Raport “Pelikana” [The Pelican Brief-pl]
- Автор: Гришэм Джон
- Язык: польский
- Жанр: Другие детективы
Электронная книга - «Raport “Pelikana” [The Pelican Brief-pl]». Краткое содержание книги:
Wszystko zajęło im nie więcej niż siedem minut. W poniedziałek, gdy Grantham znajdzie się w budynku “Posta” przy Piętnastej, wejdą do jego mieszkania i zajmą się telefonem domowym.
ROZDZIAŁ 22
Druga noc w pensjonacie była zdecydowanie lepsza od pierwszej. Darby spała do późna i nie męczyły jej koszmary. Obudziła się wypoczęta. Gdy otworzyła oczy, jej wzrok padł na zasłony wiszące w maleńkim okienku. Z ulgą pomyślała, że tej nocy nie śniły jej się tajemnicze postaci, sunące w ciemności z pistoletami gotowymi do strzału, wyciągające noże, rzucające się na nią. Spała głębokim, twardym snem i sporo czasu zabrało jej dojście do siebie.
Starała się narzucić sobie pewien reżim myślowy. Od czterech dni była “Pelikanem”; jeśli ma dożyć piątego, musi działać i myśleć jak zawodowy morderca. Cztery dni przeżyła na kredyt. Od czterech dni powinna być martwa.
Gdy otwierała oczy i zdawała sobie sprawę, że wciąż żyje i jest bezpieczna, że nie skrzypią drzwi i nie trzeszczy podłoga, a w garderobie nie kryje się podstępny zabójca, kierowała myśli ku Thomasowi. Wstrząs, jaki przeżyła po jego śmierci, mijał. Celowo spychała w najdalsze zakątki umysłu huk wybuchu i dudniący odgłos ognia. Wiedziała, że Callahan zginął w ułamku sekundy i nie cierpiał. Przywoływała w pamięci obraz jego twarzy tuż obok własnej, myślała o szeptach i chichotach, gdy leżeli w łóżku zmęczeni seksem i tulili się do siebie. Thomas uwielbiał się przytulać, uwielbiał podszczypywać ją, całować i pieścić, gdy skończyli się kochać. I chichotał. Kochał ją do szaleństwa, zapominał się w miłości i po raz pierwszy w życiu był tak blisko z kobietą. Często podczas wykładów – gdy widziała jego marsową minę – przypominał jej się ten szczebiot i chichot w łóżku. Musiała wtedy mocno przygryzać wargę, by nie wybuchnąć śmiechem.
Darby darzyła go nie mniejszym uczuciem. I bardzo cierpiała. Miała ochotę przez tydzień nie wychodzić z łóżka i płakać, płakać, płakać. Po śmierci ojca pewien psychiatra wytłumaczył jej, że ludziom potrzebny jest krótki okres intensywnej rozpaczy, podczas której dusza oczyszcza się i przygotowuje do następnej fazy życia. Ból jest niezbędny, podobnie jak niczym nie skrępowane cierpienie – jeśli tłumimy je, dusza nie może iść dalej. Posłuchała rady i rozpaczała bez opamiętania przez dwa tygodnie, potem zmęczyła się i weszła w następną fazę. Działało.
Lecz z Thomasem było inaczej. Nie mogła wrzeszczeć i rzucać przedmiotami. Rupert, Chudzielec i reszta odebrali jej zdrową rozpacz.
Po kilku minutach rozmyślań o Thomasie skierowała myśli ku wrogom. Gdzie zaczają się dzisiaj? Dokąd może pójść, by nikt jej nie rozpoznał? Czy po dwóch nocach w pensjonacie powinna się wyprowadzić? Tak, zrobi to. Po zmroku. Zarezerwuje sobie pokój telefonicznie w innym maleńkim hoteliku. Ciekawe, gdzie zatrzymał się Rupert i inni. Czy patrolują ulice, łudząc się, że przypadkowo trafią na jej ślad? Czy wiedzą, gdzie jest teraz? Nie. Byłaby już martwa. Czy wiedzą, że ufarbowała włosy na blond?
Myśl o włosach kazała jej wstać z łóżka. Podeszła do lustra nad biurkiem i spojrzała na siebie. Włosy były jeszcze krótsze i niemal białe. Nieźle się spisała. Pracowała wczoraj nad nową fryzurą trzy godziny. Jeśli przeżyje kolejne dwa dni, podetnie włosy jeszcze bardziej i wróci do czerni. Jeśli pożyje tydzień, będzie zapewne łysa.
Poczuła głód i przez chwilę myślała o jedzeniu. Od kilku dni nic nie jadła. Dochodziła dziesiąta. W pensjonacie panował dziwny zwyczaj niepodawania śniadań w niedziele. Musi wyjść z pokoju, kupić coś do jedzenia oraz świąteczne wydanie “Posta” i przekonać się, czy rozpoznają ją jako platynową blondynkę.
Wzięła szybki prysznic. Ułożenie włosów nie zajęło nawet minuty. Nie używała makijażu. Wciągnęła nowe wojskowe spodnie i narzuciła lotniczą kurtkę. Była gotowa do bitwy. Oczy zakryła ciemnymi szkłami.
Od czterech dni nie zdarzyło się, by wyszła z któregoś budynku frontowymi drzwiami, choć czasami wchodziła nimi. Przeszła przez ciemną kuchnię pensjonatu i otworzywszy tylne drzwi, wkroczyła w zaułek. Na dworze było chłodno. Lotnicza kurtka nie powinna budzić podejrzeń. Zresztą to nieistotne. W tym mieście, a szczególnie w tej dzielnicy, mogłaby wyjść na ulicę w skórze polarnego niedźwiedzia i nikt nie zwróciłby na nią uwagi. Maszerowała sprężystym krokiem przez zaułek, trzymając ręce głęboko w kieszeniach i rozglądając się wokół zza ciemnych szkieł.
Zobaczył ją, gdy znalazła się na ulicy Burgundy. Zmieniła kolor włosów, ale wciąż miała pięć stóp i osiem cali wzrostu – tego nie była w stanie zmienić. Podobnie jak długich, zgrabnych nóg ukrytych w wojskowych spodniach i sposobu chodzenia. Po czterech dniach rozpoznawał ją w tłumie bez względu na rodzaj kamuflażu. Kowbojskie buty z wężowej skóry, o ostro zakończonych czubkach, uderzyły obcasami w chodnik i ruszyły za nią.
Była sprytna, skręcała za każdy napotkany róg, przechodziła na drugą stronę ulicy, jeśli trafiało się skrzyżowanie. Szła szybko, ale nie śpiesząc się. Domyślił się, że zmierza na plac Jacksona, gdzie w niedzielę zbierały się tłumy, wśród których mogła zniknąć; wmieszać się w grupy turystów i miejscowych, zjeść coś, nacieszyć się słońcem, kupić gazetę.
Darby zapaliła spokojnie papierosa i nie zwalniając kroku wypuściła dym. Nie umiała się zaciągać. Próbowała przed trzema dniami i zakręciło jej się w głowie. Co za potworny nałóg! Prawdziwą ironią losu byłoby, gdyby przeżywszy to wszystko umarła na raka płuc. Chryste, wolała raka płuc!
Siedział przy stoliku w zatłoczonej chodnikowej kawiarence na rogu St. Peter i Chartres. Kiedy go ujrzała, dzieliło ją od niego niecałe dziesięć stóp. Udałoby się jej uciec, gdyby nie chwila wahania: jeden niepewny krok, jedno bolesne ukłucie w sercu. Nie wzbudziłaby jego podejrzeń, gdyby nie nerwowe zachowanie. Przyśpieszyła kroku.
To był Tucznik. Kiedy straciła go z oczu, właśnie przepychał się między stolikami. Widziany z bliska, nie sprawiał wrażenia grubasa. Był muskularny, poruszał się szybko i zwinnie. Zgubiła go na chwilę przy Chartres, gdy wpadła pod kolumnadę katedry św. Ludwika. Kościół był otwarty i zastanawiała się, czy nie wejść do środka, gdzie w obliczu świętości może puściliby ją wolno. Bzdura! Zabiją ją! W kościele, na ulicy, w tłumie. W każdym miejscu, w którym ją znajdą. Prześladowca był niedaleko. Bardzo chciała wiedzieć, jak szybko się zbliża. Czy idzie szybkim krokiem i udaje spokój? Może biegnie truchtem? Fatalnie, jeśli pędzi chodnikiem, gotów do napaści, gdy tylko będzie dostatecznie blisko… Szła dalej.
Skręciła w lewo na St. Annę, przeszła na drugą stronę. Gdy była już prawie przy Royale, odważyła się zerknąć do tyłu. Zbliżał się. Szedł po drugiej stronie i przyśpieszał kroku.
Nerwowe szarpnięcie głową było gwoździem do jej trumny. Prześladowca nie miał już wątpliwości. Puścił się truchtem.
“Muszę się dostać na Bourbon” – pomyślała. Mecz zaczynał się za cztery godziny, na ulicy było pełno kibiców Saintsów, którzy woleli świętować przed pierwszym gwizdkiem, bo po ostatnim nie mieli zazwyczaj powodów do radości. Skręciła w Royale, przebiegła kilka kroków i zwolniła do szybkiego marszu. Wciąż był za nią i truchtał po chodniku, w każdej chwili gotów puścić się pędem. Darby weszła na jezdnię, gdzie tłoczyła się grupa kibiców nudzących się przed meczem. Skręciła w Dumaine i zaczęła biec. Ulica Bourbon była już niedaleko, a wokół pełno ludzi.