Inny wiatr [The Other Wind - pl]
- Автор: Гуин Урсула К. Ле
- Серия: Ziemiomorze #6
- Год: 2001
- Язык: польский
- Год: Pr
- ISBN: 83-7337-353-5
- Переводчик: Paulina Braiter-Ziemkiewicz
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Inny wiatr [The Other Wind - pl]». Краткое содержание книги:
W „Innym wietrze” powracamy do Ziemiomorza, Archipelagu, w którym mieszkają magowie i smoki, i do bohaterów znanych z poprzednich tomów: Geda, Tenar, Tehanu, Arrena, Irian… Czas bowiem połączyć rozproszone wątki, czas pokazać, ku czemu wiodło przeznaczenie.
— Czy to prawda — spytał cicho — że smoki potrafią skłamać w Prawdziwej Mowie?
Palnijczyk uśmiechnął się.
— Tak, a przynajmniej tak mówimy na Palnie. Dokładnie tak brzmiało pytanie, które Oth zadał Ormowi tysiąc lat temu pośród ruin Ontuego. „Czy smok może kłamać?” — zapytał mag, a Orm odpowiedział: „Nie”, po czym owionął go ogniem i spalił na popiół… Czy jednak mamy wierzyć w tę opowieść, skoro mógł ją powtórzyć tylko Orm?
Nieskończone są spory magów, rzekł w duchu Olcha.
Onyks na dobre zasnął, opierając głowę o burtę. Jego poważna, napięta twarz odprężyła się, rozpogodziła.
— Olcho — jeszcze ciszej niż zwykle odezwał się Seppel — mam nadzieję, że nie żałujesz tego, co uczyniliśmy w Aurun. Nasz przyjaciel uważa, iż nie dość wyraźnie cię ostrzegłem.
— Jestem zadowolony — odparł bez wahania Olcha. Seppel skłonił swą ciemną głowę.
— Wiem, że próbujemy zachować Równowagę — ciągnął Olcha po chwili — lecz Moce Ziemi mają własne zamysły.
— A ludziom trudno pojąć ich osąd.
— Istotnie. Próbuję zrozumieć, czemu właśnie mój dar był ceną za spokój. Czemu musiałem z niego zrezygnować, by uwolnić się od tego snu. Co miały ze sobą wspólnego?
Jakiś czas Seppel milczał. W końcu odpowiedział pytaniem.
— Czyż nie dzięki swej sztuce znalazłeś się przy kamiennym murze?
— Nie — odparł z całkowitą pewnością siebie Olcha. — Nigdy nie zdołałbym tam dotrzeć, nawet gdybym chciał. Tak jak nie potrafiłem utrzymać się z daleka.
— Jak zatem się tam znalazłeś?
— Wezwała mnie żona, a moje serce poszło ku niej.
Długa chwila ciszy.
— Inni mężczyźni także tracili ukochane żony — rzekł w końcu mag.
— Tak właśnie powiedziałem panu Krogulcowi, a on odrzekł: To prawda, mimo wszystko jednak więź łącząca prawdziwych kochanków najbliższa jest temu, co możemy nazwać wiecznością.
— Poza kamiennym murem nie istnieją więzi.
Olcha spojrzał na czarnoksiężnika, prosto w jego śniadą, łagodną, mądrą twarz.
— Ale czemu? — spytał.
— Śmierć zrywa wszystkie więzi.
— Czemu więc umarli nie umierają?
Seppel wzdrygnął się wyraźnie.
— Przepraszam — dodał Olcha. — W swej ignorancji źle się wyraziłem. Chodzi mi o to: śmierć zrywa więź łączącą duszę z ciałem. Ciało umiera, powraca do ziemi. Lecz duch musi udać się do owej mrocznej krainy i przyodziany w pozorne ciało trwać tam — jak długo? Na zawsze? W pyle i mroku, bez światła, miłości, radości. Nie potrafię znieść myśli, że Lilia także tam jest. Dlaczego? Czemu nie może — jego głos załamał się lekko — być wolna?
— Bo tam nie wieje wiatr — odparł Seppel. Jego twarz miała dziwny wyraz, głos zabrzmiał szorstko. — Nie dopuszcza go tam ludzka sztuka.
Nadal patrzył na Olchę, lecz dopiero stopniowo zaczął go widzieć. Jego twarz i oczy się zmieniły. Uniósł wzrok ku wdzięcznej, białej krzywiźnie żagla wypełnionego północno-zachodnim wiatrem.
— Wiesz o tych sprawach równie wiele jak ja, przyjacielu — powiedział ze swą zwykłą łagodnością. — Ty jednak pojmujesz to wszystko całym sobą, czujesz to w swym ciele, krwi, biciu serca. Ja znam tylko słowa, stare słowa… Lepiej zatem dotrzyjmy na Roke. Może tamtejsi mędrcy zdołają powiedzieć nam to, co musimy wiedzieć. A jeśli nie, może uczynią to smoki. Albo może ty wskażesz nam drogę.
— Zupełnie jakby ślepy zawiódł widzących na skraj przepaści — Olcha roześmiał się.
— Tyle że my stoimy już na jej brzegu, a oczy mamy zamknięte — odparł czarnoksiężnik z Palnu.
Lebannen miał wrażenie, że statek jest zbyt mały, by pomieścić dręczący go ogromny niepokój. Kobiety siedziały pod swoim daszkiem, magowie pod swoim niczym kaczki w rzędzie, a on bez końca krążył po pokładzie, zniecierpliwiony ograniczeniami przestrzeni. Miał wrażenie, jakby to jego niecierpliwość, nie wiatr, popycha „Delfina” na południe, szybko, lecz nie dość szybko. Chciał, by podróż dobiegła już końca.
— Pamiętasz flotę w drodze na Wathort? — spytał Tosla. Razem stali obok sternika, patrząc na mapę i na rozciągające się przed dziobem pogodne morze. — Wspaniały widok, trzydzieści statków płynących burta w burtę.
— Żałuję, że nie na Wathort płyniemy — odparł Lebannen.
— Nigdy nie lubiłem Roke — zgodził się Tosla. — Już dwadzieścia mil od brzegu nie uświadczysz uczciwego wiatru ani prądu, wyłącznie czary. A skały na południu nigdy nie są w tym samym miejscu. W mieście zaś roi się od oszustów i zmiennokształtnych. — Splunął fachowo na zawietrzną. — Wolałbym już spotkać się znów ze starym Rzeźnikiem i jego handlarzami niewolników.
Lebannen przytaknął, nie odpowiedział jednak. Dlatego właśnie cenił sobie towarzystwo Tosli. Kapitan mówił często dokładnie to, co Lebannen czuł, i wyrażał to lepiej, niż on by potrafił.
— Kim był ten człowiek, niemowa, który zabił na murze Sokoła? — spytał Tosla.
— Egre, pirat, który zajął się handlem niewolnikami.
— On cię znał. Już wtedy, pod Sorrą, rzucił się wprost na ciebie. Wciąż zastanawiam się dlaczego.
— Bo kiedyś wziął mnie w niewolę.
Niełatwo było zaskoczyć starego marynarza, teraz jednak Tosla spojrzał na króla z otwartymi ustami. Wyraźnie nie wierzył, lecz nie potrafił się do tego przyznać, toteż milczał. Lebannen przez chwilę napawał się efektem swoich słów. W końcu pożałował kapitana.
— Gdy Arcymag zabrał mnie ze sobą na poszukiwania Coba, najpierw popłynęliśmy na południe. Kiedy dotarliśmy do Hort, pewien człowiek zdradził nas i sprzedał handlarzom niewolników. Ogłuszyli Arcymaga, a ja uciekłem, myśląc, że odciągnę ich od niego. Ale im chodziło o mnie, nadawałem się na sprzedaż. Obudziłem się w łańcuchach, na pokładzie galery zmierzającej na Sowi. Nim jeszcze minęła noc, Arcymag mnie uratował. Kajdany spadły z nas niczym suche liście. A potem powiedział Egre’owi, by zamilkł, póki nie znajdzie czegoś wartego powiedzenia… Przybył na galerę niczym światło jaśniejące nad wodą. Wcześniej nie wiedziałem, kim jest naprawdę.
Tosla dobrą chwilę przetrawiał jego słowa.
— Uwolnił wszystkich niewolników? Czemu pozostali nie zabili Egre’a?
— Może zabrali go na Sowl i sprzedali?
Kapitan zastanawiał się jeszcze moment.
— I dlatego tak bardzo zależało ci na zakończeniu handlu niewolnikami?
— Owszem, to jeden z powodów.
— Taki fach raczej nie poprawia charakteru — zauważył Tosla. Spojrzał na mapę Morza Najgłębszego przypiętą do deski po lewej ręce sternika. — Wyspa Way — mruknął. — Stąd pochodzi kobieta-smok.
— Zauważyłem, że jej unikasz.
Tosla ściągnął wargi, choć na pokładzie statku nigdy nie gwizdał.
— Znasz tę piosenkę, o której wspominałem? O dziewce z Belilo. Zawsze uważałem, że to zwykła bajka, póki jej nie zobaczyłem.
— Na pewno cię nie zje, Toslo.
— To byłaby piękna śmierć — odparł kwaśno marynarz.
Król roześmiał się.
— Nie prowokuj szczęścia.
— Nie ma obaw.
— Rozmawialiście przecież lekko, swobodnie. Zupełnie jakbyś próbował zaprzyjaźnić się z wulkanem. Ale wiesz co, chętnie obejrzałbym sobie ów prezent, który przysłali ci Kargowie. Sądząc po stopach, wart jest zobaczenia. Lecz jak wyciągnąć go z namiotu? Stopy są świetne, chętnie obejrzałbym kawałek kostki.