Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Pan Lodowego Ogrodu. Tom II
Pan Lodowego Ogrodu. Tom II - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Pan Lodowego Ogrodu. Tom II

Электронная книга - «Pan Lodowego Ogrodu. Tom II». Краткое содержание книги:

Jarosław Grzędowicz — urodzony w 1965 roku, debiutował w 1982 na łamach tygodnika „Odgłosy” opowiadaniem Azyl dla starych pilotów. Klub absolutnej karty kredytowej (publikacja w internecie w 1999 r.) otrzymał nominację do Nagrody Elektrybałta, a po publikacji w Wizjach alternatywnych 2002 także nominację do nagrody Sfinksa. W 1990 roku wraz z Andrzejem Łaskim, Krzysztofem Sokołowskim, Dariuszem Zientalakiem i Rafałem Ziemkiewiczem założył magazyn literacki „Fenix”, w którym prowadził dział prozy polskiej, a od 1993 roku był jego redaktorem naczelnym.
Oprócz tego pracuje jako dziennikarz „wolny strzelec”, prowadzi stałą rubrykę naukowo-cywilizacyjną w Gazecie Polskiej i tłumaczy komiksy, głównie z serii Usagi Yojimbo i Batman.
W Fabryce Słów ukazała się Księga jesiennych demonów, jego pierwszy autorski zbiór opowiadań grozy.
Pan Lodowego Ogrodu to pierwsza powieść Jarosława Grzędowicza, w mistrzowski sposób łącząca elementy science fiction i fantasy.
Ilustracje Jan J. Marek
1 ... 35 36 37 38 39 40 41 42 43 ... 116
Перейти на страницу:

Jedna chwila. To wszystko zdarzyło się w jednej chwili.

Mirah padała tamtemu pod kolana, szarpnąłem go na siebie, przewracając o jej ciało, wbił mi dłoń w gardło, wplotłem ramię pod jego łokieć i wczepiliśmy się w siebie jak rozjuszone psy.

Był ode mnie starszy i o wiele silniejszy.

Pół życia spędził na brutalnych bójkach gdzieś na bezdrożach imperium.

Ja dorastałem w spokoju i przepychu Domu Stali.

Ale miałem mojego Mistrza Wojny i wiedzę pokoleń kireneńskich wojowników. Wszystkie brudne sztuczki pozwalające słabszemu wyjść z życiem ze starcia z potężniejszym przeciwnikiem.

No i miałem też starszego brata. Też silniejszego ode mnie, okrutniejszego niż wszyscy rozbójnicy i strażnicy świątynni razem wzięci.

Przeciwnik przygniótł mnie całym ciałem, otaczając mój kark ramieniem. To bardzo niebezpieczny chwyt zwany „obrożą" i jeśli wróg jest szybki i silniejszy, bardzo trudno się z niego wyrwać.

Moja prawa ręka uwięzła gdzieś pod spodem. Lewą uderzyłem go pod żebra, lecz niewiele to dało. Lekko poluzował chwyt i zrozumiałem, że sięga do pasa po nóż.

Przerzuciłem rękę ponad dławiącym mnie ramieniem i sięgnąłem do oczu napastnika. Wbiłem zakrzywione w szpony palce i szarpnąłem, jakby jego twarz była maską. Zawył, a wtedy zdołałem uwolnić przyciśniętą prawą rękę, wbiłem dłoń w jego krocze i zmiażdżyłem jądra.

Przewróciłem go plecami na siebie i zdołałem zarzucić mu nogę na szyję. Dźgnął na oślep nożem, lecz zablokowałem uderzenie i splotłem uda z całej siły. Poczułem, że napręża się w moim uścisku i że za chwilę zdoła go rozerwać.

A w następnej chwili zobaczyłem nogi Brusa.

Przydepnął tamtemu rękę, wyłuskał nóż, przyklęknął i wbił mu ostrze pod żebra.

Usłyszałem wrzask i charkot, a potem własny krzyk, kiedy konający wbił konwulsyjnie zęby w moje udo.

Skonał, miażdżąc mi nogę w szczękach, a ja rzucałem się na wszystkie strony, jakby moje udo pożerał tygrys. W końcu Brus podważył tamtemu szczęki tępą stroną ostrza i uwolnił mnie.

Wstałem z trudem i rozsznurowałem spodnie.

Ugryzienie było płytkie, krwawiło tylko z kilku małych ran, pozostawionych przez zęby, ale wokół pojawiał się już wielki, rudofioletowy siniak. Nigdy dotąd nie zaznałem takiego bólu. Pociemniało mi w oczach i miałem wrażenie, że zaraz upadnę. Mirah uciekała.

Nie gnała przed siebie, lecz brnęła z trudem, potykając się i zataczając, z barkiem wciąż przeszytym strzałą.

Oparłszy się o przewrócony wóz, zwymiotowałem z bólu i zmęczenia.

Wokół nas leżało pięć powykręcanych trupów świątynnych strażników, rdzawa droga zbryzgana była krwią, niemal niewidoczną wśród czerwonego pyłu.

Tymczasem Mirah uciekała, trzymając w objęciach żelazną skrzynkę.

Łuk tego, z którym walczyłem, był złamany, ale drugi leżał opodal na ziemi.

Krztusząc się ciągle, wskazałem uciekającą dziewczynę dłonią.

Poznała mnie.

Miała skrzynkę.

Straciła swoich ludzi.

Nie mogła wrócić do Wieży.

Była już dość daleko, kiedy Brus sięgnął delikatnie i odebrał mi łuk.

Wydobył strzałę, nie spiesząc się, przesunął pierzyskiem po ustach, jakby całował brzechwy, po czym napiął łuk i strzelił prawie bez celowania.

I chybił. Pocisk śmignął dziewczynie tuż nad głową i wbił się w odległy pagórek. Usłyszałem przekleństwo, a w chwilę później Brus napiął cięciwę po raz drugi. Strzała bzyknęła w powietrzu i trafiła w plecy uciekającej.

Mirah krzyknęła i zastygła, wyprężając ciało, ale nie wypuściła skrzynki ani nie upadła.

Ciało, które kiedyś całowałem... Spróbowała iść dalej, już niezgrabnie, ledwo stawiając słabnące nogi. Nogi, które kiedyś...

Nagle usiadła na ziemi i pochyliła się. Myślałem, że upada, lecz zobaczyłem, że jej dłonie zrywają sznurki, a potem mocują się z zamkiem kuferka.

— Ona otwiera skrzynkę... — powiedziałem ze zdumieniem.

— Szybko! — Brus z krzykiem pociągnął mnie za sobą na drugą stronę wozu.

Upadliśmy tuż za ciałami onagerów. Jeden z nich był martwy, drugi szarpał się jeszcze i porykiwał, prychając krwią z pyska. Wyjrzałem zza zwierząt i zdążyłem tylko zobaczyć, że Mirah nie udało się otworzyć skrzynki. Słabnące, pokrwawione palce ślizgały się bezsilnie po żelaznym skoblu, głowa opadała. W tym momencie Brus chwycił mnie za kark i pociągnął z powrotem na ziemię.

— Leż! — wrzasnął z oburzeniem, kiedy spadł na nas błysk.

Jak nagła, sina błyskawica. Rozbłysk światła barwy rtęci. I dziwaczne, bezgłośne uderzenie, niczym setki ukąszeń mrówek na skórze.

Skuliłem się w oczekiwaniu na grzmot, lecz go nie usłyszałem.

Tylko migotliwy blask, który po chwili znikł, a w tamtym miejscu wyrósł pęcherz rozedrganego powietrza, który nagle pękł i rozdął się na wszystkie strony, uwalniając uderzenie huraganu.

Wiatr spadł na nas z rykiem lawiny, zasypał kłębami kurzu, miotając kamieniami, jakby to były suche liście.

Podmuch przesunął splątane zwierzęta, za którymi się kuliliśmy, nad nami przeleciało ciało jednego ze strażników, wóz z łomotem stanął z powrotem na kołach. A potem zapadła cisza.

Tylko światło zrobiło się jakieś dziwne, jakby nadciągała burza.

Uniosłem się lekko i zobaczyłem, że nad umierającą Mirah na niebie formuje się krąg ciemnych chmur. Koncentryczne, wirujące powoli kręgi barwy popiołu i ołowiu, przetykane błyskawicami.

Pośrodku nich pojawiła się czarna dziura, niczym olbrzymie oko.

Na ziemi widziałem wirujący w miejscu słup rudego pyłu, który wznosił się coraz wyżej. Mirah ani skrzynki nie było widać, a tam, gdzie umarła, wszystko było białe, jakby spopielone. Dostrzegłem też posiwiałe nagle ptaki, tkwiące wokół nieruchomo, jakby ktoś pozawieszał je w powietrzu.

A potem ziemia zaczęła się zapadać. Z łomotem i szelestem osuwała się w powstałą znikąd dziurę, która powiększała się szybko, aż powstał okrągły krater szerokości kilkunastu kroków.

— To się już uspokoiło — powiedziałem do Brusa.

— Lepiej tam nie patrz! Czy rzeczy zmieniają naturę?

— Pojawiła się dziwna chmura — rzekłem.

A wtedy zaczął padać deszcz, ciepły i czerwony niczym krew.

Brus dźwignął się na nogi.

— Zabierajmy się stąd. Możesz iść?

— Mogę — odrzekłem. — Ale powoli. Bardzo boli mnie noga.

Chmura przyniosła nienaturalny mrok i dziwną, lodowatą duchotę. Zabraliśmy kije szpiega i kosze, założyliśmy kapelusze podróżne, okryliśmy się przeciwdeszczowymi płaszczami, które natychmiast pokryły się czerwonymi zaciekami.

A potem odeszliśmy, starając się nie patrzeć w tamtą stronę.

Krwawy deszcz padał mocno, ale niezbyt długo, podobnie jak przy burzy. Ustał zaraz, lecz szliśmy dalej. Kuśtykając i wspierając się na kijach, maszerowaliśmy tak długo, aż mroczna, wirująca chmura została daleko za nami.

Po jakimś czasie znowu zaświeciło słońce.

— Gdyby zdołała otworzyć skrzynkę, nie przeżylibyśmy — odezwał się Brus.

— Co to było? — spytałem, czując ulgę, że znów mówi normalnie.

— Mówią, że imię bogini — powiedział ponuro. — Ja jednak myślę, że to po prostu przeklęta ziemia z uroczysk. Oni czynią. Przynajmniej chcą. Chcą sprawiać cuda na podobieństwo prorokini. Każda Wieża i każda kapłanka. Właśnie widziałeś narodziny uroczyska. Dlatego sądzę, że możemy teraz chwilę odpocząć i ukryć szaty kapłanów. Zdaje się, że długo nikt nie będzie mógł chodzić tym traktem.

1 ... 35 36 37 38 39 40 41 42 43 ... 116
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)