Raport “Pelikana” [The Pelican Brief-pl]
- Автор: Гришэм Джон
- Язык: польский
- Жанр: Другие детективы
Электронная книга - «Raport “Pelikana” [The Pelican Brief-pl]». Краткое содержание книги:
Przez pół godziny zżymał się z powodu Garcii, a potem usnął. Spał jak zabity, oddychając miarowo, gdy telefon zadzwonił ponownie. Po omacku podniósł słuchawkę.
– Słucham.
To nie był Garcia. Po drugiej stronie odezwał się kobiecy głos.
– Czy mówię z Grayem Granthamem z “Washington Post”?
– Owszem.
– Czy wciąż zajmuje się pan historią Rosenberga i Jensena?
Usiadł na łóżku i spojrzał na zegarek. Wpół do szóstej.
– To poważna sprawa. Zajmuje się nią wielu ludzi, ale… tak, badam niektóre wątki.
– Czy słyszał pan o raporcie “Pelikana”?
Wziął głęboki oddech i zebrał myśli.
– O raporcie “Pelikana”? – powtórzył. – Nie. A cóż to takiego?
– To taka niewinna teoryjka, przedstawiona w formie raportu, który w zeszłą niedzielę profesor Thomas Callahan zawiózł do Waszyngtonu. Przekazał go swemu przyjacielowi, zatrudnionemu w FBI. Później, o ile wiem, raport krążył po mieście. Potem wypadki zaczęły toczyć się lawinowo i Callahan zginął w zamachu bombowym. W środę jego samochód poleciał do nieba w Nowym Orleanie.
Lampka paliła się już od jakiegoś czasu i Grantham notował.
– Skąd pani dzwoni?
– Z Nowego Orleanu. Z automatu, więc może pan nie zadawać sobie trudu.
– Skąd pani wie o tym wszystkim?
– Jestem autorką raportu.
Resztki snu uleciały. Był całkiem przytomny, miał szeroko otwarte oczy i oddychał szybko.
– Dobrze. Jeśli jest pani autorką, proszę mi o nim opowiedzieć.
– W ten sposób nie da się tego zrobić. Poza tym, nawet gdyby miał pan kopię raportu, nie mógłby pan jej opublikować.
– Założymy się?
– Nie mógłby pan. Teoria wymaga weryfikacji.
– W porządku. Ma pani na myśli Klan, terrorystę Khamela, Armię Podziemia, Aryjczków i…
– Nic z tych rzeczy. I niech pan o nich zapomni. To nie oni. Według mojej teorii wszystkie nici trzyma ktoś, kto stoi z boku.
Przechadzał się po pokoju ze słuchawką przy uchu.
– Dlaczego nie może mi pani powiedzieć, kto to jest?
– Może później. Ma pan swoje źródła. Przekonamy się, co pan potrafi.
– Sprawę Callahana da się łatwo sprawdzić. Wystarczy jeden telefon. Niech mi pani da dwadzieścia cztery godziny.
– Spróbuję zadzwonić w poniedziałek rano. Jeśli mamy ze sobą współpracować, panie Grantham, musi mnie pan czymś zadziwić. Niech pan wygrzebie coś, czego nie wiem, i powie mi o tym w poniedziałek.
– Czy coś pani grozi? – spytał.
– Tak sądzę. Ale na razie nic mi nie jest.
Miała młody głos. Oceniał ją na dwadzieścia parę lat. Napisała raport. Znała profesora prawa.
– Jest pani adwokatem?
– Nie. I proszę nie marnować czasu na uganianie się za mną. Ma pan robotę do wykonania, panie Grantham. Jeśli nic od pana nie dostanę, zgłoszę się do kogoś innego.
– W porządku. Będzie pani potrzebne nazwisko.
– Mam je.
– Chodziło mi o pseudonim.
– Mam się bawić w tajniaka? A zresztą, to może być zabawne…
– Więc niech pani coś wymyśli albo poda mi prawdziwe dane.
– Sprytne zagranie, panie Grantham. Dobrze, niech będzie “Pelikan”.
Jego rodzice byli dobrymi irlandzkimi katolikami, lecz Thomas porzucił kościół wiele lat temu. Tworzyli ładną parę, pełną godności w żałobie. Byli opaleni i dobrze ubrani. Callahan rzadko o nich wspominał. Szli, trzymając się pod ręce, na czele rodziny przez nawę kaplicy uniwersyteckiej. Brat z Mobile był niższy od Thomasa i wyglądał o wiele starzej. Thomas mówił, że to przez alkohol.
Już od półgodziny kaplica zapełniała się studentami i wykładowcami uniwersytetu. Drużyna Tulane grała dzisiaj mecz i w kampusie zostało sporo ludzi. Na ulicy stał wóz reporterski telewizji. Kamerzysta – utrzymując stosowną odległość – filmował wejście do kaplicy. Kampusowy strażnik miał go cały czas na oku i nie pozwalał wejść dalej.
Darby siedziała w ciemnej sali na drugim piętrze Kolegium Newcomba i przez szybę obserwowała krążących przed kaplicą znajomych, którzy szeptem wymieniali uwagi i dopalali papierosy. Bardzo dziwnie prezentowali się w garniturach, krawatach, sukniach i butach na wysokim obcasie. Pod krzesłem leżały cztery gazety. Przeczytała je i rzuciła na podłogę. Tkwiła tu już od dwóch godzin. Było to jedyne miejsce, gdzie mogła się ukryć. Źli faceci na pewno myszkują po krzakach wokół kaplicy. Przyszła bardzo wcześnie, wyjdzie, gdy wszyscy się rozejdą. Potem zniknie. Jeśli ją znajdą, niech zrobią to szybko i niech wreszcie wszystko się skończy!
Ścisnęła pogniecioną papierową chustkę i otarła oczy. Łzy napływały same i nie potrafiła ich powstrzymać. Żałobnicy weszli do środka, samochód telewizji odjechał. W gazetach napisali, że to tylko uroczystość żałobna, a pogrzeb odbędzie się później. W kaplicy nie było trumny.
Zastanawiała się, czy nie wykorzystać tej chwili na ucieczkę – wynająć samochód i udać się na lotnisko Baton Rouge. Mogłaby wyjechać z kraju, zaszyć się w Montrealu albo Calgary i odczekać z rok, dopóki sprawca i jego mocodawcy nie zostaną ujęci.
Były to jednak tylko marzenia. Sprawiedliwości nie stanie się zadość, jeśli Darby zniknie. Wiedziała więcej niż ktokolwiek inny. Federalni byli już blisko i nagle wycofali się, a teraz ganiają nie wiadomo za kim. Verheek niczego nie załatwił, choć jest tak blisko dyrektora. Thomas zginął, jej własne życie wisi na włosku. Wiedziała, kto stoi za morderstwami Rosenberga, Jensena i Callahana, co stawiało ją w wyjątkowym i bardzo niebezpiecznym położeniu.
Pochyliła się nagle. Łzy na jej policzkach obeschły. Oto i on! Szczupły mężczyzna o pociągłej twarzy! Miał na sobie marynarkę i krawat – ubiór stosowny do okazji. Szedł szybko w stronę kaplicy. Tak, to był on! Ostatnio widziała go w Sheratonie… Kiedy to było…? W czwartek rano. Rozmawiała z Verheekiem, kiedy ten gość pojawił się w foyer, szukając jej wśród turystów.
Zatrzymał się przy drzwiach i szarpnąwszy głową spojrzał nerwowo za siebie. Gnojek, partacz! Przez kilka sekund przyglądał się samochodom zaparkowanym niewinnie na ulicy, niecałe pięćdziesiąt jardów od miejsca, gdzie stał. Otworzył drzwi i wszedł do środka. Cudownie! Skurwysyny bez serca! Najpierw go zabili, a teraz oddają mu ostatni hołd!
Dotknęła nosem szyby. Samochody stały zbyt daleko, ale była pewna, że w jednym z nich siedzi wspólnik Chudego. Musieli już zdawać sobie sprawę, że nie jest na tyle głupia i załamana, by wejść do kaplicy i płakać po stracie ukochanego. Wiedzieli o tym. Ścigali ją już przez dwa i pół dnia. Nie miała ochoty na dalsze łzy.
Dziesięć minut później Chudy wyszedł z kaplicy, zapalił papierosa i z rękoma w kieszeniach przeszedł obok aut, lecz nie zatrzymał się. Gdy zniknął z pola widzenia, otworzyły się drzwi środkowego wozu i wysiadł z niego mężczyzna w zielonej uniwersyteckiej bluzie Tulane. Ruszył za Chudym. Wyglądał jak przeciwieństwo pierwszego: niski, nabity i silny. Prawdziwy tucznik!
Skręcił na chodniczek, którym szedł Chudzielec, i zniknął za kaplicą. Darby zamarła. Po chwili pojawili się z drugiej strony budynku. Szli razem, szeptali, ale nie trwało to długo; Chudy odkleił się od opasa i wrócił do kaplicy. Tucznik rozsiadł się w samochodzie. Pewnie czekał na zakończenie uroczystości, żeby po raz ostatni spenetrować wzrokiem tłum. Baran! Chyba naprawdę mieli ją za idiotkę.