Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Wydziedziczeni [The Dispossessed - pl]
Wydziedziczeni [The Dispossessed - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Wydziedziczeni [The Dispossessed - pl]

Электронная книга - «Wydziedziczeni [The Dispossessed - pl]». Краткое содержание книги:

Mieszkaniec planety Anarres, fizyk imieniem Szevek, nigdy nie potrafi zrezygnować z prawa do odrębności, do osobistej wolności, dlatego czuł się nieszczęśliwy będąc członkiem społeczeństwa ludzi całkowicie równych. Idealnym wyjściem w tej sytuacji wydaje się emigracja na sąsiednią, wrogą planetę Urras. Szevek otrzymuje zaproszenie i opuszcza ojczyznę, lecz już na pokładzie statku kosmicznego zdobywa pewne niepokojące informacje o Urras. Statek niebawem wyląduje…

Powieść otrzymała nagrodę Nebulę w 1974 i Hugo w 1975.
1 ... 35 36 37 38 39 40 41 42 43 ... 95
Перейти на страницу:

Postępował źle. Musi się poprawić. Uczynił to.

Zakazywał sobie zajmować się fizyką przez pięć wieczorów w dekadzie. Zgłaszał się na ochotnika do pracy społecznej w zarządzie instytutowych mieszkalni. Uczęszczał na zebrania Związku Fizyków i Syndykatu Członków Instytutu. Zapisał się do grupy uprawiającej ćwiczenia biomechanizmu zwrotnego i trening elektroencefalograficzny. W jadalni zmuszał się do siadania przy ogólnym stole, nie zaś — z nosem w książce — przy małym stoliku.

Dziwna rzecz: można by sądzić, że ludzie na niego czekali.

Wyjęli go do swego grona, przywitali, zapraszali, by dzielił z nimi sypialnię, prosili do towarzystwa. Wszędzie go ze sobą zabierali, tak że w trzy dekady zobaczył w Abbenay więcej niż wcześniej przez cały rok. Z grupkami wesołej młodzieży chadzał na stadiony, do ognisk rzemiosła, na basen, na festiwale, do muzeów, teatrów, na koncerty.

Koncerty stały się dla niego rewelacją, najradośniejszym odkryciem.

Nigdy dotąd nie był w Abbenay na koncercie, po części dlatego, że muzyka była dlań czymś, co się raczej wykonuje, nie zaś czego się słucha. Jako dziecko śpiewał w miejscowym chórze, grywał w zespole na instrumentach; bardzo to lubił, choć nie był szczególnie utalentowany. To było wszystko, co wiedział na temat muzyki.

Ośrodki kształceniowe uczyły wszelkich umiejętności przygotowujących do uprawiania sztuki: śpiewu, rytmiki, tańca, posługiwania się pędzlem, dłutem, kozikiem, tokarką i tym podobnymi przyborami. Wszystko tam było nastawione na praktykę: dzieci uczyły się patrzeć, mówić, słuchać, poruszać i operować narzędziami. Nie dokonywano rozróżnienia między sztuką a rzemiosłem; nie przyznawano tej pierwszej osobnego miejsca w życiu, postrzegano ją jako podstawową technikę życia, podobną mowie.

Tak oto — wcześnie i samoistnie — rozwinął się w architekturze styl zwięzły, czysty i prosty, o subtelnych proporcjach. Malarstwo i rzeźba pełniły przeważnie rolę usługową wobec architektury i planowania miast. Co się tyczy sztuki słowa, poezja i gawędziarstwo skłaniały się ku ulotności, do łączenia się ze śpiewem i tańcem; jedynie teatr utrzymywał pozycję w pełni odrębną i tylko on określany bywał w ogóle mianem Sztuki — czegoś zupełnie samoistnego. Istniało wiele regionalnych i objazdowych trup aktorów i tancerzy, teatrów repertuarowych, nierzadko z własnym dramatopisarzem. Wystawiały one tragedie, półimprowizowane komedie, pantomimy. Wyglądano ich niczym deszczu w zagubionych pośród pustyni miastach, ilekroć się zjawiały, były zawsze wydarzeniem roku. Sztuka dramatyczna, narodzona z ducha — i ducha tego wcielająca — izolacji i wspólnotowości Anarres, osiągnęła potęgę i świetność nadzwyczajną.

Szevek nie odznaczał się jednak zbytnią wrażliwością na dramat. Lubił bogactwo słów, lecz sama idea gry nie przypadała mu do gustu. Dopiero w drugim roku pobytu w Abbenay odkrył wreszcie swoją Sztukę: tę, która miała za tworzywo czas. Ktoś wziął go na koncert do Syndykatu Muzyki. Wrócił tam następnego wieczoru. Zaczął chodzić na wszystkie koncerty — ze swoimi nowymi znajomymi, jeśli to byto możliwe, bez nich, jeśli było trzeba. Muzyka stała mu się potrzebą pilniejszą niż towarzystwo i głębszej dostarczała satysfakcji.

Jego wysiłki, by się wyrwać z wrodzonego odosobnienia, w gruncie rzeczy skończyły się — zdawał sobie z tego sprawę — fiaskiem. Z nikim nie związał się przyjaźnią. Spółkował z wieloma dziewczętami, lecz kopulacja nie sprawiała mu takiej radości, jaką powinna. Przynosiła jedynie ulgę w potrzebie, jaką daje wypróżnienie, wstydził się tego potem, czynność ta bowiem spychała tę drugą osobę do roli przedmiotu. Lepsza już była masturbacja, właściwa droga dla kogoś takiego jak on. Samotność była jego przeznaczeniem; był więźniem swojego dziedzictwa. „Praca przede wszystkim.” Rulag powiedziała to spokojnie, konstatując fakt, niezdolna go zmienić, niezdolna wyrwać się ze swojej zimnej celi.

Z nim było podobnie. Serce ciągnęło go ku innym, ku tym miłym młodym istotom, które go nazywały bratem, ale ani on z nimi, ani one z nim nie były w stanie się zbliżyć. Urodził się do samotności, przeklęty, zimny intelektualista, egoista.

Liczyła się przed wszystkim praca; ale praca wiodła donikąd.

Powinna dawać przyjemność, podobnie jak seks, ale nie dawała jej. Borykał się wciąż z tymi samymi problemami, nie zbliżając się ani na krok do rozwiązania paradoksu czasu To, nie mówiąc już o teorii jednoczesności, która przed rokiem była już niemal w jego zasięgu. Ta pewność siebie wydawała mu się teraz niepojęta.

Czyżby naprawdę uważał się za zdolnego, w dwudziestym roku życia, do rozwinięcia teorii, która miała zmienić podstawy fizyki kosmologicznej? Najwyraźniej już na długo przedtem, nim go złożyła gorączka, musiał być niespełna rozumu. Zapisał się do dwóch grup zajęciowych matematyki filozoficznej, wmawiając w siebie, że mu to potrzebne, i nie dopuszczając myśli, że każdy z tych kursów mógłby sam poprowadzić nie gorzej od wykładowców.

W miarę możności unikał Sabula.

W pierwszym zapale nowych decyzji postawił sobie za cel bliższe poznanie Gvarab. Odpowiedziała na tę jego potrzebę najlepiej, jak umiała, zima jednak nie obchodziła się z nią łagodnie; była chora, głucha i stara. Rozpoczęła wiosenny kurs, a następnie go zawiesiła. Miała się raz lepiej, raz gorzej — to ledwo poznawała Szeveka, to znów ciągnęła go do swojej mieszkalni na całowieczorne rozmowy. Z czasem przemyślenia Szeveka wykroczyły poza poglądy Gvarab i owe długie pogawędki poczęły go nużyć.

Miał do wyboru: albo pozwolić Gvarab, by go zanudzała powtarzaniem godzinami tego, co już wiedział — bądź czego fałszywość częściowo wykazał — albo zranić i zbić staruszkę z tropu próbą wyprowadzenia jej z błędu. Przekraczało to granice cierpliwości i nie licowało z poczuciem taktu osoby w jego wieku, skończyło się więc na tym, że zaczął w miarę możności unikać Gvarab, doznając przy tym zawsze wyrzutów sumienia.

Poza nią nie miał z kim rozmawiać o problemach jego dziedziny. Nikt w Instytucie nie miał dostatecznej wiedzy na temat czystej fizyki czasu, aby mógł się z nim porozumieć. Chętnie by ich nauczył, nie otrzymał jednak dotąd posady nauczyciela ani klasy w Instytucie; studenci wydziału należący do Syndykatu Członków odrzucili jego prośbę w tej sprawie. Nie życzyli sobie kłótni z Sabulem.

Wraz z upływem roku Szevek coraz więcej czasu poświęcał na pisanie listów do Atro oraz innych fizyków i matematyków na Urras. Niewiele z tych listów zostało wysłanych. Niektóre po napisaniu po prostu darł. Odkrył, że matematyk Loai An, do którego wysmażył sześciostronicową rozprawkę na temat odwracalności czasowej, nie żyje od dwudziestu lat; zaniedbał przeczytania biograficznego wstępu do jego Geometrii czasu. Inne listy, które zamierzał wysłać na pokładzie frachtowców z Urras, zostały zatrzymane przez zarząd Portu w Abbenay. Port znajdował się pod bezpośrednią kontrolą KPR — ponieważ jego funkcjonowanie wymagało koordynacji działań wielu syndykatów — toteż niektórzy z koordynatorów musieli znać ajoński. Zarządcy owi, posiadający specjalną wiedzę, zajmujący ważne stanowiska, mieli skłonność do nabywania mentalności biurokratów: automatycznie odpowiadali „nie”. Podejrzliwym okiem spoglądali na listy do matematyków, które wyglądały na pisane szyfrem, a nikt nie był w stanie zapewnić ich, że tak nie jest. Listy do fizyków przepuszczano, jeśli wyraził zgodę pełniący funkcję konsultanta Sabul. Ten zaś nie zezwalał na wysyłanie tych, które traktowały o zagadnieniach spoza jego poletka w dziedzinie fizyki następstw. „To nie leży w mojej kompetencji” — pomrukiwał, odsuwając od siebie listy. Szevek mimo to wysyłał listy do zarządu Portu, skąd wracały z adnotacją:

1 ... 35 36 37 38 39 40 41 42 43 ... 95
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)