Ścieżka Sztyletów
- Автор: Джордан Роберт
- Серия: Kolo czasu #8
- Язык: польский
- Переводчик: Katarzyna Karłowska
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Ścieżka Sztyletów». Краткое содержание книги:
— Nigdzie nie pójdziesz, póki nie zostaniesz tu na tyle długo, by dokładnie poznać cały ten szczyt! — warknęła. Miała nadzieję, że żadna z kobiet, które uczestniczyły w kręgu, nie próbuje tkać; objęcie saidara stanowiło najszybszy sposób na poznanie danego miejsca. Jej się to tutaj udało, a więc im zapewne też. — Nie ma takiego miejsca, z którego można by wyprawić się na statek, który płynie po morzu; moim zdaniem to jest absolutnie niewykonalne! — Merilille przytaknęła jej, ale to jeszcze niewiele znaczyło. Aes Sedai wierzyły w różne rzeczy i niekiedy nawet miały rację. Niemniej dobrze, że przytaknęła, bo dla kobiet z Ludu Morza był to jakiś dowód. Nynaeve, wynędzniała i z wytrzeszczonym wzrokiem, nie była w stanie pokierować teraz biegiem spraw, więc Elayne mówiła dalej. Miała nadzieję, że sprosta pamięci swej matki. — I przede wszystkim donikąd się nie wybierzecie bez nas, bo postanowienia naszego targu jeszcze nie zostały wypełnione; Czara Wiatrów jeszcze nie jest wasza, w pogodzie bowiem jak dotąd nie zapanował ład. — Nie było to do końca prawdą, no, chyba że przy dość swobodnej interpretacji, i Renaile już otwarła usta, ale Elayne ciągnęła dalej: — A poza tym dobiłyście też targu z Matrimem Cauthonem, moim poddanym. Pójdziecie po dobrej woli tam, gdzie ja zechcę, albo udacie się tam przywiązane do siodeł. Same tak zdecydowałyście. A więc natychmiast zejdź z tego wzgórza, Renaile din Calon Błękitna Gwiazda, zanim Seanchanie nie rzucą przeciw nam armii i kilkuset kobiet, które potrafią przenosić i którym żaden inny widok tak się nie spodoba, jak my obok nich, w obrożach na szyi. No już! Biegiem!
Ku jej zdumieniu pobiegły.
6
Wątki
Sama Elayne oczywiście też ruszyła biegiem: podkasała spódnice i wkrótce już wyprzedziła pozostałe na mocno udeptanej ścieżce. Blisko niej trzymała się tylko Aviendha, choć wyraźnie nie potrafiła biegać w sukni, dzielonej czy nie; w przeciwnym razie bez wątpienia wyprzedziłaby Elayne, nawet tak bardzo zmęczona. Pozostałe wlokły się daleko w tyle, po wąskim, krętym szlaku. Żadna z Atha’an Miere nie chciała wyprzedzić Renaile, a ta mimo jedwabnych spodni nie była w stanie dostatecznie prędko przebierać nogami, na dodatek bowiem tuliła w objęciach Czarę. Nynaeve nie miała takich skrupułów, torowała sobie drogę łokciami i biegła co sił w nogach, pokrzykując na każdego, na kogo wpadła, że ma jej zejść z drogi, niezależnie od tego, kto to akurat był: Poszukiwaczki Wiatru, członkinie Rodziny czy Aes Sedai.
Elayne, która zbiegała na łeb na szyję ze wzgórza, to potykając się, to odzyskując równowagę, zbierało się na śmiech, mimo całego larum. Mimo niebezpieczeństwa. Od czasu, gdy skończyła dwanaście lat, Lini i matka bezlitośnie tępiły gonitwy i wspinaczkę po drzewach, ale tu nie szło tylko o zwyczajne uczucie zadowolenia, że oto znowu biega. Zachowała się jak przystało na królową i wszystko udało się dokładnie tak, jak powinno! Przejęła stery, reagując na konieczność wyprowadzenia ludzi z niebezpiecznej sytuacji, i oni jej usłuchali! Do tego właśnie przyuczano ją niemal od urodzenia. I właśnie satysfakcja, płynąca ze sprostania wymogom własnej pozycji, sprawiała, że chciało jej się śmiać, a wypełniające ją uczucie dumy było tak gorące, tak podobne do promieniowania saidara, że omalże nie przepalało skóry wewnętrznym żarem.
Pokonawszy ostatni zakręt, zbiegła z głośnym łomotem stóp po ostatniej prostej, mijając jedną z pobielonych stodół. I nagle potknęła się o wystający spod ziemi kamień. Poleciała całym ciałem do przodu, młócąc ramionami, i nim się obejrzała, koziołkowała w powietrzu. Nawet nie zdążyła krzyknąć. Wylądowała na siedzeniu tuż przed Birgitte, dopiero u samego dołu ścieżki, z impetem, od którego zazgrzytały jej zęby i całkiem odebrało dech. Przez chwilę nawet nie była w stanie myśleć, a kiedy już doszła do siebie, po satysfakcji prawie nie zostało śladu. I tak to było z królewskim majestatem. Odgarnąwszy włosy z twarzy, usiłowała odzyskać oddech i jednocześnie czekała na jakąś kąśliwą uwagę z ust Birgitte. W tym momencie przyjaciółka miała okazję do odegrania roli starszej i mądrzejszej siostry, a rzadko kiedy takie okazje przepuszczała.
Ku zdziwieniu Elayne Birgitte podźwignęła ją, zanim dotarła do niej Aviendha, która z kolei oszczędziła jej choćby najlżejszego uśmiechu. W więzi zobowiązań ze swoim Strażnikiem Elayne nie poczuła nic, z wyjątkiem może... skupienia; przyszło jej do głowy, że właśnie tak mogłaby się czuć strzała nasadzona na naciągniętą cięciwę.
— Uciekamy czy walczymy? — spytała Birgitte. — Rozpoznałam te latające stwory Seanchan, widziałam je w Falme i jak mi prawda miła, proponuję uciekać. Mam dzisiaj przy sobie tylko zwyczajny łuk. — Aviendha spojrzała na nią, nieznacznie marszcząc brew, a Elayne westchnęła; Birgitte musi wreszcie nauczyć się strzec swego języka, jeśli naprawdę chce zachować w tajemnicy, kim jest.
— To oczywiste, że uciekamy — wystękała Nynaeve, z wysiłkiem pokonując ostatni odcinek ścieżki. — Walczyć czy uciekać?! Co za głupie pytanie! Myślisz, że jesteśmy skończonymi?... Światłości! Co one wyprawiają? — Już podnosiła głos. — Alise! Alise, gdzie ty jesteś? Alise! Alise!
Elayne wzdrygnęła się, pojmując, że na farmie wrze równie mocno jak wtedy, gdy Careane niebacznie odsłoniła twarz. A może nawet jeszcze bardziej. Jak doniosła im Alise, mieszkało tu aktualnie sto czterdzieści siedem kobiet Rodziny, w tym pięćdziesiąt cztery Mądre Kobiety, oddelegowane tutaj wiele dni temu, i kilka takich, które akurat przejeżdżały przez miasto; w tym momencie wyglądało to tak, jakby wszystkie co do jednej dokądś biegły i jakby było ich co najmniej dwa razy tyle. Większość służących z Pałacu Tarasin w swych zielono-białych liberiach umykała to w tę, to w inną stronę, targając przy tym jakieś ciężary. W całym tym tumulcie uganiały się kaczki i kury, machając skrzydłami, skrzecząc i dodatkowo potęgując ogólne zamieszanie. Elayne zauważyła nawet Strażnika, szpakowatego Jaema należącego do Vandene, który przemknął obok, obejmując żylastymi ramionami jakiś wielki jutowy worek!
Alise pojawiła się jakby znikąd, stateczna i opanowana mimo spoconej twarzy. Każde pasmo włosów znajdowało się na swoim miejscu, a suknia wyglądała tak, jakby Alise właśnie wróciła z przechadzki.
— Te wrzaski są niepotrzebne — stwierdziła spokojnie, wspierając dłonie na biodrach. — Birgitte wyjaśniła mi, czym są te wielkie ptaszyska, i uznałam, że lepiej będzie, jeśli czym prędzej się stąd wyniesiemy, zwłaszcza że widziałam was zbiegające na łeb na szyję ze wzgórza, jakby sam Czarny was ścigał. Przykazałam wszystkim, że mają zabrać po jednej czystej sukni, trzy zmiany bielizny i pończoch, mydło, przybory do szycia oraz wszystkie pieniądze. Tylko to i nic więcej. I żeby je pogonić, ostrzegłam, że te dziesięć, które skończą się pakować ostatnie, będą odpowiedzialne za zmywanie na naszym nowym miejscu. Kazałam też sługom, że mają zebrać tyle żywności, ile się da, na wszelki wypadek. Waszym Strażnikom też to powiedziałam. Większość z nich to rozsądni mężczyźni. Zaskakująco rozsądni, jak na mężczyzn. Czy to właśnie dlatego, że są Strażnikami?
Nynaeve znieruchomiała, szczęka jej opadła, z otwartych ust nie wydostały się rozkazy, które już chciała wykrzyczeć. Emocje przebiegały przez jej oblicze zbyt szybko, by dały się odczytać.
— Bardzo dobrze — wymamrotała wreszcie, kwaśnym tonem. Po czym niespodzianie pojaśniała. — Kobiety, które nie należą do Rodziny. Tak! Trzeba je...
— Opanujże się — przerwała jej Alise, uspokajając gestem ręki. — Uciekły już stąd, większość przynajmniej. Głównie te, które niepokoiły się o swych mężów albo krewnych. Nie mogłam ich zatrzymać, nawet gdybym chciała. Ale jest tu co najmniej trzydzieści takich, które uważają, że te ptaki to Pomiot Cienia, i dlatego pragną trzymać się jak najbliżej Aes Sedai. — Parsknęła, pokazując, co na ten temat sądzi. — Ale dość na tym. Ochłoń nieco. Napij się zimnej wody; tylko pamiętaj, nie za szybko. Ochlap sobie twarz. Ja muszę dopilnować spraw. — Alise objęła wzrokiem zamieszanie, biegające grupy, i pokręciła głową. — Gdyby zza wzgórza wypadło stado trolloków, niektórym z tych kobiet na pewno zmiękłyby nogi, a poza tym większość arystokratek nigdy tak naprawdę nie potrafi się przyzwyczaić do naszych zasad. Trzeba będzie je co poniektórym przypomnieć, zanim ruszymy w drogę. — I z tym słowami ruszyła majestatycznym krokiem w sam środek wrzawy panującej na podwórku, zostawiając Nynaeve, która tylko stała i gapiła się na nią.