Raport “Pelikana” [The Pelican Brief-pl]
- Автор: Гришэм Джон
- Язык: польский
- Жанр: Другие детективы
Электронная книга - «Raport “Pelikana” [The Pelican Brief-pl]». Краткое содержание книги:
Słyszała go – nie musiała się oglądać. Był z tyłu, coraz bliżej. Kiedy znalazła się na Bourbon, od Tucznika dzieliło ją pięćdziesiąt stóp. Wyścig dobiegł końca. Ujrzała swoje anioły, wytaczające się hałaśliwie z baru: trzech potężnych młodzieńców ze sporą nadwagą, przystrojonych przeróżnymi czarno-złotymi elementami dekoracyjnymi Saintsów. Gdy do nich podbiegła, kiwali się na jezdni.
– Pomóżcie mi! – wrzasnęła, wskazując ręką Tucznika. – Ten facet mnie goni! Chce mnie zgwałcić! Zatrzymajcie go!
Co za cholera! Zdaje się, że seks na ulicach miasta staje się coraz powszechniejszy, ale niech ich szlag trafi, jeśli ktoś skrzywdzi tę lalunię!
– Proszę, pomóżcie mi! – krzyczała Darby rozpaczliwie.
Nagle na ulicy zrobiło się cicho. Wszyscy zamarli, nawet Tucznik. Nie dał jednak za wygraną, postąpił kilka niepewnych kroków i ruszył do przodu. Trzej święci [7] stanęli przed nim z uniesionymi pięściami i błyszczącymi wściekłością oczyma. Wszystko trwało zaledwie kilka sekund. Tucznik wyrzucił jednocześnie obydwie ręce; prawą trafił w gardło pierwszego, lewą zadał ogłuszający cios prosto w nos drugiego. Obaj junacy pisnęli i osunęli się ciężko na ziemię. Trzeci nie miał jednak zamiaru uciekać. Facet skrzywdził jego kumpli, a nikt nie bije bezkarnie kibiców Saintsów. Tucznik poradziłby sobie z nim bez problemu, gdyby nie to, że pierwszy chwat padając przygwoździł jego stopę, co pozbawiło go równowagi. Szarpnął nogą, a w tym samym czasie pan Benjamin Chop z Thibodaux w Luizjanie kopnął go bez pardonu w krocze. Darby już zdążyła wmieszać się w tłum, gdy posłyszała ryk z bólu swego prześladowcy.
Bijatyka rozgorzała na dobre. Pan Chop kopnął padającego chojraka w żebra. Numer jeden zerwał się z ziemi, po czym z zakrwawioną twarzą i dzikim spojrzeniem dobrał się do Tucznika. Zacisnął potężne łapska na jego dłoniach, otulających mocno nadwerężone jądra, puścił i zaczął kopać, w czym towarzyszył mu klnący na czym świat stoi pan Chop. Wreszcie ktoś krzyknął: “Gliny!” – i to uratowało życie Tucznikowi. Pan Chop i numer jeden pomogli wstać dochodzącemu do siebie numerowi drugiemu i wszyscy trzej zniknęli w czeluściach jakiegoś baru. Tucznik podniósł się chwiejnie i szurając nogami dobrnął do chodnika, jak pies potrącony przez osiemnastokołową ciężarówkę, czołgający się do domu, by tam zdechnąć.
Darby ukryła się w ciemnym kącie pubu przy Decatour, wypiła kawę, a potem piwo. Potem znów kawę i piwo. Ręce jej drżały, żołądek podchodził do gardła. Cudownie pachniały po’boys [8], lecz nie przełknęłaby ani kęsa. Po trzech godzinach, gdy wypiła już trzy piwa i trzy kawy, zamówiła talerz krewetek i wodę mineralną.
Alkohol uspokoił ją nieco, krewetki dodały sił. “Tutaj jestem bezpieczna – myślała. – Obejrzę mecz i zostanę tu, dopóki nie zamkną”.
Przed pierwszym gwizdkiem pub był już pełny. Wszyscy oglądali mecz na szerokim ekranie telewizora wiszącego nad barem i upijali się. Została wielbicielką Saintsów. Miała nadzieję, że jej anioły mają się dobrze i są na stadionie. Tłum wrzeszczał i przeklinał Redskinów.
Siedziała w swoim kąciku długo po przegranej Saintsów, a potem zniknęła w ciemności.
Gdy w którymś momencie Saintsi zaczęli przegrywać czterema golami, Edwin Sneller wyłączył telewizor. Rozprostował nogi, a potem podszedł do aparatu i wykręcił numer telefonu w sąsiednim pokoju.
– Wsłuchuj się w mój angielski – zaczął zabójca. – Zwróć mi uwagę, jeśli nie spodoba ci się moja wymowa.
– Dobrze. Dziewczyna jest w mieście – oznajmił Sneller. – Jeden z naszych ludzi widział ją rano na placu Jacksona. Gonił ją przez trzy przecznice, a potem zgubił.
– W jaki sposób?
– To nieważne. Uciekła mu, ale jest tutaj. Ma bardzo krótkie i bardzo jasne włosy.
– Jasne?
Sneller nie lubił się powtarzać, szczególnie gdy prosił go o to ten przybłęda.
– Mój człowiek mówi, że dziewczyna nie jest już brunetką. Ma jasne, niemal białe włosy. Rano była ubrana w zielone wojskowe spodnie i brązową lotniczą kurtkę. Rozpoznała go jakoś i zwiała.
– Rozpoznała go? Czy to znaczy, że widziała go wcześniej?
– Nie wiem. – Idiotyczne pytanie!
– Jak ci się podoba mój angielski?
– Bez zarzutu. Pod twoimi drzwiami leży wizytówka. Rzuć na nią okiem.
Khamel odłożył na chwilę słuchawkę i podszedł do drzwi. Po chwili wrócił.
– Kto to?
– Verheek to holenderskie nazwisko, ale facet jest Amerykaninem. Pracuje w Waszyngtonie dla FBI. Był przyjacielem Callahana. Razem studiowali prawo w Georgetown. Verheek niósł wczoraj trumnę na pogrzebie, a wieczorem wałęsał się po barach w okolicy uniwersytetu i wypytywał o dziewczynę. Dwie godziny temu nasz człowiek znalazł się w jednym z tych barów i udając agenta federalnego wdał się w rozmowę z barmanem, który studiuje prawo i zna dziewczynę. Oglądali mecz, rozmawiali i chłopak przyniósł mu tę wizytówkę. Verheek mieszka w Hiltonie w pokoju 1909.
– To pięć minut drogi stąd.
– Owszem. Wykonaliśmy kilka telefonów do Waszyngtonu. Facet nie jest agentem. Pracuje jako radca prawny. Znał Callahana i może znać dziewczynę. Wygląda na to, że stara się ją znaleźć.
– A ona wszystko mu opowie, tak?
– Zapewne.
– Co z moim angielskim?
– Możesz się nie martwić.
Khamel odczekał godzinę i wyszedł z hotelu. W marynarce i z krawatem wyglądał jak zwykły spacerowicz przechadzający się o zmroku. Szedł w stronę rzeki. Niósł sportową torbę i palił papierosa. Po pięciu minutach wszedł do foyer Hiltona. Przedarł się przez tłum kibiców wracających do domu po meczu i wszedł do windy. Wysiadł na dwudziestym piętrze i zszedł schodami na dziewiętnaste.
Pod numerem 1909 nikt nie odpowiadał na pukanie. Gdyby przytrzymywane łańcuchem drzwi uchyliły się, przeprosiłby i dodał, że musiał się pomylić. Gdyby drzwi otworzyły się bez łańcucha, a w szparze pojawił się ktoś, kopnąłby go z całej siły i wszedł do środka.
Jego nowy kumpel Verheek szwenda się na pewno po barach, rozdaje wizytówki i błaga studenciaków, żeby opowiedzieli mu o Darby Shaw. Co za debil!
Zastukał ponownie i udając, że czeka na odpowiedź, wsunął pomiędzy drzwi i framugę sześciocalową plastikową linijkę. Przesunął ją delikatnie w dół i zamek odskoczył. Zamki nigdy nie były przeszkodą dla Khamela, który bez klucza potrafił otworzyć i uruchomić każdy samochód w niecałe pół minuty.
Gdy znalazł się w środku, zamknął za sobą drzwi, rozejrzał się i położył torbę na łóżku. Z kieszeni wyciągnął rękawiczki i włożył je starannie jak chirurg. Pistolet i tłumik umieścił na stole.
Telefon nie zajął mu wiele czasu. Podłączył magnetofon do gniazdka pod łóżkiem. Sprawdził, czy miniaturowe urządzenie jest niewidoczne. Dwukrotnie wykręcił numer prognozy pogody i wysłuchał nagrania. Idealnie.
Jego nowy kumpel Verheek był flejtuchem. Większość ubrań była brudna i walała się wokół walizki stojącej na stole. Nawet się nie rozpakował. W garderobie wisiał tandetny pokrowiec na ubrania i samotna koszula.
Khamel zatarł za sobą ślady i usadowił się w zamykanej wnęce na ubrania. Był cierpliwy, potrafił czekać wiele godzin. Na wszelki wypadek miał ze sobą dwudziestkędwójkę. Temu błaznowi mogło strzelić do głowy, żeby zajrzeć do garderoby. Wtedy odstrzeli mu głowę. Jeśli zachowa się przyzwoicie, Khamel tylko posłucha, o czym rozmawia z dziewczyną. Na razie.
ROZDZIAŁ 23
W niedzielę Gavin zrezygnował z chodzenia po barach. Niczego się nie dowiedział. Rozmawiał z Darby, upewnił się, że nie znajdzie jej w mieście, więc gra nie była warta świeczki. Za dużo pił, za dużo jadł i był zmęczony Nowym Orleanem. Miał już zarezerwowany lot późnym popołudniem w poniedziałek, i jeśli Darby nie zadzwoni ponownie, skończy z tą zabawą w detektywa.
[7] Święci – po angielsku: saints (przyp. tłum.) J
[8] Po’boys ew. poor boys – kanapki z bagietki przełożonej siekanym mięsem (przyp. tłum.)