Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #2
- Год: 2010
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788361187165
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód». Краткое содержание книги:
Potem, z miejsc gdzie upadły kamyki, uniosły się smugi pary, rozległ się odgłos pękających w żarze kasztanów i pojawiły się niewielkie wiry. I zupełnie tak, jakby każdy z nich eksplodował, coś rozepchnęło szare pasma, wymiotło je z gruntu, jakby od dołu powiał wiatr, i nagle czaardan znalazł się w wolnej przestrzeni, w kręgu, do którego wrogie czary nie miały dostępu.
Kailean poklepała Toryna po spoconej szyi i wykrzywiła się do Dagheny.
– Plemienna magia, co? Musisz mnie kiedyś poznać z tą swoją babką.
Czarnowłosa uśmiechnęła się dziko.
– Nie ma sprawy, Kailean. Ona zawsze jest ze mną. – Wyciągnęła spod skórzanego pancerza mały woreczek i potrząsnęła. W środku coś zagrzechotało. – Kailean, to moja babka. Babciu, poznaj Kailean. Nieźle strzela z łuku jak na Meekhankę.
Wszyscy w milczeniu gapili się na woreczek.
Duch przodka. Zaklęta w kilku kościach, opiekująca się potomkami dusza, która nie wybrała się w drogę do Domu Snu. Zgodnie z Wielkim Kodeksem za posiadanie czegoś takiego szło się na stryczek.
Ktoś z tyłu chrząknął.
– Hm... Patrząc na ciebie, Dag, spodziewałem się, że twoja babka będzie, hm... ciut wyższa.
Zapadła cisza.
A potem wybuchnęli śmiechem, cały czaardan, jak jeden mąż. Ryczeli, parskali i chichotali jak szaleńcy. Ktoś wtulił twarz w końską grzywę, ktoś inny dławił się i charczał, ledwo mogąc złapać dech. Czerwony niczym mak Kocimiętka ryczał tak, że aż łzy spływały mu po policzkach, znacząc szlak w pokrywającym je stepowym kurzu. Dzięki jakimś plemiennym, na wpół szamańskim czarom znaleźli się w kręgu wydartym zabójczej magii. Od Błyskawic dzieliło ich zaledwie kilkadziesiąt jardów, a zaśmiewali się pod niebiosa. I z tym śmiechem wszystko z nich spływało, strach, zmęczenie, otępienie i podszyta poczuciem beznadziei rozpacz. Nawet koniom udzielił się nastrój, bo zaczęły potrząsać łbami, zadzierać ogony i niecierpliwie dreptać w miejscu.
Jeźdźcy Burzy stali oddzieleni od nich magią, której nie śmieli przekroczyć, i gapili się w milczeniu na zanoszące się śmiechem niedoszłe ofiary. I nawet najgłupszy z nich rozumiał, że ścigany oddział nie jest już grupką zdesperowanych uciekinierów na zagonionych niemal na śmierć koniach.
Znów jest bojowym czaardanem.
Laskolnyk pierwszy się uspokoił. Odczekał chwilę, aż ucichną śmiechy, i włożył gwizdek do ust.
Klin. Równaj.
Zajęli pozycje jak na paradzie, w kilka chwil formując klin. To też był pokaz dla Błyskawic. Wyzywający i arogancki.
– Dag, dasz radę otworzyć nam przejście? – Laskolnyk wskazał na szczyt wzgórza.
Daghena schowała woreczek pod pancerz i stanęła w strzemionach, żeby lepiej ocenić odległość.
– Dam. Ktoś się domyśla, jak daleko to coś sięga z drugiej strony?
– Dwadzieścia stóp – mruknęła Lea. – Nie więcej.
Lea. Dosiadała najbrzydszego i jednocześnie najszybszego konia w czaardanie. I wieszczyła. Widziała na odległość.
– A ten, który rzucił te czary? Źrebiarz?
Dziewczyna rozejrzała się po wszystkich, westchnęła ciężko i zeskoczyła z siodła. Uklękła na oba kolana, wbiła obie dłonie w pokrytą szarym pyłem ziemię i głośno, jakby właśnie wypłynęła z głębiny, nabrała powietrza.
– Milę za wzgórzem. Dwóch Źrebiarzy – wyrzucała z siebie zdania, jakby zmagała się z jakimś ciężarem. – Setka zbrojnych. Może więcej. Ten, który rzucił czar, nie wie, co się dzieje. Co podziurawiło mu zaklęcie. Jest zły. Czuję, jak wali mu serce. Czuję... zbiera siły, zaraz uderzy znów...
Wyrwała dłonie z szarego pyłu i jednym susem znalazła się w siodle.
– Uciekajmy stąd, kha-dar.
Laskolnyk skinął dłonią i Daghena rzuciła przed siebie garść kamyków. Lecz zanim wszystkie zniknęły w szarawych oparach, coś się zmieniło. Kailean nie wiedziała co, ale nagle poczuła się znacznie lżej. Aż zakręciło jej się w głowie, jakby nagle zaczęła spadać z dużej wysokości.
– Cofnął czar! Zaraz uderzy znowu! Cwaaaał!!!
Kha-dar potrafił nieźle krzyczeć. Czaardan poderwał się i runął naprzód. Niemal w tej samej chwili Jeźdźcy Burzy spięli konie i pomknęli za nimi.
Tylko że teraz zasady się zmieniły. Tym razem w chwili startu oba oddziały dzieliło ledwie kilkadziesiąt jardów, dosłownie dobry rzut kamieniem. Jedni i drudzy mieli już bardzo zmęczone konie, lecz Błyskawice wciąż wspierał Źrebiarz, a gdyby nawet połowa ich wierzchowców miała paść, reszta wystarczyła do pokonania uciekających.
Odległość między ścigającymi a czaardanem zaczęła się szybko zmniejszać. Konie Jeźdźców Burzy rwały takim cwałem, jakby biegły w najważniejszej gonitwie swojego życia. Przejeżdżając szczyt wzgórza, Kailean rzuciła okiem za siebie, w samą porę, by zobaczyć, jak co najmniej dwa z nich po prostu przewracają się na ziemię. Szara Sieć zbierała swoje żniwo, choć i tak robiła to zbyt wolno, by czaardan Laskolnyka mógł mieć nadzieję na ucieczkę.
Bo ich konie, mimo chwilowego odpoczynku, nie miały już sił. Dyszały ciężko, rzężącymi haustami zasysając powietrze, a mokra sierść lepiła im się do boków. Och, żadne inne zwierzęta na całych przeklętych Wielkich Stepach nie dokonałyby tego, co one, nie dałyby rady tyle godzin umykać kilku a’keerom Błyskawic, dosiadających doborowych wierzchowców i wspieranych przez czary. Żadne. Ale nawet one znalazły się wreszcie u kresu swoich możliwości.
A za wzgórzem... Lekki stok prowadził wprost na dno olbrzymiej niecki, szerokiej przynajmniej na milę. Na jej drugim krańcu błyszczały zbroje i lance ostatniego a’keeru Błyskawic, tego, który jeszcze nie brał udziału w zabawie, osłaniając pozostałych Źrebiarzy. Oddział właśnie rozkładał skrzydła, szykując się do szarży. Za główną linią pozostawiono tylko kilkunastu konnych, zapewne szamanów z osobistymi strażnikami. Ich Moce nie były już potrzebne i mogli spokojnie, jak z teatralnej loży, obserwować ostatni akt dramatu.
Bo czaardan nie miał żadnych szans. Tu nie było wzgórza, za którego grzbietem mogli się schować, a każdy ich manewr był widoczny jak na dłoni. Nie zdołają się ukryć, żeby zmienić kierunek ucieczki lub znienacka uderzyć. Ci z nadjeżdżającego a’keeru nawet nie przeszli jeszcze w galop, zapewne mieli tylko wyłapywać ewentualnych uciekinierów.