Każde martwe marzenie
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #5
- Год: 2018
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788364384868
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Każde martwe marzenie». Краткое содержание книги:
* * *
Mężczyzna westchnął cicho, cichuteńko, jak dziecko śpiące w ramionach matki, i znieruchomiał. Tylko jego cieńsze niż pergamin, pokryte siecią niebieskich żyłek powieki zadrżały. Czy śnił? Truciciel powiedział, że to niewykluczone. Czy wiedział, że Deana przy nim czuwa? Możliwe. Podobno niekiedy ludzie odzyskiwali świadomość po miesiącach, nawet latach śpiączki i opowiadali o swoich snach i o tym, że czuli obecność bliskich.
Laweneres nie był całkiem oderwany od świata, potrafił przełknąć kilka łyżek gęstego bulionu, potrafił wypić kilka łyków rozcieńczonego wina, czasem otwierał nawet powieki, by potoczyć wokół spojrzeniem oczu bladych jak dwa małe księżyce. Deana nienawidziła tych chwil. Za każdym razem miała nadzieję, że to właśnie teraz, już, że właśnie w tym momencie jej książę wróci do niej, a on tylko obdarzał świat spojrzeniem bardziej ślepym niż kiedykolwiek wcześniej, po czym zamykał powieki i odpływał ku znanemu tylko sobie miejscu.
Suchi stwierdził, że brak wzroku jest jedną z przyczyn przedłużającego się stanu Laweneresa. Że gdyby książę widział, to już po pierwszym otwarciu powiek jego umysł wróciłby do świata żywych.
Od tamtej chwili przeklinała jego ślepotę w każdej modlitwie.
Zanurzyła lnianą szmatkę w misie i delikatnie obmyła leżącemu twarz. Nie drgnął nawet. Skórę miał bladą i cienką, żyły biegły pod nią jak pajęcza sieć. Był rozpalony, przez większość czasu zdawał się wprost płonąć, ale Suchi nie pozwalał schłodzić go zimną kąpielą ani okładami. „Książę jest osłabiony, jeśli zachoruje nawet na zwykły katar, najpewniej umrze – twierdził. – Ta gorączka nie jest śmiertelnie niebezpieczna”.
Ufała jego opinii, bo, na łzy Wielkiej Matki, komuś musiała zaufać.
A poza tym prawdą było – a prawdę tę znało oprócz niej i truciciela tylko kilka osób – że to ona podała Laweneresowi cmaneę, lek zagęszczający krew i spowalniający bicie serca. Wiedziała, że pretendent do tronu Konoweryn, Obrar, walczy szablą, a przy szabli większość ran to cięcia. Liczyła na to, że arogancki książę Kambehii będzie chciał się popisać, szlachtując przeciwnika powoli, a lekarstwo nie pozwoli Laweneresowi wykrwawić się na śmierć, zanim ona nie rzuci wyzwania uzurpatorowi. Albo nie spłonie, wchodząc w Oko. I to ona, odmierzając na wyczucie tuzin kropel gęstego, ciemnego naparu, posłała swojego mężczyznę w trwający do tej pory sen.
I od dwóch miesięcy przychodziła tu co dzień, by się modlić, prosić o wybaczenie i liczyć na cud.
Jej wina była bezsporna. Trzydzieste Pierwsze Prawo Harudiego mówiło, że człowiek podający gościowi wodę z niesprawdzonego źródła jest winny, jeśli ten zachoruje lub umrze. Czyli dobre intencje nie usprawiedliwiają żadnego z naszych błędów. Po to dostaliśmy rozum, by przewidywać konsekwencje własnych decyzji – głosiła najprostsza z interpretacji tego prawa – serce zaś otrzymaliśmy w darze, by kłaść na nim kamienie naszych błędów.
Na jej sercu spoczywał już cały wóz głazów.
Wstała i podeszła do okna. Nad Białe Konoweryn nadciągał zmierzch. Miasto zdawało się kąpać w blasku zachodzącego słońca. Ognista kula pomalowała szkarłatem dachy, mury, wieże i ulice. Nawet brzydki Dom Ognia – świątynia krępa jak przygięta życiem do ziemi starucha – nabierał w tym świetle rumieńców. Mieszczące się w nim Oko Agara zasłonięto nieskończoną, zdawałoby się, ilością jedwabnych draperii, ale i tak czuło się pulsującą z tego miejsca moc. A raczej Moc. Bicie serca Pana Ognia.
To znaczy, ona czuła. Z każdym dniem mocniej i mocniej. To był jeden z kamieni spoczywających na jej sercu. Gdyby ktoś o tym wiedział, i gdyby ośmielił się zapytać, jakie to uczucie – choć takich, którzy ośmielali się zadawać jej teraz pytania, mogła policzyć na palcach jednej ręki – nie potrafiłaby odpowiedzieć. Jakby w środku, tam, gdzie płonął w niej sani, miała teraz ołowianą kulę, ciążącą w stronę Oka. Mocniej, słabiej, mocniej, mocniej, słabiej, słabiej, słabiej… Jakby ta kula wisiała na sprężynie szarpanej przez nieznaną dłoń według nieodgadnionego rytmu.
Deana czuła ją cały czas, nawet wtedy, gdy ćwiczyła, spała, brała kąpiel. Ale to nie wszystko. Z tym by sobie poradziła, towarzyszyły temu jednak inne dolegliwości. Czasem, gdy Oko stawało się nadzwyczaj aktywne, miała wrażenie, że coś się dzieje z jej zmysłami. Czuła dziwne smaki, zapachy, kolory nabierały głębi, albo wręcz przeciwnie, bladły do pastelowych cieni. I wszystko w rytmie narzucanym przez położony pośrodku Domu Ognia krąg wypalonej ziemi.
Tak właśnie odpowiedziałaby na pytanie, co się z nią dzieje, tylko że byłaby to zaledwie kaleka próba ubrania w słowa czegoś, czego, jak podejrzewała, nie doświadczał nikt poza nią.
Prawie zaczynała od tego wariować.
I prawie tęskniła do chwil, gdy Maahir woził ją wokół Świątyni Ognia, a rozhisteryzowany tłum wznosił okrzyki na cześć Płomienia Agara. Jego ryk zagłuszał te dziwne sensacje, tłumił je, mimo że Oko miała niemal na wyciągnięcie ręki. Lecz Evikiat nie zgodzi się, by parady na cześć Pani Płomieni urządzano codziennie, poza tym musiałaby mu wyjawić, dlaczego o to prosi.
Nie była pewna, czy powiedziałaby o tym nawet Laweneresowi.
Odwróciła się i spojrzała na nieprzytomnego mężczyznę. Swojego mężczyznę. Jak zareagowałby na wieść o tym, co się z nią dzieje? Miał w sobie mądrość, szlachetność i uczciwość rzadko spotykane wśród ludzi jego pochodzenia. Ale czy to wystarczyłoby, by zaakceptował bez sprzeciwu jej emocje i uczucia?
Była Pieśniarką Pamięci, więc wiedziała, że większość ludzi i zwierząt jest wyczulona na nagłe zmiany potencjału Mocy, aspektowanej lub nie, a trudno o bardziej tętniące Mocą miejsce niż Oko. Wciąż pamiętała moment, gdy przed walką z Obrarem weszła do środka. Jakby w jednej chwili spłonęła, zamieniła się w garść popiołu, a w następnej odtworzono ją z tego pyłu w najdrobniejszym szczególe. Problem polegał jednak na tym, że na teraźniejsze fenomeny nie zwracał uwagi nikt, poza nią. Obserwowała to wiele razy, gdy moc Pana Ognia szalała, a ona miała wrażenie, że lada chwila coś wyrwie się z jej piersi i pomknie w stronę przykrytego kopułą kręgu, gdy kolory blakły, a usta wypełniał smak palonych migdałów, wszyscy wokół zachowywali się zaś jakby nigdy nic. Ludzie nie zwracali uwagi na Dom Ognia, przechodzące po placu wokół świątyni konie nie płoszyły się, stado gołębi, jakby nigdy nic, siadało na kopulastym dachu, a bezpański pies przebiegał przez plac, zajęty swoimi sprawami.