Raport “Pelikana” [The Pelican Brief-pl]
- Автор: Гришэм Джон
- Язык: польский
- Жанр: Другие детективы
Электронная книга - «Raport “Pelikana” [The Pelican Brief-pl]». Краткое содержание книги:
Spojrzał na barmanów; byli młodzi – zapewne studenci. Najstarszy z nich nie miał trzydziestki i wystawiał rachunki tak szybko, jakby za chwilę zamykano knajpę. Śpieszy mu się czy co? Gavin śledził bacznie każdy jego ruch.
Barman rozwiązał nagle fartuch, rzucił go w kąt, pochylił się i zniknął gdzieś w głębi sali. Verheek utorował sobie drogę i złapał go przy kuchennych drzwiach. Trzymał w pogotowiu służbową wizytówkę.
– Przepraszam, chciałbym zamienić z tobą dwa słowa. Jestem z FBI. – Podstawił mu prostokącik pod oczy. – Nazywasz się…?
Chłopak zamarł i spojrzał dziko na Verheeka.
– Eee… Fountain. Jeff Fountain.
– W porządku, Jeff. Posłuchaj, nic się nie stało, nie denerwuj się. Zadam ci tylko parę pytań. – Kuchnia była nieczynna już od kilku godzin. Nikt im nie przeszkadzał. – Zajmie nam to minutę.
– No… dobra. O co chodzi?
– Studiujesz prawo, zgadza się? – “Powiedz «tak», błagam!” – zaklinał go w myślach.
– Tak. W Loyola.
Loyola! Niech to cholera!
– Tak właśnie myślałem. Słyszałeś o profesorze Callahanie z Tulane? Jutro jest jego pogrzeb.
– Jasne. Pisano o tym w gazetach. Większość moich kumpli studiuje w Tulane.
– No właśnie. Znasz może Darby Shaw? Bardzo ładna dziewczyna.
Fountain uśmiechnął się.
– Tak, w zeszłym roku chodziła z moim kumplem. Wpada tu czasami.
– Kiedy była ostatnio?
– Przed miesiącem albo dwoma. O co chodzi?
– Musimy z nią porozmawiać. – Wręczył Fountainowi plik wizytówek. – Zatrzymaj je sobie. Przez parę dni będę w Hiltonie. Jeśli ją zobaczysz albo usłyszysz coś o Callahanie, skontaktuj się ze mną.
– Jasne. – Wcisnął wizytówki do kieszeni.
Verheek podziękował mu i wrócił w rozbawiony tłum. Przeciskał się, nadstawiając ucha na strzępki rozmów. Do knajpy wchodziła kolejna grupa młodych ludzi. Dotarł do drzwi. Był już za stary na takie imprezy.
Sześć przecznic dalej zaparkował nieprzepisowo przed budynkiem korporacji studenckiej, tuż obok uniwersytetu. Postanowił, że klub bilardowy będzie ostatnim miejscem, jakie odwiedzi tej nocy. W małej, mrocznej salce nie było tłoczno. Zapłacił za piwo i rozejrzał się wokół. W klubie stały tylko cztery stoły do gry, przy których nic się nie działo. Do baru podszedł jakiś chłopak w podkoszulku i zamówił kolejne piwo. Z przodu jego szarozielonej koszulki widniał napis WYDZIAŁ PRAWA TULANE, a pod spodem chłopak miał wydrukowany numer identyfikacyjny – taki, jakie noszą więźniowie.
– Studiujesz prawo? – zapytał Verheek.
Zagadnięty rzucił na niego okiem i dalej gmerał w kieszeni dżinsów w poszukiwaniu pieniędzy.
– Niestety.
– Znałeś Thomasa Callahana?
– Kim pan jest?
– FBI. Callahan był moim przyjacielem.
Student upił łyk piwa i spojrzał na niego podejrzliwie.
– Chodziłem na jego wykłady z prawa konstytucyjnego.
Bingo! Musiał być w jednej grupie z Darby. Verheek udał brak zainteresowania.
– Znasz Darby Shaw? – zapytał obojętnym tonem.
– Dlaczego pan pyta?
– Musimy z nią porozmawiać. To wszystko.
– Kto musi? – Chłopak stał się jeszcze bardziej podejrzliwy. Zrobił krok w kierunku Gavina.
– FBI – rzucił nonszalancko Verheek.
– Ma pan jakąś odznakę czy coś takiego?
– Jasne – odparł i wyciągnął z kieszeni wizytówkę. Student przeczytał uważnie nadruk i oddał mu kartonik. – Pan jest prawnikiem, a nie agentem.
Bardzo rozsądna uwaga. Radca prawny Verheek wiedział, że straci pracę, jeśli jego szef usłyszy, że sam prowadzi śledztwo i udaje w wolnych chwilach agenta.
– Owszem, jestem prawnikiem. Studiowałem razem z Callahanem.
– Więc dlaczego pyta pan o Darby Shaw?
Barman przysunął się bliżej i nadstawił ucha.
– Znasz ją?
– Nie wiem – odparł chłopak. Było jasne, że doskonale ją zna, ale nie ma zamiaru się przyznać. – Ma jakieś kłopoty?
– Nie. Musisz ją znać.
– Może tak, a może nie…
– Słuchaj, jak się nazywasz?
– Najpierw pokaż pan odznakę, a wtedy powiem, jak się nazywam.
Gavin upił duży łyk z butelki i uśmiechnął się do barmana.
– Muszę z nią porozmawiać. To bardzo ważne. Mieszkam w Hiltonie. Jeśli ją spotkasz, powiedz, żeby do mnie zadzwoniła. – Podał mu wizytówkę. Chłopak jeszcze raz rzucił na nią okiem i odszedł.
O trzeciej Verheek otworzył drzwi do swojego pokoju. Sprawdził, czy były jakieś telefony. Żadnych wiadomości. Darby – gdziekolwiek jest – nie była łaskawa zadzwonić. Zakładając oczywiście, że żyje.
ROZDZIAŁ 20
Garcia zadzwonił przed świtem w sobotę. Umówili się za niecałe dwie godziny na pierwsze spotkanie. Powiedział jednak, że wycofuje się. Mówił, że idą ciężkie czasy. Jeśli sprawa wyjdzie na jaw, pewni bardzo potężni prawnicy i ich niezmiernie bogaci klienci dostaną mocno po łapach, a nie byli to ludzie przyzwyczajeni do połajanek i dlatego pociągną za sobą parę osób. Garcii również może coś się przydarzyć. A ma przecież żonę i maleńką córeczkę. Znosi swoją pracę, ponieważ dużo mu płacą. Po co ryzykować? Niczego złego nie zrobił. Ma czyste sumienie.
– To po co do mnie wydzwaniasz? – spytał Grantham.
– Chyba wiem, dlaczego sędziowie zostali zabici. Nie jestem pewny, ale chyba wiem… Widziałem coś…
– Posłuchaj, Garcia, rozmawiamy w ten sposób od tygodnia. Widziałeś coś albo masz coś, i tak w kółko. To nie ma sensu, chyba że zdecydujesz się pokazać to, co masz. – Grantham otworzył teczkę i wyjął pocztówkowe zdjęcie mężczyzny przy telefonie. – Coś ci powiem: kierujesz się w życiu zasadami moralnymi i dlatego chcesz mówić. Zgadza się, Garcia?
– Owszem, ale może być tak, że oni wiedzą, iż ja wiem. Ostatnio zachowują się jakoś dziwnie, jakby chcieli wybadać, czy to widziałem… Nie mogą zapytać wprost, bo nie są pewni.
– Mówisz o ludziach z twojej firmy?
– Tak… Nie. Zaczekaj! Skąd wiesz, że pracuję w firmie? Nie mówiłem ci tego.
– Nietrudno zgadnąć. Urzędnicy państwowi nie chodzą tak wcześnie do pracy. Pracujesz dla jednej z tych wielkich kancelarii, w których wymaga się od pracowników siedzenia w robocie po sto godzin tygodniowo. Zgadłem? Kiedy dzwoniłeś do mnie po raz pierwszy, mówiłeś, że jedziesz do biura, a była dopiero piąta rano!
– No, no… Co jeszcze wiesz?
– Niewiele. Nie bawmy się w kotka i myszkę, Garcia. Jeśli nie chcesz ze mną rozmawiać, to rozłącz się i daj mi spokój. Przez ciebie nie mogę się wyspać.
– Miłych snów! – Garcia odwiesił słuchawkę.
W ciągu ostatnich ośmiu lat Grantham trzykrotnie zastrzegał swój numer telefonu. Na ogół wtedy, gdy miał już dosyć ustawicznych telefonów. Zwykle po niedługim czasie anulował zastrzeżenie, ponieważ źródłem jego najlepszych materiałów byli czytelnicy “Posta”. Dzwonili do niego w każdej sprawie – on musiał wyczuć, czy historia jest warta uwagi. Wysłuchiwał setek osób, zanim trafił się ktoś interesujący. Ludzie z całym zaufaniem powierzający mu swoje tajemnice wiedzieli, że należy do dziennikarzy, którzy prędzej staną przed plutonem egzekucyjnym, niż ujawnią źródło informacji, wydzwaniali więc w kółko, bez przerwy i zawsze. Gdy miał już tego dosyć, zmieniał numer. I wtedy następowała posucha. Grantham czym prędzej prosił operatora sieci o umieszczenie go w spisie telefonów dystryktu. Teraz znów był w książce. Gray S. Grantham. Jedyny o tym nazwisku. Mogli wprawdzie dzwonić do niego do gazety, gdzie siedział przez dwanaście godzin dziennie, lecz pociągała ich sekretna atmosfera półprywatnych rozmów domowych.