Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
Szpital kosmiczny - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Szpital kosmiczny

Электронная книга - «Szpital kosmiczny». Краткое содержание книги:

Szpital kosmiczny
1 ... 35 36 37 38 39 40 41 42 43 ... 58
Перейти на страницу:

— Zgadzam się z panem — powiedział Conway.

— Jeden szczegół wyjaśnia być może, dlaczego ten SRTT wpadł w panikę po przylocie — dodał O’Mara. — U tych istot obowiązuje zwyczaj, że przy śmierci rodzica obecni są najmłodsi potomkowie, a nie najstarsi. Istnieje niezwykle silny związek emocjonalny pomiędzy rodzicem a najmłodszym dzieckiem. Ocena masy ciała pozwala uznać naszego uciekiniera za osobnika bardzo młodego. Oczywiście nie jest to niemowlę, ale daleko mu do dojrzałości.

Conway wciąż jeszcze rozmyślał nad tym, co przed chwilą usłyszał, a tymczasem major mówił dalej.

— Co do jego ograniczeń, przypuszczam, że sekcja metanodysznych jest dla niego za zimna, podczas gdy oddział radioaktywnych zbyt gorący, podobnie jak owa sławetna łaźnia turecka na poziomie osiemnastym, gdzie przebywają istoty oddychające parą wodną o niezwykle wysokiej temperaturze. Poza tym, jeśli chodzi o to, gdzie się może w tej chwili znajdować, wiem tyle co i pan.

— Gdybym zobaczył umierającego osobnika, może by to coś pomogło — rzekł Conway. — Czy to będzie możliwe?

— Ledwo ledwo — mruknął sucho O’Mara po dłuższej chwili milczenia. — W najbliższym otoczeniu pacjenta aż roi się od Diagnostyków i innych supermanów medycyny… Ale niech pan przyjdzie po zakończeniu obchodu, a postaram się to załatwić.

— Dziękuję — odparł Conway i przerwał połączenie.

Wciąż jeszcze miał niejasne wątpliwości co do przybysza, jakieś ponure przeczucie, że nie było to jego ostatnie zetknięcie z tym pozaziemskim nieletnim chuliganem, który w najwyższym stopniu opanował sztukę charakteryzacji. Pomyślał kwaśno, że może jego bieżące zajęcia obudziły w nim instynkt macierzyński. Gdy jednak zreflektował się, ile szkody może wyrządzić taki osobnik klasy SRTT — wliczając w to szkody w sprzęcie i umeblowaniu, zakłócenia ważnych terapii oraz rany, a może nawet śmierć spowodowaną nieświadomym działaniem — zrobiło mu się cokolwiek niedobrze.

Nieudane polowanie na uciekiniera uprzytomniło mu pewien bardzo niepokojący fakt, mianowicie, że SRTT nie jest zbyt młody i niedojrzały, aby nie poradzić sobie ze śluzami łączącymi poszczególne sekcje…

Na wpół gniewnie Conway odsunął od siebie te bezpłodne obawy i zaczął udzielać Prilicli wyjaśnień na temat pacjentów z sali, którą mieli zaraz wizytować, a także w sprawie środków bezpieczeństwa i metod badań koniecznych w przypadku przebywających tam istot.

Na sali tej znajdowało się dwadzieścia osiem młodych osobników klasy FROB. Były to niskie, przysadziste, niezwykle silne istoty pokryte rogowatym naskórkiem niczym elastyczną pancerną płytą. Dorosłe osobniki tego gatunku, przy znacznie zwiększonej masie ciała, poruszały się powoli i ociężale, ale malcy śmigali zdumiewająco szybko jak na wysokie ciśnienie atmosferyczne ich naturalnego środowiska oraz siłę ciążenia czterokrotnie przewyższającą ziemskie. W tych warunkach obchód odbywał się w ciężkich kombinezonach, a personel medyczny i pomocniczy, z wyjątkiem nagłych, niebezpiecznych przypadków, nigdy nie poruszał się po podłodze. Do badań unoszono pacjentów wyciągiem zakończonym chwytakiem, wciągano ich do specjalnej kopułki w stropie, a tam usypiano przed zwolnieniem uchwytu. Zastrzyk usypiający podawano długą, niezwykle mocną igłą, którą trzeba było wbić na połączeniu tułowia z przednią kończyną — od strony brzucha. Było to jedno z nielicznych miękkich miejsc na ciele tych istot.

— Sądzę, że złamie pan wiele igieł, zanim się pan tego nauczy — zakończył wyjaśnienia Conway — ale nic nie szkodzi. Niech pan tylko nie sądzi, że sprawia im pan ból. Te słodkie maleństwa są tak gruboskórne, że gdyby obok któregoś wybuchła bomba, ledwie zmrużyłoby oko.

Zamilkł na kilka sekund. Nadal wszakże szybko maszerował w kierunku sali FROB-ów z Priliclą, którego sześć wieloczłonowych, cienkich jak ołówki odnóży zajmowało bez mała cały korytarz, zawsze jednak w pewnej odległości od nóg Conwaya. Minęło już uczucie stąpania po skorupach jaj, którego Conway doznawał, gdy szedł obok stażysty. Nie bał się już, że Cinrussańczyk pokruszy się i rozpadnie pod lada dotknięciem. Prilicla zdążył udowodnić swą umiejętność unikania wszelkich kontaktów, które mogą być dlań szkodliwe, a robił to, zdaniem przyzwyczajonego już Conwaya, w sposób zarówno zwinny, jak i wdzięczny.

Pomyślał, że człowiek umie przyzwyczaić się do każdego współpracownika.

— Wracając jednak do naszych gruboskórnych maluchów — podsumował — sile fizycznej tego gatunku, szczególnie dotyczy to młodszych osobników, nie towarzyszy odporność na zakażenia bakteryjne i wirusowe. Później zaczynają wytwarzać niezbędne przeciwciała i jako dorośli są nieprzyzwoicie wręcz zdrowi, ale w dzieciństwie…

— Łapią wszelkie choroby — wpadł mu w słowo Prilicla. — W tym wszystkie nowo wykryte.

Conway zaśmiał się.

— Zapomniałem, że FROB-y trafiają do większości szpitali pozaziemskich i że mógł się pan już z nimi zapoznać. Wie pan zatem również, że owe dolegliwości rzadko kończą się śmiercią, ale ich leczenie jest długie, skomplikowane i niewdzięczne, bo gdy tylko się kończy, malcy łapią zaraz nową chorobę. Żaden z naszych dwudziestu ośmiu przypadków nie jest poważny, właściwie są one u nas tylko dlatego, że próbujemy tu opracować uderzeniową surowicę, która sztucznie wytwarzałaby u nich trwałą odporność na zakażenia i… Stop!

Ostatnie słowo wypowiedział ostro, cicho, pospiesznie, jakby krzyknął szeptem. Prilicla zamarł, przywarłszy do podłogi zaopatrzonymi w przyssawki nogami, i patrzył wraz z Conwayem w głąb korytarza, na istotę, która przed chwilą wyłoniła się z przecznicy.

Osobnik ten na pierwszy rzut oka wyglądał jak Illensańczyk. Bezkształtne, pokryte kolcami ciało, z suchą, szeleszczącą błoną spinającą górne i dolne wyrostki, należało niewątpliwie do chlorodysznych osobników klasy PVSJ. Jednak miał też dwie macki gębowe przeniesione z klasy FGLI oraz płat sierści z klasy DBLF i, tak jak oni, oddychał atmosferą bogatą w tlen.

Mógł to być tylko poszukiwany uciekinier.

Mając przed sobą wcielone zaprzeczenie wszelkich prawideł fizjologii, Conway poczuł, jak serce łomocze mu gdzieś w gardle. Pamiętając o zaleceniach O’Mary, by nie przestraszyć przybysza, próbował wymyślić coś przyjaznego, uspokajającego. Jednak SRTT rzucił się do ucieczki, gdy tylko ich zobaczył, a jedyne słowa, jakie przyszły do głowy Conwayowi, brzmiały:

— Szybko, za nim!

Biegnąc na oślep, dotarli do skrzyżowania i puścili się korytarzem, którym uciekał SRTT. Prilicla mknął po suficie, by nie trafić pod stopy Conwaya. Jednak to, co ujrzeli, sprawiło, że Conway zapomniał o wszystkich zaleceniach dotyczących łagodnego i przyjaznego postępowania.

— Stój, durniu! — ryknął. — Nie idź tam!

Uciekinier znajdował się u wejścia na salę FROB-ów.

Ścigający go Conway i Prilicla dotarli do śluzy o sekundę za późno i bezsilnie patrzyli przez okienko, jak SRTT otwiera drzwi wewnętrzne i pociągnięty przez siłę ciążenia czterokrotnie przewyższającą normalne, niknie im z oczu. W rezultacie drzwi wewnętrzne zamknęły się automatycznie, pozwalając lekarzom wejść do śluzy i przygotować się do warunków panujących na sali.

1 ... 35 36 37 38 39 40 41 42 43 ... 58
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)