Inny wiatr [The Other Wind - pl]
- Автор: Гуин Урсула К. Ле
- Серия: Ziemiomorze #6
- Год: 2001
- Язык: польский
- Год: Pr
- ISBN: 83-7337-353-5
- Переводчик: Paulina Braiter-Ziemkiewicz
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Inny wiatr [The Other Wind - pl]». Краткое содержание книги:
W „Innym wietrze” powracamy do Ziemiomorza, Archipelagu, w którym mieszkają magowie i smoki, i do bohaterów znanych z poprzednich tomów: Geda, Tenar, Tehanu, Arrena, Irian… Czas bowiem połączyć rozproszone wątki, czas pokazać, ku czemu wiodło przeznaczenie.
— Stawiałyśmy wyspy, ale przegrywamy z Tehanu — oznajmiła Irian. — Kargowie zdobyli już Ark i Hien.
Księżniczka opuściła szal. Z rezolutną miną siedziała naprzeciw Lebannena, potwornie spięta, niczym młody szermierz przed pojedynkiem. W cieple kabiny wszystkie chodziły boso, z odsłoniętymi ramionami, lecz jej skrępowanie z powodu niezakrytej twarzy przyciągało jego uwagę niczym magnes szpilkę.
— Przepraszam, że tak kołysze — powtórzył idiotycznie i odwracając się, usłyszał ich śmiech.
Wrócił na swoje miejsce obok sternika. Spoglądając w wietrzną deszczową ciemność rozświetlaną kapryśnymi odległymi błyskawicami, wciąż przed oczami miał kobiecą kabinę — czarny wodospad włosów Tehanu, czuły ironiczny uśmieszek Tenar, kości na stole, krągłe ramiona księżniczki (w blasku lampy miały barwę miodu). Jej szyja w cieniu włosów, choć nie pamiętał, by w ogóle patrzył na jej ramiona i szyję. Wyłącznie na twarz. Oczy pełne uporu, patrzące wyzywająco, z rozpaczą. Czego ona się bała? Czyżby sądziła, że chce ją skrzywdzić?
Na południowym niebie zalśniły pierwsze gwiazdy. Lebannen wrócił do zatłoczonej kabiny, rozwiesił sobie hamak, bo koje były już pełne, i przespał się kilka godzin. Ocknął się przed świtem, dalej dręczony niepokojem, i wrócił na pokład.
Dzień był pogodny i spokojny, zupełnie jakby w nocy nie szalała burza. Lebannen przy relingu na dziobie patrzył, jak pierwsze promienie słońca muskają taflę wody. Nagle przypomniał sobie starą pieśń:
Był to fragment kołysanki z jego dzieciństwa, więcej nie pamiętał. Melodia brzmiała słodko. Lebannen zanucił ją cicho, pozwalając, by wiatr porywał mu słowa z ust.
W drzwiach kabiny stanęła Tenar, dostrzegła go i podeszła bliżej.
— Dzień dobry, mój miły panie — rzekła.
Powitał ją ciepło. Pamiętał, że gniewał się na nią, ale nie pamiętał czemu i jak to w ogóle możliwe.
— Czy wczoraj zdobyłyście Havnor dla Kargów? — zapytał.
— Nie, możesz zatrzymać Havnor. Poszłyśmy spać. Młode panny wciąż jeszcze drzemią. Czy dziś, jak to się mówi, zastukamy do Roke?
— Przybijemy do Roke? Nie, dopiero jutro rano. Przed południem powinniśmy znaleźć się w porcie Thwil. Jeśli dopuszczą nas do wyspy.
— To znaczy?
— Roke broni się przed niechcianymi gośćmi.
— Och, Ged wspominał mi o tym. Był kiedyś na statku i próbował tam dopłynąć, ale posłali przeciw niemu wiatr. Wiatr z Roke, tak to nazywał.
— Przeciw niemu?
— To było dawno temu. — Widząc pełną niedowierzania minę Lebannena, uśmiechnęła się radośnie. Tak bardzo nie chciał, by ktokolwiek wyrządził kiedykolwiek afront Gedowi. — Był wtedy jeszcze chłopcem i igrał z ciemnością. Tak powiedział.
— Gdy był mężczyzną, nadal z nią igrał.
— Teraz tego nie robi — odparła błogo Tenar.
— Nie, teraz my musimy się tym zająć. Chciałbym wiedzieć, z czym mamy do czynienia. Jestem przekonany, iż wszystko zmierza do wielkiej przemiany, tak jak przepowiadał Ogion, tak jak Ged powiedział Olsze. I jestem też pewien, że musimy stawić czoło owej przemianie na Roke. Poza tym jednak nie wiem niczego. Nie mam pojęcia, z czym przyjdzie się nam zmierzyć. Gdy Ged zabrał mnie do mrocznej krainy, znaliśmy naszego wroga. Kiedy powiodłem flotę na Sorrę, wiedziałem, jakie zło zamierzam naprawić. Ale teraz… Czy smoki to nasi wrogowie, czy sojusznicy? Co się stało? Co musimy zrobić bądź zniszczyć? Czy Mistrzowie Roke zdołają nam powiedzieć? A może zwrócą przeciw nam swój wiatr?
— W obawie przed…?
— W obawie przed smokiem. Tym, którego znają. Albo którego nie znają…
Tenar spoważniała, lecz powoli jej twarz rozjaśnił uśmiech.
— Niezłą przywozisz im zbieraninę. Nękany koszmarami czarownik, czarnoksiężnik z Palnu, dwa smoki i dwie Kargijki. Jedyni godni szacunku pasażerowie na tym statku to ty i Onyks.
Lebannen nie potrafił się zaśmiać.
— Gdyby tylko on był z nami — rzekł.
Tenar położyła mu dłoń na ramieniu. Zaczęła coś mówić, umilkła. Nakrył dłonią jej rękę. Stali tak długą chwilę w milczeniu, obok siebie, patrząc na roztańczone morze.
— Księżniczka chce ci coś powiedzieć, nim dotrzemy na Roke — oznajmiła Tenar. — To historia z Hur-at-Hur. Tam na pustyni ludzie pamiętają rzeczy, które sięgają w przeszłość dalej niż cokolwiek, co zdarzyło mi się słyszeć, poza opowieścią kobiety z Kemay. Ma to coś wspólnego ze smokami. Zechcesz ją wezwać, by nie musiała prosić?
Świadom ostrożności i troski, z jaką mówiła, przez moment poczuł ukłucie zniecierpliwienia, wstydu. Patrzył, jak daleko na południu po morzu wędruje galera zmierzająca na Kemay bądź Way — maleńki jasny rozbłysk pośród fal.
— Oczywiście — rzekł. — Kolo południa?
— Dziękuję.
Koło południa Lebannen posłał młodego marynarza do kabiny z prośbą, by księżniczka przyszła do króla na pokład. Pojawiła się natychmiast, a że statek miał zaledwie pięćdziesiąt stóp długości, Lebannen mógł obserwować, jak zbliża się ku niemu. Droga nie była długa, choć może dla niej taką się wydawała, albowiem próg kabiny przekroczył nie gładki czerwony walec, lecz wysoka młoda kobieta. Miała na sobie miękkie białe spodnie, długą koszulę o barwie dymnej czerwieni i złoty diadem na głowie podtrzymujący bardzo cienki czerwony welon zasłaniający włosy i twarz. Welon trzepotał, unoszony powiewami morskiego wiatru. Młody marynarz przeprowadził księżniczkę pośród licznych przeszkód zakamarkami wąskiego zatłoczonego pokładu. Księżniczka stąpała powoli i dumnie. Była bosa. Wszystkie oczy na pokładzie skierowały się wprost na nią.
W końcu dotarła na dziób i przystanęła.
Lebannen ukłonił się.
— Twoja obecność przynosi nam zaszczyt, księżniczko.
Odpowiedziała głębokim dygnięciem z wyprostowaną głową i plecami.
— Dziękuję.
— Mam nadzieję, że w nocy nie chorowałaś.
W odpowiedzi położyła dłoń na amulecie, który zawiesiła sobie na szyi, małej kostce okręconej czymś czarnym.
— Kerez akath akatharwa erevi — powiedziała. Wiedział, że po kargijsku słowo akath oznacza maga bądź magię.
Wszędzie wokół dostrzegał oczy, oczy w mrocznych kątach, pośród olinowania, w żaglach, oczy zwiastujące przyszłość, błyszczące, przenikliwe.
— Zechcesz pójść na przód statku? Może wkrótce ujrzymy Roke — zaproponował, choć nie istniała najmniejsza szansa, by przed porankiem zobaczyli wyspę.
Poprowadził ją, podsuwając rękę pod jej łokieć, nie dotykając jej jednak. Pokonali wzniesienie pokładu aż na sam dziób, gdzie pomiędzy kabestanem, bukszprytem i relingiem pozostał niewielki trójkątny podest. Naprawiający na nim liny marynarz odbiegł pospiesznie. Zostali sami. Wciąż byli obserwowani, mogli jednak odwrócić się plecami do załogi. Królowie i książęta nie mogą liczyć na większą prywatność.
Księżniczka zwróciła się twarzą ku niemu i podniosła welon. Lebannen zamierzał spytać, co może dla niej zrobić, lecz nagle pytanie to wydało się pozbawione sensu, nieważne. Milczał.
— Panie królu — rzekła. — Na Hur-at-Hur jestem feyagat. Na Roke mam być córką króla Kargadu. Nie będę więc feyagat. Mam gołą twarz. Jeśli to cię raduje.