysz­cza­ły zbro­je i lan­ce ostat­nie­go a’ke­eru Bły­ska­wic, tego, któ­ry jesz­cze nie brał udzia­łu w za­ba­wie, osła­nia­jąc po­zo­sta­łych Źre­bia­rzy. Od­dział wła­śnie roz­kła­dał skrzy­dła, szy­ku­jąc się do szar­ży. Za głów­ną li­nią po­zo­sta­wio­no tyl­ko kil­ku­na­stu kon­nych, za­pew­ne sza­ma­nów z oso­bi­sty­mi straż­ni­ka­mi. Ich Moce nie były już po­trzeb­ne i mo­gli spo­koj­nie, jak z te­atral­nej loży, ob­ser­wo­wać ostat­ni akt dra­ma­tu.

Bo cza­ar­dan nie miał żad­nych szans. Tu nie było wzgó­rza, za któ­re­go grzbie­tem mo­gli się scho­wać, a każ­dy ich ma­newr był wi­docz­ny jak na dło­ni. Nie zdo­ła­ją się ukryć, żeby zmie­nić kie­ru­nek uciecz­ki lub znie­nac­ka ude­rzyć. Ci z nad­jeż­dża­ją­ce­go a’ke­eru na­wet nie prze­szli jesz­cze w ga­lop, za­pew­ne mie­li tyl­ko wy­ła­py­wać ewen­tu­al­nych ucie­ki­nie­rów.

1 ... 36 37 38 39 40 41 42 43 44 ... 173
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)