Ścieżka Sztyletów
- Автор: Джордан Роберт
- Серия: Kolo czasu #8
- Язык: польский
- Переводчик: Katarzyna Karłowska
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Ścieżka Sztyletów». Краткое содержание книги:
Nynaeve zadarła głowę, przyjrzała się ponuro bezchmurnemu niebu, po czym przeniosła wzrok na Caire.
— I na co to wszystko? Udało nam się coś zrobić czy nie? — Powietrze na szczycie wzgórza nieznacznie zawirowało, ciepłe jak tchnienie z kuchni.
Poszukiwaczka Wiatru podniosła się z wysiłkiem.
— Myślisz, że Tkanie Wiatru to jak machanie rumplem na pokładzie dartera? — wycedziła z pogardą. — Właśnie dokonałam czegoś, co dałoby się przyrównać do poruszenia steru szkimera o pokładnicy szerokiej jak cały świat. Taki szkimer potrzebowałby dużo czasu, żeby zawrócić, żeby w ogóle zareagować na rozkaz zawrócenia. Żeby rozkaz ten zrealizować. Ale kiedy już to zrobi, to sam Ojciec Sztormów nie da rady go powstrzymać. Ja tego dokonałam, Aes Sedai, i teraz Czara Wiatrów należy do nas!
Renaile weszła do wnętrza kręgu i uklękła obok Czary. Zaczęła ją ostrożnie owijać w warstwy białego jedwabiu.
— Oddam ją Mistrzyni Statków — powiedziała do Nynaeve. — My wypełniłyśmy naszą część umowy. Teraz wy, Aes Sedai, musicie wywiązać się ze swojej. — W gardle Merilille zrodził się jakiś dziwny odgłos, ale kiedy Elayne na nią zerknęła, Szara siostra stanowiła już uosobienie opanowania.
— Może i wypełniłyście swoją część postanowień — odparła Nynaeve, podnosząc się chwiejnie. — Może. Sprawdzimy to, kiedy ten... ten wasz szkimer zawróci. O ile rzeczywiście zawróci! — Renaile wpatrywała się w nią twardo ponad krawędziami Czary, ale Nynaeve ją ignorowała. — Dziwne — wymamrotała, masując sobie skronie. I skrzywiła się, kiedy bransoleta z pierścieniami zaplątała się w jej włosy. — Niemal czuję echo saidara. To na pewno przez tę bransoletę!
— Nie — powiedziała Elayne. — Ja też je czuję. — To, co czuła, to nie były tylko mgliście postrzegane iskry w powietrzu i nie było to też echo, w każdym razie nie w ścisłym w tego słowa znaczeniu. Był to raczej cień echa, bardzo blady, jakby ktoś używał saidara... Obróciła się. Na horyzoncie, od południa, pojawiły się błyskawice, dziesiątki błyskawic, kreśliły srebrzysto-niebieskie pręgi na tle popołudniowego nieba. Bardzo blisko Ebou Dar.
— Burza z deszczem? — spytała podnieconym głosem Sareitha. — To znaczy, że pogoda już się poprawia. — Ale na niebie nie było żadnych chmur, nawet tam, gdzie się rozszczepiały i spadały błyskawice. Sareitha nie dysponowała dostateczną siłą, by wyczuć, że tam daleko ktoś władał saidarem.
Elayne zadygotała. Nawet ona nie była dostatecznie silna. Chyba że ktoś przenosił ilości porównywalne z tym, co one przywołały tutaj. Pięćdziesiąt, może nawet sto Aes Sedai, wszystkie przenoszące jednocześnie. Albo...
— Mam nadzieję, że to nie któraś z Przeklętych — mruknęła. Za nią ktoś jęknął głośno.
— Jedna Przeklęta nie przeniosłaby aż tyle — zgodziła się cicho Nynaeve. — Może nie wyczuły nas tak, jak my je teraz wyczuwamy... może, powtarzam... ale na pewno by nas zobaczyły, no, chyba że wszystkie oślepły. A niech nasze szczęście sczeźnie w Światłości! — Mówiła cicho, ale była wyraźnie podniecona, sama przecież często beształa Elayne za taki język. — Zabierz każdego, kto zechce pojechać z tobą do Andoru, Elayne. Ja... dołączę tam do ciebie. Mat został w Ebou Dar. Muszę po niego wrócić. Ażeby ten chłopak sczezł; ale przyszedł po mnie, to i ja pójdę po niego.
Elayne kurczowo otoczyła ramionami własne ciało i wzięła głęboki wdech. Zostawiła Tylin na łasce Światłości; królowa ujdzie z tego z życiem, jeśli tak jej pisane. Ale co z Matem Cauthonem, jej bardzo dziwnym, bardzo bystrym poddanym, jej najbardziej nieprawdopodobnym wybawcą? Przyszedł z pomocą również i jej, a gotów był na jeszcze więcej. I co z Thomem Merrilinem, kochanym Thomem — wszak wciąż pragnęła, by jednak się okazało, że to jej prawdziwy ojciec, nieważne, w jakim świetle stawiałoby to matkę. I co z tym chłopczykiem, Olverem, i z Chelem Vaninem, i z... Powinna jednak myśleć jak królowa. „Różana Korona waży więcej niż góra” — powiedziała jej kiedyś matka — „a obowiązki doprowadzą cię do płaczu, ale będziesz musiała wytrzymać wszystko i zrobić to, co trzeba”.
— Nie — powiedziała, po czym dodała bardziej stanowczym tonem: — Nie. Popatrz na siebie, Nynaeve. Ledwie jesteś w stanie utrzymać się na nogach. Nawet gdybyśmy pojechali wszyscy, co zdziałamy? Ilu Przeklętych tam jest? Zginiemy i zapewne, co gorsza, niczego nie osiągniemy. Przeklęci nie mają powodu, by szukać Mata albo pozostałych. To nas będą ścigali.
Nynaeve zagapiła się na nią, uparta Nynaeve, z twarzą ociekającą potem, ledwie stojąca na chwiejnych nogach. Cudowna, waleczna, głupia Nynaeve.
— Powiadasz, że mamy go zostawić, Elayne? Aviendha, pogadaj z nią. Powiedz jej o tym honorze, o którym zawsze tyle gadasz!
Aviendha zawahała się, po czym potrząsnęła głową. Była niemal tak samo spocona jak Nynaeve i sądząc po ruchach, równie zmęczona.
— Bywają chwile, kiedy człowiek walczy, nawet jeśli nie ma żadnej nadziei, Nynaeve, ale Elayne ma rację. Ci Którzy Dusze Oddali Cieniowi nie będą szukali Mata Cauthona, będą szukali nas i Czary. Zresztą być może on zdążył wyjechać już z miasta. Jeżeli tam pojedziemy, to zaryzykujemy zaprzepaszczenie wszystkiego. Będą mogli nas zmusić, żebyśmy im zdradziły, kto ma teraz Czarę i gdzie ona jest.
Twarz Nynaeve skurczyła się z bólu. Elayne objęła ją ramionami.
— Pomiot Cienia! — krzyknęła któraś przeraźliwie i w jednej chwili wszystkie kobiety zgromadzone na szczycie wzniesienia objęły saidara. Z rąk Merilille, Careane i Sareithy poleciały strumienie ognistych kul. I nagle z nieba runął ogromny, skrzydlaty kształt otulony w ogień, wlokący za sobą ogon tłustego, czarnego dymu. Zniknął za krawędzią urwiska.
— Tam jest jeszcze jeden! — krzyknęła Kirstian, pokazując ręką. W dół szybował drugi skrzydlaty stwór, cielsko wielkości konia, z żebrowanymi skrzydłami o rozpiętości trzydziestu kroków albo i więcej, z długa szyją i jeszcze dłuższym ogonem. Na jego grzbiecie widać było dwie przycupnięte sylwetki. Ku niemu poleciała ulewa płomieni. Najlepiej szło Aviendzie i kobietom z Ludu Morza, które w odróżnieniu od Aes Sedai tkały, nie wykonując gestu ciskania. Nawała ognia była tak gęsta, jakby samo powietrze go rodziło, i stwór pomknął za wzgórze wznoszące się po drugiej stronie farmy. I zniknął.
— Zabiłyśmy go? — spytała Sareitha. Jej oczy lśniły i pierś unosił przyspieszony oddech.
— Czy w ogóle trafiłyśmy? — warknęła z niesmakiem jedna z Atha’an Miere.
— Pomiot Cienia — mruknęła ze zdumieniem Merilille. — Tutaj! Przynajmniej to dowodzi, że w Ebou Dar są Przeklęci.
— To nie był Pomiot Cienia — odrzekła głuchym głosem Elayne. Twarz Nynaeve odzwierciedlała najczystszą udrękę. Ona też wiedziała. — Oni nazywają je rakenami. To Seanchanie. Ruszamy od razu, Nynaeve, i musimy zabrać wszystkie kobiety z farmy. Niezależnie od tego, czy go zabiłyśmy czy nie, na pewno pojawią się następne. Każda, którą tu zostawimy, jutro rano będzie nosiła smycz damane. — Nynaeve przytaknęła powoli, z wyraźnym bólem. Elayne zdawało się, że wyszeptała:
— Och, Mat...
Renaile szła z Czarą w ramionach, znowu spowitą w białe płótna.
— Nasze statki natrafiają czasem na tych Seanchan. Jeśli są w Ebou Dar, w takim razie okręty wypłynęły w morze. Mój statek walczy o życie, ą mnie nie ma na jego pokładzie! Ruszamy! — I uformowała splot bramy, prosto tam, gdzie stała.
Rzecz jasna, splot zmierzwił się tylko bezpłodnie, rozjarzył na chwilę, po czym rozpadł bez śladu, ale Elayne mimo woli aż pisnęła. Ona próbowała otworzyć w miejscu pełnym kobiet!