Raport “Pelikana” [The Pelican Brief-pl]
- Автор: Гришэм Джон
- Язык: польский
- Жанр: Другие детективы
Электронная книга - «Raport “Pelikana” [The Pelican Brief-pl]». Краткое содержание книги:
– Dlaczego zamach się nie udał?
– Prosta sprawa: nie wsiadła do samochodu.
– Kto podłożył bombę?
Sneller zawahał się:
– Tego nie mogę wyjawić.
Khamel uśmiechnął się lekko i wyjął z aktówki plan miasta.
– Dobra. Powiedz mi, co znaczą te czerwone kółka.
– Zakreśliliśmy kilka miejsc, które mogą cię zainteresować. Jej mieszkanie, jego mieszkanie, siedziba wydziału prawa, hotele, w których spała, miejsce zamachu, bary, do których chadzają studenci.
– Przez cały czas jest w dzielnicy?
– Mówiłem ci, że jest sprytna. Ma tu tysiące kryjówek.
Khamel wziął do ręki fotografię numer jeden i przeniósł się na drugie łóżko. Podobała mu się ta dziewczyna. Nawet jeśli obcięła włosy i przefarbowała je na czarno, jej twarz nadal była intrygująca. Zabije ją, ale nie będzie to przyjemne.
– Co za strata, nie sądzisz?
– Owszem. Niepowetowana.
ROZDZIAŁ 21
Gavin Verheek był zmęczonym człowiekiem; po dwóch nocach włóczenia się po barach poczuł, że opuszczają go siły.
Pierwszą knajpę zaliczył zaraz po pogrzebie. Spędził w niej siedem godzin. Sączył piwo i dyskutował z “młodymi gniewnymi” o umowach, szacunkach szkód, biurach maklerskich z Wall Street i tym podobnych, nienawistnych mu, sprawach. Zmienił taktykę; domyślił się, że nie powinien przedstawiać się jako agent FBI, zwłaszcza że nie miał przecież odznaki. W sobotni wieczór zaszedł do pięciu albo sześciu barów. Drużyna Tulane znów przegrała, i po meczu speluny zapełniły się rozeźlonymi kibicami. Niczego się nie dowiedziawszy, o północy dał za wygraną.
Gdy zadzwonił telefon, obudził się natychmiast, choć spał twardo, w ubraniu i butach. Rzucił się do aparatu.
– Słucham! Kto mówi?
– Gavin?
– Darby! To ty?
– A któż by inny?
– Dlaczego nie zadzwoniłaś wcześniej?
– Przestań, proszę, zadawać mi te idiotyczne pytania! Dzwonię z automatu, więc mnie nie namierzysz.
– Nie wygłupiaj się, Darby! Przysięgam, że możesz mi zaufać.
– Ufam ci. I co z tego?
Spojrzał na zegarek i zaczął rozsznurowywać buty.
– Jak długo chcesz się ukrywać w Nowym Orleanie?
– Skąd wiesz, że jestem w Nowym Orleanie?
Zaskoczyła go tym pytaniem.
– Owszem, jestem w mieście – dodała. – Zakładam, że chcesz się ze mną spotkać i zaprzyjaźnić, a potem przekonać mnie, żebym, jak to mówicie, przeszła na waszą stronę i uwierzyła, że zaopiekujecie się mną przez resztę życia.
– Zgadza się. Jeśli tego nie zrobisz, za kilka dni będziesz martwa.
– Potrafisz być okrutny, prawda?
– Owszem. Bawisz się w coś, o czym nie masz zielonego pojęcia.
– Kto mnie szuka, Gavin?
– Podejrzewam, że cała masa ludzi.
– Kim oni są?
– Nie wiem.
– Teraz ty się brzydko bawisz, Gavin. Jak mogę ci zaufać, skoro nie chcesz powiedzieć mi prawdy?
– No dobrze. Wydaje mi się, że twój raport bardzo kogoś zaniepokoił. Jak słusznie się domyśliłaś, dostał się w niepowołane ręce i dlatego zabito Thomasa. Ciebie czeka podobny los.
– Wiemy przecież, kto zabił Rosenberga i Jensena, prawda?
– Chyba tak.
– W takim razie dlaczego Biuro nic nie robi?
– Bo komuś bardzo zależy na zatuszowaniu całej sprawy.
– Dzięki, że to powiedziałeś. Bóg zapłać.
– Mogę stracić przez to pracę.
– Uważasz, że doniosę na ciebie? Powiedz mi, kto i co kryje.
– Nie jestem pewny. Zajmowaliśmy się raportem, dopóki nie nacisnął na nas Biały Dom, potem odłożyliśmy go ad acta.
– Rozumiem. Uważają, że mogą mnie zabić i pies z kulawą nogą o tym się nie dowie. Czy tak?
– Nie potrafię na to odpowiedzieć. Być może wydaje im się, że wiesz znacznie więcej.
– Coś ci powiem, Gavin: tuż po wybuchu, kiedy Thomas płonął w samochodzie, a ja leżałam półprzytomna na ziemi, pojawił się jakiś gliniarz. Powiedział, że nazywa się Rupert. Wsadził mnie do samochodu, a potem przyszedł facet w kowbojskich butach… i zaczął zadawać mi pytania. Byłam w szoku, potwornie mnie mdliło… Rupert i kowboj zniknęli, nie widziałam ich później. To nie byli policjanci, Gavin. Ci ludzie podłożyli bombę, a kiedy okazało się, że nie wsiadłam do samochodu, przeszli do realizacji planu B. Wtedy tego nie wiedziałam, ale dzisiaj jestem pewna, że po minucie lub dwóch wpakowaliby mi kulę w głowę…
Verheek słuchał z zamkniętymi oczami.
– Co się z nimi stało?
– Nie wiem. Chyba spłoszyli ich prawdziwi gliniarze. Uciekli. Siedziałam w ich samochodzie, Gavin. Mieli mnie!
– Musisz się zgłosić, Darby! Zrób to, proszę!
– Pamiętasz naszą rozmowę w czwartek rano? Mówiłam ci, że rozpoznałam pewną twarz… Opisałam ci tego faceta…
– Tak, pamiętam.
– Ten sam człowiek był wczoraj na pogrzebie. Razem z przyjaciółmi.
– Byłaś na pogrzebie?!
– Przyglądałam się z daleka. Ten facet był tam. Spóźnił się parę minut, wszedł do kaplicy i po dziesięciu minutach spotkał się z Tucznikiem.
– Z Tucznikiem?
– To jeden z bandy. Tucznik, Rupert, Kowboj i Chudzielec. Wspaniałe postaci! Jestem pewna, że są jeszcze inni.
– Obawiam się, że twoje następne spotkanie z nimi może okazać się ostatnim. Daję ci najwyżej czterdzieści osiem godzin życia, Darby.
– Zobaczymy. Jak długo zostaniesz w mieście?
– Kilka dni. Choć planowałem, że wyjadę stąd dopiero wtedy, gdy cię znajdę.
– Już znalazłeś. Może zadzwonię jutro…
Verheek wziął głęboki oddech.
– Zrobisz, co zechcesz. Uważaj na siebie.
Odłożyła słuchawkę. Gavin cisnął aparat w drugi koniec pokoju. Zaklął.
Dwie przecznice dalej i czternaście pięter wyżej Khamel wpatrywał się w ekran telewizora i mruczał coś pod nosem. Oglądał film o ludziach z wielkiego miasta. Aktorzy mówili po angielsku. Khamel nauczył się tego języka jako trzeciego z kolei i teraz powtarzał każde słowo wspaniałej, idiomatycznej amerykańskiej angielszczyzny. Ćwiczył ten język codziennie. Podstawy poznał, gdy ukrywał się w Belfaście, a przez minione dwadzieścia lat obejrzał tysiące amerykańskich filmów. Jego ulubionym obrazem były Trzy dni Kondora. Oglądał go cztery razy, zanim zrozumiał, kto zabija kogo i dlaczego. Za piątym razem doszedł do wniosku, że nie miałby problemów z wykończeniem Redforda.
Powtarzał głośno każde słowo. Mówiono mu, że jego angielski przypomina nieokreślony dialekt amerykański. Wystarczy jednak jeden błąd językowy, jeden mały lapsus, by dziewczyna spłoszyła się i zapadła pod ziemię.
Volvo stało na parkingu, oddalone o półtorej przecznicy od właściciela, który płacił sto dolarów miesięcznie za miejsce i – jak miał prawo sądzić – ochronę swego mienia. Weszli bez problemów przez bramę, która powinna być zamknięta.
Był to model GL z 1986 roku. Bez alarmu. Otwarcie drzwi od strony kierowcy zajęło kilka sekund. Jeden z mężczyzn usiadł na bagażniku i zapalił papierosa. Dochodziła czwarta rano w niedzielę.
Towarzysz palącego otworzył mały przybornik z narzędziami i zabrał się do pracy przy telefonie samochodowym – udogodnieniu, które swoją yuppiszonowatością wprawiało w zażenowanie Granthama. Lampa pod sufitem dawała dosyć światła i włamywacz pracował szybko. Robota nie była trudna. Rozkręciwszy słuchawkę, umieścił w niej mały nadajnik. Po minucie wysiadł z auta i przykucnął obok tylnego zderzaka. Ten z papierosem podał koledze niewielką czarną kostkę, którą ten przytknął do podwozia za zbiornikiem paliwa. Kostka była namagnesowanym przekaźnikiem wzmacniającym sygnał nadajnika. Działała sześć dni, potem trzeba było ją wymienić.