Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
Pelagia i czerwony kogut - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Pelagia i czerwony kogut

Электронная книга - «Pelagia i czerwony kogut». Краткое содержание книги:

Na płynącym Rzeką parowcu Jesiotr zebrało się barwne towarzystwo pielgrzymujących do Ziemi Świętej. Wśród pasażerów są tez znajdy, odstępcy od wiary prawosławnej, którym przewodzi charyzmatyczny Manujła. Sytuacja nabiera dramatyzmu, gdy w kajucie ktoś znajduje jego zwłoki. A jeszcze większą niespodzianką okaże się ujawnienie prawdziwej tożsamości domniemanego proroka. Próby wyjaśnienia tajemnicy Manujły zawiodą Pelagię najpierw do małej wioski, zagubionej w nieprzebytych poduralskich lasach, a następnie do Ziemi Świętej, dokąd podąży za nią bezwzględny prześladowca. Pojawi się również czerwony kogut, który swoim pianiem sprawia, że rozstępują się ciemności i światło dnia zmusza do ucieczki demony nocy potrafi on wskazać wyjście z jaskini, a taka pomoc będzie siostrze Pelagii bardzo potrzebna.
1 ... 37 38 39 40 41 42 43 44 45 ... 104
Перейти на страницу:

– A kto kłamał, że nie rozumieć angielski? – odciął się Salach.

Polina Andriejewna zamilkła i aż do samego wieczora ust więcej nie otworzyła. Przez góry poruszali się jeszcze wolniej – głównie z powodu wielbłąda, który na długo zatrzymywał się na poboczu przy każdej ciernistej krzewince, której udało się przebić przez martwą glebę. Jazda uległa przyspieszeniu, dopiero kiedy paskudne zwierzę zainteresowało się kwiatami na kapelusiku Poliny Andriejewny. Czuć na sobie gorący, wilgotny oddech parzystokopytnego nie było zbyt przyjemnie – raz za kołnierz podróżniczki wpadła grudka lepkiej śliny – ale mniszka z samozaparciem znosiła owe zaczepki i tylko od czasu do czasu odpychała łokciem kosmaty łeb.

Przenocowali w arabskiej osadzie Bab al-Wad u wuja Salacha. Ta noc była jeszcze bardziej uciążliwa niż poprzednia. W pomieszczeniu, przeznaczonym dla pani Lisicynej, nie było podłogi, długo więc nie kładła się w obawie przed pchłami. Nie udało się także skorzystać z „lampy Aladyna", ponieważ przy drzwiach ulokowały się dwie kobiety z niebieskim tatuażem na policzkach i dziewczynka, która w brudne włosy wplecione miała mnóstwo srebrnych pieniążków. Siedziały w kucki, przyglądając się gościowi, i wymieniały jakieś komentarze. Dziewczynka wkrótce zasnęła, zwinąwszy się w kłębek, jednak arabskie matrony przypatrywały się czerwonowłosej cudzoziemce niemal do samego świtu.

Nazajutrz okazało się, że Amerykanie spędzili noc doskonale – za radą wszędobylskiego Cooka rozwiesili w ogrodzie hamaki i wyspali się po prostu gorgeous.

Wyczerpana Pelagia trzęsła się w chanturze, co chwila zapadając w sen. Raz za razem podrywała się na gwałtowne szarpnięcia, nieprzytomnie spoglądała na łyse szczyty wzgórz i ponownie zasypiała. Kapelusik oddała wielbłądowi, żeby zostawił ją w spokoju. Głowę nakryła gazowym szalem.

Nagle, gdzieś na granicy jawy i snu, zabrzmiał glos, który wyraźnie i ze smutkiem powiedział: „Nie zdążysz".

Duszę Poliny Andriejewny przeszył ostry niepokój. Podróżniczka otrząsnęła się. Senne otumanienie zniknęło bez śladu, umysł oprzytomniał.

„Chyba całkiem wyzbyłam się rozumu – powiedziała do siebie Pelagia. – Turystka się znalazła: kolej jej nie odpowiada! A dzień stracony na próżno. Jakaż niewybaczalna, wręcz karygodna głupota!"

Trzeba się spieszyć. Ach, żeby już szybciej była Jerozolima!

Podniosła głowę, strząsnęła z rzęs resztki snu i w oddali, na wzgórzu, zobaczyła zawieszone w lekkiej mgiełce miasto.

Niebiański Gród

Oto ona, Jerozolima, zrozumiała Pelagia i uniosła się na siedzeniu. Ręka podskoczyła jej do gardła, zupełnie jakby podróżniczka bała się, że straci oddech.

Natychmiast poszły w zapomnienie i kurz, i upał, i tajemniczy, nie wiadomo skąd płynący głos, który wyrwał pątniczkę z sennego odrętwienia.

Salach wyjaśniał w dwóch językach, że celowo zjechał z szosy, żeby pokazać Jerozolimę w całej krasie; Amerykanie coś wrzeszczeli, konie strzygły uszami, wielbłąd kończył przeżuwać kapelusik, a Pelagia jak zaczarowana patrzyła na drgające niczym miraż miasto. Z pamięci same wypłynęły wersety z Objawienia świętego Jana Apostoła:

„A ja, Jan, widziałem święte miasto Jeruzalem nowe, zstępujące z nieba od Boga, zgotowane, jako oblubienicę ubraną mężowi swemu (...) A miało mur wielki i wysoki; mający bram dwanaście, a na bramach dwanaście Aniołów (...) A fundamenty muru miasta, ozdobione wszelakim kamieniem drogim. Pierwszy fundament Jaspis, wtóry Szafir, trzeci Chalcedon, czwarty Szmaragd. Piąty Sardonyx, szósty Saryusz, siódmy Chrysolit, ósmy Beryllus, dziewiąty Topazyusz, dziesiąty Chrysopras, jedenasty Hiacynt, dwunasty Amethyst. A dwanaście bram są dwanaście pereł, każda z osobna, a każda brama była z jednej perły: a ulica miasta złoto czyste, jako szkło przezroczyste". W staro-cerkiewno-słowiańskim ostatnie zdanie brzmiało jeszcze piękniej: I stogny grada zlato czisto, jako stiekło prieswietło.

Oto ono, najważniejsze miejsce na Ziemi. I dobrze, że droga do niego jest tak trudna i uciążliwa. Do tego widoku trzeba dotrzeć przez cierpienie, wszak światło jaśnieje mocno tylko dla oczu udręczonych ciemnością.

Mniszka zeszła na ziemię, uklękła i wyrecytowała radosny psalm: „Błogosław, duszo moja! Panu: i wszystko, co we mnie jest, imieniowi świętemu jego", ale zakończyła modlitwę dziwnie, nie wedle kanonu: „I poucz mnie, Panie, jak zrobić to, co należy".

Chantur ruszył na spotkanie Jerozolimy. Miasto początkowo zniknęło, zasłonięte przez najbliższe wzgórza, a potem pojawiło się ponownie, ale już bez śladu mgiełki i bez podobieństwa do grodu niebiańskiego. Ciągnęły się ponure ulice, zabudowane parterowymi i piętrowymi domami. To nie był nawet Wschód, tylko jakaś zapadła Europa, i gdyby nie arabskie napisy na szyldach i fezy na głowach przechodniów, z łatwością można byłoby sobie wyobrazić, że jest się gdzieś w Galicji albo w Rumunii.

Przed Bramą Jafską Starego Miasta Polina Andriejewna całkowicie zwątpiła. Cóż to w istocie jest! Fiakry, bank Credit Lyonnaise, francuska restauracja, a nawet – o zgrozo! – kiosk z gazetami!

Amerykańska para wysiadła przed hotelem „Lloyd", przekazawszy wielbłąda szwajcarowi w czerwonej liberii. Pani Lisicyna została jedyną pasażerką chantura.

– Czy świątynia Grobu Pańskiego jest tam? – zapytała z drżeniem, wskazując na zębate mury.

– Tam, ale my tam nie jedziemy. Jak jesteś Rosjanka, to trzeba ci do Migrasz a-rusim, do rosyjskiej misji. – Salach machnął ręką gdzieś w lewo.

Wóz pojechał wzdłuż warownych murów i po kilku minutach podróżniczka znalazła się na niedużym placu, który jakby za dotknięciem czarodziejskiej różdżki przeniósł się tutaj prosto z Moskwy. Wzrok mniszki, znękany górami i pustynią, objął z miłością kopuły prawosławnej świątyni, nieomylnie rosyjskie budynki urzędowe, tabliczki z napisami: „Piekarnia", „Grzanie wody", „Jadalnia ludowa", „Pielgrzymi dom gościnny dla kobiet", „Siedziba Sergiusza".

– Do widzenia pani – pokłonił się Salach, który przy pożegnaniu stał się bardzo uprzejmy; zapewne liczył na bakszysz. – Tutaj sami nasi, Rosjanie. Zechcesz na powrót Jaffo jechać albo gdzie indziej, idź Brama Damasceńska, pytaj Salach. Tam wszyscy wiedzą.

Bakszyszu Polina Andriejewna mu nie dala – nie zasłużył, ale pożegnała się z nim przyjaźnie. Kanciarz, to pewne, mimo wszystko jednak przywiózł.

Tutaj, podobnie jak w jafskim porcie, dla wygody pątników siedział pod parasolem w najbardziej widocznym miejscu pracownik komitetu pielgrzymkowego. Informował o tutejszych porządkach, odpowiadał na pytania, rozmieszczał w kwaterach w zależności od stanu i środków: dla ludzi biednych dach i stół kosztowały wszystkiego trzynaście kopiejek, ale można też było zatrzymać się komfortowo za cztery ruble.

– Jak mogłabym spotkać się z ojcem archimandryta? – zapytała Polina Andriejewna. – Mam dla niego list od ekscelencji Mitrofaniusza, archijereja z Zawołżska.

– Jego przewielebność jest nieobecny – odpowiedział informator, życzliwy staruszek w drucianych okularach. – Pojechał do Hebronu, żeby obejrzeć plac pod szkołę. A pani niechaj odpocznie, łaskawa pani. Mamy własną łaźnię, nawet z oddzielną częścią dla szlachetnie urodzonych. I dobre praczki – bieliznę można wyprać. Albo może wyspowiada się pani z drogi. Wielu tak robi. W świątyni brakuje miejsca, więc ojciec archimandryta pozwolił postawić namioty-konfesjonaly w ogrodzie, jak za czasów wczesnochrześcijańskich.

1 ... 37 38 39 40 41 42 43 44 45 ... 104
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)