Niewidoczni Akademicy [Unseen Academicals - pl]
- Автор: Пратчетт Теренс Дэвид Джон
- Год: 2010
- Язык: польский
- Год: Pr
- ISBN: 978-83-7648-377-1
- Переводчик: Piotr W. Cholewa
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Niewidoczni Akademicy [Unseen Academicals - pl]». Краткое содержание книги:
— Jasne — rzekła sherry do Glendy. — Zastanawiałaś się, dokąd cię dzisiaj doprowadzę, i oto jesteśmy. Podziwiaj ten widok. Co teraz zrobisz?
— Dwadzieścia pięć dolarów — odparła Glenda.
Pepe znowu klepnął własne policzki.
— Tak! — wrzasnął. — Tak!
— I zniżkę w sklepie.
Madame rzuciła jej przeciągłe spojrzenie.
— Przepraszam na chwilę — powiedziała.
Chwyciła Pepe za ramię i z pewnym pośpiechem zaciągnęła go do kąta. Glenda nie słyszała, o czym mówią, gdyż zagłuszał ich ktoś wbijający nity i ktoś, kto właśnie dostał histerii. Madame wróciła po chwili, uśmiechając się sztucznie. Pepe wlókł się za nią.
— Za dziesięć minut zaczynamy pokaz, a moja najlepsza modelka upuściła sobie kilof na nogę. Przyszłe angaże będziemy negocjować od nowa. I czy mógłbyś tak nie podskakiwać, Pepe?
Glenda zamrugała.
Nie wierzę w to, co właśnie zrobiłam, myślała. Dwadzieścia pięć dolarów za włożenie jakichś kiecek… To więcej, niż ja zarabiam przez miesiąc! To niesprawiedliwe!
A sherry pytała:
— Co właściwie ci się nie podoba? Czy ubrałabyś się w kolczugę i paradowała przed jakimiś obcymi za dwadzieścia pięć dolarów?
Glenda zadrżała.
Na pewno nie, pomyślała.
— No to sama widzisz — stwierdziła sherry.
Ale to się skończy łzami, uznała Glenda.
— Nie. Uważasz tak, bo sobie myślisz, że powinno — przekonywała sherry. — Sama wiesz, że za dwadzieścia pięć dolarów dziewczyna może zrobić o wiele gorsze rzeczy, niż włożyć na siebie jakieś ubranie. Na przykład je zdjąć.
Ale co powiedzą sąsiedzi, brzmiał ostatni, rozpaczliwy argument Glendy.
— Mogą sobie wsadzić te swoje uwagi — odparła sherry.
— A zresztą przecież się nie dowiedzą, nie? Siostry Dolly nie robią zakupów na Pale, za bardzo tu dostojnie. Pomyśl, chodzi o dwadzieścia pięć dolarów. Dwadzieścia pięć dolarów za coś, przed czym nie mogłabyś jej teraz powstrzymać nawet kawałkiem ołowianej rurki. Spójrz tylko na jej twarz! Wygląda, jakby wewnątrz ktoś zapalił latarnię.
To była prawda.
No dobrze, niech już będzie, ustąpiła w duchu Glenda.
— Świetnie — pochwaliła ją sherry. — A przy okazji, czuję się samotnie.
A że taca znowu znalazła się obok jej łokcia, Glenda odruchowo do niej sięgnęła. Juliet otaczały teraz krasnoludy i sądząc z dobiegających słów, odbierała właśnie błyskawiczne szkolenie w sztuce noszenia odzieży. Ale to przecież bez znaczenia, nie? Prawda jest taka, że Juliet wyglądałaby doskonale nawet w worku. W jakiś sposób wszystko pasowało na nią idealnie. Glenda za to nigdy nie znalazła niczego ładnego w swoim rozmiarze, a nawet rzadko znajdowała cokolwiek w swoim rozmiarze. Teoretycznie coś powinno pasować, ale odkrywała jedynie fakty, a te były zupełnie nietwarzowe.
— Przynajmniej mamy dziś ładny dzień — stwierdził nadrektor.
— Chyba będzie padać — mruknął z nadzieją wykładowca run współczesnych.
— Proponuję dwie drużyny po pięciu zawodników w każdej — rzekł Ridcully. — Oczywiście to przyjacielska rozgrywka, tylko żeby wyczuć, o co w tym chodzi.
Myślak Stibbons nie komentował. Magowie kochali rywalizację — była nieodłączną częścią magii. Nie mogli sobie wyobrazić przyjacielskiej potyczki bardziej niż kot przyjacielską mysz. Przed nimi rozciągały się uniwersyteckie trawniki.
— Następnym razem będziemy mieli odpowiednie koszulki — obiecał Ridcully. — Pani Whitlow wydała już polecenia swoim dziewczętom. Panie Stibbons!
— Tak, nadrektorze?
— Będzie pan strażnikiem reguł i ma pan rozstrzygać sprawiedliwie. Ja oczywiście zostanę kapitanem jednej drużyny, a ty, runisto, drugiej. Jako nadrektor proponuję, że najpierw ja wybiorę swoją drużynę, a potem ty będziesz mógł wybrać swoją.
— To nie tak się powinno odbywać, nadrektorze — wtrącił Myślak. — Pan wybiera zawodnika do drużyny, potem on wybiera zawodnika do drużyny, aż w obu drużynach jest dosyć zawodników albo skończą się zawodnicy, którzy nie są tragicznie grubi i nie trzęsą się ze zdenerwowania. Przynajmniej tak to zapamiętałem.
Myślak w latach młodości aż zbyt wiele czasu stał obok grubego dzieciaka.
— No trudno, jeśli tak się to robi, to chyba i my musimy tak zrobić — niechętnie zgodził się nadrektor. — Stibbons, twoim zadaniem będzie karanie drużyny przeciwnej za wszelkie łamanie przepisów.
— Chodziło panu zapewne o to, że mam karać każdą z drużyn, jeśli złamie przepisy, nadrektorze. Musi być sprawiedliwie.
Ridcully patrzył na niego z otwartymi ustami, jakby Myślak właśnie streścił całkowicie mu obcą koncepcję.
— No tak, pewnie musi…
Całkiem sporo magów przybyło tego popołudnia. Jedni z ciekawości, podejrzewając, że obecność tam może się okazać dobra dla kariery, a także w nadziei zobaczenia kilku kolegów sunących po trawie na własnym nosie.
No tak, mruknął w duchu Myślak, kiedy zaczęło się wybieranie. Całkiem jak w szkole, tylko że w szkole nikt nie chciał tego grubego chłopaka. Tutaj, oczywiście, z pewnością nikt nie chciał najgrubszego chłopaka, ale po odejściu dziekana było to nie tak oczywistą kwestią.
Sięgnął pod szatę i wyjął gwizdek, czy też raczej dziadka wszystkich gwizdków, długiego na osiem cali i grubego jak solidna wieprzowa kiełbasa.
— Skąd się to wzięło, panie Stibbons? — zapytał Ridcully.
— Prawdę mówiąc, nadrektorze, znalazłem to w gabinecie zmarłego Evansa Pasiastego.
— Piękny gwizdek…
Było to całkiem niewinne zdanie, które jednak zdołało bezgłośnie przekazać sugestię, że taki piękny gwizdek nie powinien się znajdować w rękach Myślaka Stibbonsa, skoro może się stać własnością, na przykład, nadrektora uniwersytetu. Myślak dostrzegł ją, ponieważ się jej spodziewał.
— Będzie mi potrzebny, by dawać sygnały i kontrolować zachowanie obu drużyn — wyjaśnił z godnością. — Uczynił mnie pan sędzią, nadrektorze, więc obawiam się, że na czas gry to ja… — zawahał się — … można powiedzieć, że tu rządzę.
— Ten uniwersytet ma swoją hierarchię, Stibbons. Rozumiesz to?
— Tak jest, nadrektorze. Ale to jest mecz piłki nożnej. O ile rozumiem, procedura nakazuje położenie piłki na ziemi, a potem, kiedy zagwiżdże gwizdek, obie strony próbują trafić gola drużyny przeciwnej, równocześnie starając się nie dopuścić, by piłka trafiła ich gola. Czy to jasne?
— Wydaje się całkiem proste — stwierdził kierownik studiów nieokreślonych.
Rozległ się chóralny pomruk aprobaty.
— Mimo to jednak, zanim zaczniemy, żądam dmuchnięcia w gwizdek — rzekł Ridcully.
— Oczywiście, nadrektorze, ale potem musi mi pan go oddać. Jestem strażnikiem gry.
Przekazał gwizdek.
Przy pierwszej próbie Ridcully wydmuchał pająka, który od dwudziestu lat wiódł tam niewinny i skromny żywot, i umieścił go na brodzie przechodzącego akurat profesora studiów naturalnych.
Drugie dmuchnięcie poruszyło skamieniały groszek wewnątrz i wypełniło powietrze echami płynnego spiżu. A potem…
Ridcully zamarł. Jego twarz w jednej chwili zaczerwieniła się od szyi w górę. Odgłos nabieranego tchu przywodził na myśl zemstę bogów. Brzuch się powiększył, źrenice zmalały jak główki szpilek, grom przetoczył się nad głową.
Ridcully zaryczał: