Bogowie, honor, Ankh-Morpork [Jingo - pl]
- Автор: Пратчетт Теренс Дэвид Джон
- Год: 2005
- Язык: польский
- Год: Pr
- ISBN: 978-83-7469-032-4
- Переводчик: Piotr W. Cholewa
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Bogowie, honor, Ankh-Morpork [Jingo - pl]». Краткое содержание книги:
Zdjęła wąską skórzaną obrożę, na której wisiała jej odznaka, i wręczyła ją Marchewie.
— Nie martw się. Gdyby przyszło do najgorszego, wyskoczę za burtę.
— Do rzeki?
— Nawet rzeka Ankh nie zdoła zabić wilkołaka. — Angua zerknęła na mętne wody. — Prawdopodobnie — dodała.
Sierżant Colon i kapral Nobbs wyszli na patrol. Nie byli całkiem pewni, po co to robią i jak mają reagować, jeśli zauważą przestępstwo — chociaż wiele lat praktyki nauczyło ich nie dostrzegać całkiem poważnych przestępstw. Kierowali się głównie nawykami. Byli strażnikami, więc patrolowali. Nie czynili tego w jakimś celu. Ich patrol był czystą esencją patrolowania.
W marszu Nobby’emu wcale nie pomagał wielki, oprawny w skórę tom, jaki dźwigał.
— Taka wojna przyda się miastu — stwierdził po dłuższej chwili Colon. — Wzmocni ludziom kręgosłupy. Ostatnio wszystko się jakoś psuje.
— Nie tak jak wtedy, kiedy byliśmy dzieciakami, sierżancie.
— Rzeczywiście, nie tak jak wtedy, kiedy byliśmy dzieciakami, Nobby.
— Wtedy ludzie mieli do siebie zaufanie. Zgadza się, sierżancie?
— Ludzie mieli do siebie zaufanie, Nobby.
— Tak, sierżancie. Wiem. I nie musieli zamykać drzwi, prawda?
— Szczera prawda, Nobby. Ludzie zawsze byli gotowi sobie pomagać. I ciągle bywali u siebie nawzajem.
— Zgadza się, sierżancie — rzekł Nobby z przekonaniem. — Pamiętam, że na naszej ulicy nikt nigdy nie zamykał drzwi na klucz.
— To właśnie chciałem powiedzieć. O to chodzi.
— Dlatego że różni dranie kradli nawet zamki.
Colon rozważył sens tego stwierdzenia.
— No tak, ale przynajmniej obrabiali swoich, Nobby. Nie byli przecież cudzoziemcami.
— Fakt.
Szli przez chwilę w milczeniu, każdy pogrążony we własnych myślach.
— Sierżancie?
— Słucham, Nobby?
— Gdzie leży Kusicielia?
— Kusicielia?
— To chyba takie miejsce. Myślę, że jest tam raczej gorąco.
— Ach, Kusicielia… — Colon improwizował rozpaczliwie. — No jasne. To taka okolica w Klatchu. Tak. Dużo piasku. I góry. Eksportują daktyle. A po co ci to wiedzieć?
— Och… tak sobie.
— Nobby?
— Tak, sierżancie?
— Po co dźwigasz tę wielką księgę?
— Ha… Wpadłem na świetny pomysł, sierżancie. Opowiadał pan o tej książeczce pańskiego pradziadka, więc na wypadek gdyby zdarzyły się jakieś walki, wziąłem ten tom od Kotła. To „Księga Oma”. Pięć cali grubości.
— Trochę za duża, żeby ją nosić w kieszeni, Nobby. I żeby ją wozić na wózku też za duża.
— Pomyślałem, że zrobię sobie specjalną uprząż. Nawet wielki łuk może wrazić strzałę nie dalej niż do Apokryfów.
Znajomy zgrzyt sprawił, że unieśli wzrok. Głowa Klatchianina kołysała się na wietrze.
— Może po kufelku? — zaproponował Colon. — Duża Anjie warzy naprawdę niezłe.
— Lepiej nie, sierżancie. Pan Vimes jest w marnym nastroju.
Colon westchnął.
— Masz rację.
Nobby obejrzał się jeszcze na głowę. Była drewniana. Przez dziesięciolecia wielokrotnie ją malowano. Klatchianin uśmiechał się całkiem zadowolony jak na kogoś, kto już nigdy więcej nie będzie musiał kupować koszul.
— Głowa Klatchianina. Mój dziadek mówił, że jego dziadek pamiętał, kiedy jeszcze ciągle była prawdziwa — stwierdził Colon. — Oczywiście, wtedy miała już wielkość orzecha.
— Trochę… brzydko tak nadziać czyjąś głowę jako szyld pubu — uznał Nobby.
— Coś ty, Nobby. To łup wojenny, nie? Jakiś gość wrócił z jakiejś wojny, przywiózł pamiątkę, nabił ją na drąg i otworzył bar. Pod Głową Klatchianina. To ich powinno nauczyć, żeby więcej nie próbowali.
— A ja miałem kłopoty tylko za to, że zwinąłem buty — mruknął Nobby.
— Czasy bardziej…
— A spotkał pan kiedy prawdziwego Klatchianina, sierżancie? — spytał Nobby, kiedy ruszyli spokojną uliczką. — Znaczy, któregoś z tych dzikich?
— No, niby nie… Ale wiesz co? Wolno im mieć po trzy żony! To czysty kryminał, ot co!
— No tak, bo ja tutaj na przykład nie mam ani jednej.
— I jedzą dziwne żarcie. Curry i różne takie.
Nobby zastanowił się.
— Tak jak… jak my, kiedy mamy służbę na nocnej zmianie.
— Nooo… niby taaak… ale nie przyrządzają tego jak trzeba.
— Chodzi panu o taki rzadki sos, żółty jak woskowina z uszu, z groszkiem i rodzynkami, jak zawsze robiła pana mama?
— Właśnie. Można całą noc grzebać w klatchiańskim curry, a nie znajdzie człowiek ani kawałeczka brukwi.
— I jeszcze słyszałem, że jedzą oczy owiec — oświadczył Nobby, międzynarodowy gastro-gnom.
— Otóż to.
— A nie porządne, normalne żarcie, jak jagnięce jądra albo żołądki.
— No… właśnie.
Colon miał wrażenie, że ktoś tu z niego pokpiwa.
— Słuchaj, Nobby, kiedy się człowiek zastanowi na poważnie, to oni nie są właściwego koloru, i tyle.
— Świetnie, że na to wpadłeś, Fred — pochwalił go Nobby z takim przekonaniem, że Colon był niemal pewien jego szczerości.
— No, to oczywiste — stwierdził.
— Eee… a jaki jest ten właściwy kolor? — spytał Nobby.
— Biały, oczywiście!
— Czyli nie ceglastoczerwony? Bo wiesz, ty…
— Czy wy mnie podpuszczacie, kapralu Nobbs?
— Ależ skąd, sierżancie. No więc… jakiego koloru ja jestem?
Sierżant Colon musiał się zastanowić. W różnych miejscach kaprala Nobbsa można było znaleźć odcienie właściwe dla każdej strefy klimatycznej Dysku i jeszcze kilka innych, opisywanych jedynie w specjalistycznych książkach medycznych.
— Biały to… biały to stan, no wiesz… umysłu — powiedział w końcu. — To jakby… codziennie wykonywać godziwą pracę za godziwą płacę, takie rzeczy. I myć się regularnie.
— A nie lenić się całymi dniami i takie tam?
— Tak.
— Albo… powiedzmy… pracować na okrągło, jak Goriff.
— Nobby…
— I nigdy się nie widziało tych jego dzieciaków w brudnych ubra…
— Nobby, chcesz tylko mnie wkurzyć, co? Przecież sam wiesz, że jesteśmy lepsi od Klatchian, zgadza się? Zresztą jak mamy z nimi walczyć, to jeszcze mogą cię zamknąć za takie wywrotowe gadanie.
— A będziesz z nimi walczył, Fred?
Fred Colon poskrobał się po brodzie.
— Wiesz, jako doświadczony wojskowy, przypuszczam, że będę musiał…
— I co zrobisz? Wstąpisz do jakiegoś regimentu i pójdziesz na front?
— No, jak by tu… Moja mocna strona to szkolenie, więc pewnie lepiej będzie, jeśli zostanę tutaj i będę ćwiczył rekrutów.
— Tutaj na tyłach, można to określić?
— Każdy musi wypełnić swój obowiązek, Nobby. Gdyby to ode mnie zależało, poleciałbym tam jak strzała, żeby dać Rysiowi Klatchysiowi posmakować zimnej stali.
— A tymi ich ostrymi jak brzytwy mieczami wcale byś się nie przejmował?
— Śmiałbym się z nich pogardliwie, Nobby.
— Ale przypuśćmy, że Klatchianie zaatakują tutaj. Wtedy znajdziesz się na froncie, a front będzie na tyłach.
— Wiesz, postaram się ustawić tak jakby na środku.
— Na środku frontu czy…
— Panowie!
Obejrzeli się i zobaczyli, że podąża za nimi człowiek średniego wzrostu, ale z niezwykłą głową. Nie o to chodzi, że wyłysiał — miał bardzo dużo włosów, długich i kędzierzawych, sięgających mu prawie do ramion. Broda była tak obfita, że mógłby w niej ukryć kurczaka. Ale głowa zwyczajnie wyrastała spośród tych włosów jak dziwna kopuła.