Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Światy braci Strugackich - Czas uczniów
Światy braci Strugackich - Czas uczniów - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Światy braci Strugackich - Czas uczniów

Электронная книга - «Światy braci Strugackich - Czas uczniów». Краткое содержание книги:

Antologia opowiadań rosyjskich
Wybór: Andriej Czertkow
Borys Strugacki — „O problemie materializacji światów”
Siergiej Łukjanienko — „Krzątanina w czasie”
Ant Skałandis — „Druga próba”
Leonid Kudriawcew — „I myśliwy…”
Nikołaj Romanieckij — „Obarczeni szczęściem”
Wiaczesław Rybakow — „Trudno stać się bogiem”
Andriej Łazarczuk — „Wszystko w porządku”
Michaił Uspienski — „Smocze mleko”
Wadim Kazakow — „Lot nad żabim gniazdem”
Andriej Czertkow — „Nie umówione spotkania”
1 ... 39 40 41 42 43 44 45 46 47 ... 137
Перейти на страницу:

Tak. Nie wolno.

Ciężko westchnął, zrobił jeszcze z dziesięć kroków, zatrzymał się i znowu zaczął nasłuchiwać. W Strefie panowała cisza. Quarterblood zaczął się nawet zastanawiać, czy to skrzypienie, które dopiero co słyszał, nie było przypadkiem wytworem jego wyobraźni, halucynacją słuchową.

— Bzdura! — wymamrotał kapitan. — Bzdura, mnie nie oszukasz. Nie uda się.

Precyzyjnie jak na placu ćwiczeń odwrócił się na obcasach i skierował do samochodu, który zostawił za ostatnim stykającym się niemal z granicą Strefy domem.

W wozie paliło się światło. Poza tym siedział w nim kapral i kurczowo ściskając w ręku automat, wpatrywał się w deskę rozdzielczą. Miał dziwnie obce spojrzenie, jakby myślał o czymś obcym, odległym.

Gdy kapitan otworzył drzwi, kapral pisnął ze strachu i usiłował załadować automat. Ponieważ broń była zabezpieczona, przeładować się jej nie dało, więc zupełnie oszalały ze strachu kapral szarpnął za bezpiecznik. W tej samej chwili kapitan huknął go pięścią w pulchną, nie mającą jeszcze kontaktu z brzytwą twarz.

— Oszalałeś?! — wysyczał.

— O Boże! — szybko wymamrotał kapral. — O Boże! Myślałem… A to pan… O Boże… Ten dźwięk… nigdy takiego nie słyj szałem.

— Dużo jeszcze nie słyszałeś — burknął kapitan, ładując się do wozu. — Po cholerę włączyłeś światło? Sfiksowałeś ze strachu?

— Przez ten dźwięk. Aż mi ciarki po plecach… Myślałem, że z panem…

— Nie pękaj — uspokoił go kapitan. — Nikt tu jeszcze nie przekręcił się od dźwięku. Co innego, jak włączał światło w samochodzie, takich było od cholery. Przecież ci mówiłem, że przy świetle nie widzisz nikogo, a ciebie wszyscy. Zresztą jakbym inaczej do ciebie podszedł?

Wyłączył światło i zapalił papierosa.

Obok wiercił się i nawet bezgłośnie pochlipywał kapral.

A Quarterblood, oparłszy głowę o podgłówek, myślał o tym, że własna pomyłka nie wchodziła w grę. Węch myśliwego nie zawiódł go dotychczas ani razu. Stalker jest w Strefie i wracać będzie właśnie tędy, tą drogą. Oczywiście później, przed świtem. A na razie można jeszcze sobie popalić, póki jest czas.

— Podam pana do raportu, jak wrócimy… — burknął w końcu kapral.

— Co? — zapytał kapitan.

— Mówię, że podam pana do raportu — głośniej powtórzył tamten.

— Aaa, jak chcesz… Tylko nie zapomnij, że dopiero jak wrócimy. I dodaj, że moje działania były sprowokowane twoją nie-dbałością, która nieuchronnie prowadziła do zawalenia całej akcji. Uwzględnij również, że będziesz miał u mnie przerąbane, i to bardzo. Kapujesz? Przy okazji: ile ci zostało do cywila? Rok? Fajnie. Klawo. Po prostu bomba… bombeczka…

Kapitan wygramolił się z wozu, cisnął na ziemię niedopałek i starannie go zadeptał.

Przez jakieś mgnienie oka wydało mu się, że znalazł się na obcej planecie, w cudzym, wrogim świecie. Zresztą czyż tak nie jest? Czym innym jest ta Strefa, jak nie skradzionym przez nie wiadomo kogo i nie wiadomo w jakim celu kawałkiem Ziemi? Nie trzeba organizować gwiezdnych ekspedycji, budować potężnych fotonowych statków. Obcy świat znajduje się tuż pod bokiem, o dwa kroki stąd. Bierz, badaj, wyprowadzaj wnioski. Raj. Dla uczonych. A my? Co z tym chłopcem, który ściska w spoconych dłoniach automat, gotów strzelać do wszystkiego, co się rusza, do wszystkiego, co wyda się choć trochę niebezpieczne? A co z tym stalkerem, co to jak potępiony łazi do Strefy, żeby wyciągnąć z niej jakąś rzecz, której przeznaczenia nie rozumie, która albo obsypie dobrodziejstwem, albo zniszczy ten świat? A co z kapitanem Quarterbloodem, który zamiast gapić się w domu w telewizor lub wpaść do Michaeli, sterczy tu w zasadzce tylko po to, żeby postrzelić stalkera, który jest tak ograniczony, że nawet nie rozumie, co robi, który myśli tylko o pieniądzach. Zresztą czym ten stalker, jako człowiek, różni się od niego, Quarterblooda? Prawie niczym. Chyba tylko tym, że kapitan ma prawo strzelać do niego z automatu, a jak go zabije, to nie poniesie żadnej kary. Ponieważ wykonuje swoje obowiązki. Kapitan wlazł do samochodu, wyszarpnął z uchwytu nad przednią szybą krótki desantowy automat ze składaną kolbą i przerzucił pas przez ramię. — Siedź tu — rzucił do kaprala.

Ostrożnie otworzył drzwi i bezszelestnie zaczął oddalać się od wozu. Przycupnął za leżącym na boku, całkowicie przegniłym kioskiem z dykty, ostrożnie wysunął głowę i zaczął czekać.

Niespodziewanie przypomniał sobie tego tłustego, galaretowatego, przypominającego dużą gumową zabawkę gentlemana, który znalazł się w jego domu w ubiegły poniedziałek. Przyprowadził go Clausen, którego kilka lat temu wywalili na emeryturę. Wdepnął w jakąś historię ni to z pieniędzmi, ni to rozdzielczą. Miał dziwnie obce spojrzenie, jakby myślał o czymś obcym, odległym.

Przyjechali do Quarterblooda wieczorem. Clausen miał już nieźle w czubie, a ten gentleman był trzeźwy jak gwizdek. Quarterblood zamierzał od razu ich wypędzić, ale rozmyślił się; postanowił dowiedzieć się, czego od niego chcą, bo coś jakby za ważny był ów gentleman, a jego spinki Quarterblood mógłby kupić dopiero za swoje dwudziestoletnie pobory.

Wprowadził ich do salonu, włożył po szklaneczce do rąk i zaczął czekać, czym to się skończy.

A tamci wcale się nie śpieszyli. Gentleman milczał, tylko się rozglądał, a przez jego oblicze chwilami przemykała wyraźna pogarda do ubogiego, spłowiałego salonu, starej wygniecionej kanapy, na której zostali usadowieni, i okropnej — według niego — whisky, którą go uraczono. Mimo to nie zamierzał wychodzić, ciągle na coś czekał. A Clausen opowiadał takie dyrdymały… Na każdy temat: o byłych kolegach z firmy, o znajomych, o pogodzie, o wyścigach w Sydney… Był jakiś taki podrajcowany, nawet jeśli się uwzględni wypity alkohol; poza tym co jakiś czas idiotycznie puszczał oko.

W końcu cierpliwość Quarterblooda się skończyła, więc dość oschłym tonem poprosił o podanie celu niespodziewanej wizyty.

No i zaczęło się.

Okazało się, że Clausen wcale nie jest aż tak pijany. Rzucił na gentlemana tchórzliwe spojrzenie i z nie znanego powodu ściszywszy głos, jakby ktoś mógł ich podsłuchać, rzekł:

— Jest sprawa. Ten oto pan…

Gentleman niespokojnie poruszył się na kanapie i Clausen urwał. Przez jego twarz przemknął skurcz, oczy wypełnił smutek skatowanego psa. Spazmatycznie przełknął ślinę i mówił dalej:

— Więc ten gentleman, a powiem ci, że jest to jeden z najbardziej znanych na świecie myśliwych na grubego zwierza, dowiedział się, że też jesteś swego rodzaju myśliwym. Chciałby cię poznać.

— Myśliwym? — zdziwił się Quarterblood. — Jak to?

— Och, przecież wszyscy wiedzą o twoich samotnych polowaniach na stalkerów.

— Ach, o to ci chodzi?!

— No tak — nieoczekiwanie spokojnym i twardym głosem powiedział Clausen i znowu mrugnął.

— I co dalej? — zapytał kapitan, wciąż jeszcze nie rozumiejąc, ku czemu zmierza gość.

— Wiadomo, co dalej. On poluje i ty polujesz. Przy tym miałeś więcej szczęścia, bo polujesz na niezwykłą, powtarzam: bardzo niezwykłą zwierzynę. Wiemy, że zgodnie z regulaminem powinieneś brać ze sobą jeszcze jednego człowieka. Z reguły to jakiś szczeniak, kapral albo i szeregowy. Zostawiasz go w wozie i polujesz sam. A mógłbyś wziąć na to polowanie kogoś innego. Zgoda, takie… safari… oznacza duże kłopoty, ale z kolei można na nim bardzo sympatycznie zarobić. A dokładniej: honorarium będzie bardzo wysokie, powiedziałbym nawet bajeczne. Pomyśl, niedługo emerytura. Jak myślisz, będzie wysoka?

1 ... 39 40 41 42 43 44 45 46 47 ... 137
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)