Ścieżka Sztyletów
- Автор: Джордан Роберт
- Серия: Kolo czasu #8
- Язык: польский
- Переводчик: Katarzyna Karłowska
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Ścieżka Sztyletów». Краткое содержание книги:
— No cóż — odezwała się Elayne, otrzepując spódnicę — sama stwierdziłaś, że to bardzo kompetentna kobieta.
— Nic takiego nie mówiłam — żachnęła się Nynaeve. — Nigdy nie użyłam słowa „bardzo”. Ha! A gdzie się podział mój kapelusz? Jej się wydaje, że wie wszystko, ale założę się, że tego akurat nie wie! — I z tymi słowy odeszła w przeciwnym kierunku niż Alise.
Elayne odprowadziła ją zdumionym wzrokiem. Jej kapelusz? To prawda, był bardzo piękny, ale jak ona mogła! Może udział w kręgu, praca z taką ilością Mocy, korzystanie z angreala, może to wszystko chwilowo zamąciło umysł Nynaeve. Sama nadal czuła się nieco dziwnie, jakby nieomal była w stanie wyskubywać cząsteczki saidara z otaczającego ją powietrza. Tak czy owak, w danym momencie miała na głowie inne problemy. Jak choćby przygotowanie się do drogi, zanim Seanchanie runą na nich z nieba. Na podstawie tego, na co się napatrzyła w Falme, wiedziała, że mogą sprowadzić ze sto albo i więcej damane, a z tej garstki informacji, którymi zechciała podzielić się Egwene na temat pobytu w niewoli, wynikało, że większość tych kobiet bardzo ochoczo uczestniczyłaby w ubieraniu innych w obroże. Egwene twierdziła, że żołądek najbardziej jej się skręcał na widok tych damane, które chichotały razem ze swoimi sul’dam, wachlowały je i bawiły się z nimi niczym dobrze wytresowane psy z ukochanymi treserkami. Egwene twierdziła, że niektóre z kobiet, którym w Falme założono obroże, też się takie stawały. Elayne krew stygła w żyłach od tych rewelacji. Prędzej by umarła, niżby pozwoliła wziąć się na smycz! I prędzej oddałaby swoje znaleziska Przeklętym niż Seanchanom. Puściła się biegiem w stronę zbiornika, towarzysząca jej z boku Aviendha oddychała niemal równie ciężko jak ona.
A jednak wyglądało na to, że Alise pomyślała o wszystkim. Ter’angreale załadowano na grzbiety jucznych koni. Nie przeszukane kosze dalej zawierały najdziwaczniejsze niespodzianki i Światłość jedna wiedziała co jeszcze, te jednak, które ona z Aviendhą zdążyły już opróżnić, ukazywały teraz zgrzebne worki wypełnione mąką, solą, fasolą i soczewicą. Kilku stajennych doglądało jucznych koni, zamiast biegać w tę i we w tę z pełnymi naręczami. Bez wątpienia robili to na polecenie Alise. Nawet Birgitte podrywała się na rozkaz tej kobiety, a jedyną reakcją był tylko smętny uśmiech!
Elayne uniosła płócienną pokrywę, chcąc w miarę możliwości jak najdokładniej sprawdzić stan ter’angreali bez konieczności ponownego ich wypakowania. Na pierwszy rzut oka zdawało się, że. wszystkie tam są, wciśnięte jakby trochę na łapu-capu do dwóch koszy, i że żaden się nie potłukł. Nic prócz Mocy nie mogłoby zniszczyć większości ter’angreali, niemniej jednak...
Aviendha usiadła ze skrzyżowanymi nogami na ziemi, ocierając pot z twarzy wielką chustką ze zwykłego lnu, stanowiącą jaskrawy kontrast z piękną, jedwabną suknią do jazdy konnej. Nawet ona zaczęła zdradzać oznaki zmęczenia.
— Co ty tam mruczysz, Elayne? Zachowujesz się zupełnie jak Nynaeve. Przecież Alise tylko oszczędziła nam kłopotu z pakowaniem rzeczy.
Elayne pokraśniała lekko. Widocznie bezwiednie mówiła na głos.
— Po prostu wolałabym, żeby nie dotykał ich ktoś, kto nie ma pojęcia, do czego służą, Aviendha. — Niektóre ter’angreale potrafiły ożyć nawet w rękach ludzi niezdolnych do przenoszenia, gdyby zostały niewłaściwie potraktowane, ale prawda była taka, że ona nie chciała, by w ogóle ktokolwiek ich dotykał. Należały do niej! Nie dopuści, by Komnata oddała je jakiejś siostrze, przez wzgląd na jej wiek i doświadczenie, albo gdzieś je ukryła, dla niebezpieczeństw związanych z badaniem ter’angreali. Dysponując tak licznymi egzemplarzami do zbadania, może w końcu wykoncypuje, jak zrobić ter’angreal, który będzie działał zawsze; dość już porażek i połowicznych sukcesów. — Powinna nimi zajmować się osoba, która wie, co robi — dodała, zarzucając z powrotem sztywne płótno.
Do zgiełku panującego na podwórku ład zaczął wkradać się znacznie wcześniej, niż Elayne się spodziewała, choć nie tak prędko, jakby sobie życzyła. Aczkolwiek; przyznała z niechęcią, wszystko musiałoby zdarzyć się w jednej chwili, aby jej życzenia zostały spełnione. Niezdolna oderwać oczu od nieba, kazała Careane wbiec z powrotem na szczyt wzgórza i stamtąd obserwować Ebou Dar. Krępa Zielona najpierw burknęła coś pod nosem i dopiero wtedy dygnęła, a poza tym omiotła kosym wzrokiem rozbiegane kobiety z Rodziny, jakby zamiast siebie chciała zaproponować którąś z nich. Elayne wolała jednak, by był to ktoś, kto nie zemdleje na widok zbliżającego się „Pomiotu Cienia”, a Careane była pośród sióstr najniższa rangą. Adeleas i Vandene wyprowadziły Ispan, otoczoną tarczą i w skórzanym worku na głowie. Szła dość swobodnym krokiem i nie było znać, że coś jej właśnie zrobiono, tylko... Ispan trzymała ręce splecione na podołku i nawet nie próbowała uchylać rąbka worka, by coś ukradkiem podejrzeć, a kiedy podsadzono ją na siodło, posłusznie nadstawiła przeguby dłoni, by można je było przywiązać do łęku, mimo iż nikt jej nie wydał takiego polecenia. Skoro była taka uległa, to może jednak coś tam od niej wyciągnęły. Elayne po prostu nie miała ochoty się zastanawiać, w jaki sposób tego dokonały.
Rzecz jasna, zdarzały się poniekąd... konflikty, mimo świadomości zagrożeniem, które być może nadciągało. Które na pewno nadciągało. Wprawdzie trudno było nazwać konfliktową sytuację, dzięki której Nynaeve odzyskała kapelusz z niebieskimi piórami, a jednak nieomal w takową się zmieniła; kapelusz znalazła Alise, wręczyła go Nynaeve z uwagą, że powinna osłaniać twarz przed słońcem, jeśli chce zachować taką piękną, gładką cerę. Nynaeve przez dłuższą chwilę patrzyła z rozdziawionymi ustami za siwiejącą kobietą, która oddaliła się pospiesznie, by zająć się rozwiązaniem jednego z rozlicznych drobnych problemów, wreszcie ostentacyjnym gestem wepchnęła kapelusz pod rzemień mocujący jej sakwy do siodła.
Nynaeve niemal od razu zabrała się za rozwiązywanie wszystkich realnych konfliktów, jednak Alise zawsze pierwsza była na miejscu, a w jej obecności konflikt rozwiązywał się sam. Kilka arystokratek zażądało pomocy przy pakowaniu swego dobytku, Alise jednak oznajmiła im dobitnie, że wcale nie żartowała i że jeśli natychmiast nie wezmą się do roboty, będą musiały paradować w tym, co mają na sobie. Z miejsca zabrały się za pakowanie. Niektóre, w tym nie tylko arystokratki, zmieniły zdanie w sprawie wyjazdu, kiedy się dowiedziały, że miejscem ich przeznaczenia jest Andor, ale je, najzupełniej dosłownie, przegoniono. Kazano im biec, pieszo, tak długo, jak będą w stanie. Potrzebowali wszystkich koni, a lepiej będzie, jak te kobiety pokonają porządny szmat drogi, zanim pojawią się Seanchanie; każdego, kto będzie się kręcił w okolicach farmy, w najlepszym razie czeka przesłuchanie. Zgodnie z tym, czego należało się spodziewać, między Renaile i Nynaeve doszło do ostrej wymiany zdań na temat Czary oraz żółwia, którym posłużyła się Talaan; Renaile rzekomo ukryła go pod swoją szarfą. Nie dotarły jednak nawet do fazy gwałtownej gestykulacji, natychmiast bowiem pojawiła się przy nich Alise i po krótkim czasie Czara wróciła pod skrzydła Sareithy, a żółwiem zaopiekowała się Merilille. A następnie zdumiona Elayne ujrzała jedyny w swoim rodzaju widok: Alise wygrażającą palcem przed nosem zdumionej Poszukiwaczki Wiatru Mistrzyni Statków Atha’an Miere i wygłaszającą tyradę na temat złodziejstwa; kiedy Alise wreszcie z nią skończyła, Renaile aż zapluwała się z oburzenia. Nynaeve również mamrotała coś wściekle, odchodząc z pustymi rękoma, aczkolwiek Elayne przyszło do głowy, że jeszcze w życiu nie widziała kogoś w równym stopniu przybitego.