Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Światy braci Strugackich - Czas uczniów
Światy braci Strugackich - Czas uczniów - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Światy braci Strugackich - Czas uczniów

Электронная книга - «Światy braci Strugackich - Czas uczniów». Краткое содержание книги:

Antologia opowiadań rosyjskich
Wybór: Andriej Czertkow
Borys Strugacki — „O problemie materializacji światów”
Siergiej Łukjanienko — „Krzątanina w czasie”
Ant Skałandis — „Druga próba”
Leonid Kudriawcew — „I myśliwy…”
Nikołaj Romanieckij — „Obarczeni szczęściem”
Wiaczesław Rybakow — „Trudno stać się bogiem”
Andriej Łazarczuk — „Wszystko w porządku”
Michaił Uspienski — „Smocze mleko”
Wadim Kazakow — „Lot nad żabim gniazdem”
Andriej Czertkow — „Nie umówione spotkania”
1 ... 38 39 40 41 42 43 44 45 46 ... 137
Перейти на страницу:

Wiktor zauważył, że Farim rozmawia przez radiostację. Słyszalność była fatalna, Farim klął coraz głośniej i w końcu ryknął:

— Gdzie są samoloty?

W tej samej chwili rozległ się ogłuszający ryk nad ich głowami. Trzy ciężkie bombowce pikowały na Obóz. Wiktor zamknął oczy, by w tej samej sekundzie otworzyć je, ponieważ ryk nagle zniknął. Nie, nie ogłuchł, pozostałe dźwięki nadal słyszał: głosy w kabinie śmigłowca, skrzypienie foteli, pisk w słuchawkach. Uczucie było podobne do tego, jakie powstaje, gdy ktoś naciśnie na pilocie telewizora przycisk MUTE: że niby głupi film, hałaśliwy, nie daje pogadać, ale patrzeć na niego można.

Było na co patrzeć: bombowce zawisły w powietrzu, dumnie zadarłszy ostre dzioby w kierunku nieba, jak pomniki samych siebie. Załogi katapultowały się i sześć pomarańczowych spadochronów rozkwitło nad Obozem niczym sześć zachodzących słońc Opadały wolniutko, a wiatr unosił je poza teren Obozu za druty kolczaste, za drugi, trzeci kordon.

Widocznie nie tylko ich czwórka ze śmigłowca, ale i cała reszta jak zaczarowana śledziła to powolne opadanie, bo kiedy w końcu cała szóstka jednocześnie dotknęła nogami ziemi, ktoś jednak wydał rozkaz szturmu.

Rozległa się straszliwa kanonada.

— Ląduj! Szybko! — rozkazał Farim.

— Oczywiście, że ląduję — zgodził się pilot. — 1 tak za minutę skończy mi się paliwo.

Dopiero teraz Wiktor zauważył, że śmigłowiec, tak jak i bombowce, wisi w powietrzu po prostu na słowo honoru, a silnik zgasł z braku paliwa. Jednakże wirniki obracały się z poprzednią szybkością i maszyna posłusznie wylądowała.

Farim wyskoczył na zewnątrz jak oszalały i zaczął walić w powietrze jak do jakiegoś celu. Selena wyszła spokojnie, nawet zadziwiająco spokojnie, jakaś wyciszona, obojętna na wszystko, podeszła do zasieków z drutu kolczastego, chwyciła wygodnie broń i wystrzeliła cały magazynek w główny budynek. W to, co niegdyś nazywało się głównym budynkiem. Teraz były to po prostu dymiące ruiny.

Pociski, bomby, granaty niemal starły już na pył cały kompleks Obozu, gdy rozstrzelana, pałająca żarem, podobna do dopiero co zastygłej lawy ziemia pękła i z tego cyklopicznego pęknięcia wypełzło coś ogromnego, okrągłego i świecącego. To coś wypłynęło i stało się po prostu błękitną lśniącą sferą — piorun kulisty o średnicy pięćdziesięciu metrów.

Błękitna kula wolno się uniosła, a ludzie już nie mogli się powstrzymać i strzelali teraz do niej ze wszystkich rodzajów broni, choć była to już absolutna niedorzeczność.

Wiktor przyjrzał się im i zrozumiał: ci ludzie nie mogą nie strzelać. Niektórzy przestawali naciskać spusty, a wtedy pociski wyrywały się z luf samowolnie, a błękitna kula pożerała je — widocznie tak się po prostu ładowała. Broń, która przestawała strzelać albo została porzucona, natychmiast wzlatywała w stronę kuli i ginęła w jej błękitnej głębi.

Wiktor wydobył swój pistolet, podniósł dłoń i rozwarł palce. Tak się wypuszcza na wolność ptaki, pomyślał. Pistolet wzleciał i pognał w błękit. Jakież to było wspaniałe!

A kula wzniosła się w końcu zbyt wysoko, by dało się w nią trafić z czegokolwiek. Pożarła już wszystkie czołgi i samoloty, wszystkie działa przeciwlotnicze i haubice. Lśniła coraz mocniej, aż dokoła zrobiło się jasno jak w dzień. Selena płakała, zrozumiała już wszystko, ale nie chciała puszczać swojej broni, miała jeszcze w magazynku jeden nabój. Wiktor powiedział:

— Wystrzel, wystrzel w nią!

Wystrzeliła, podrzuciła swoją broń — w prezencie zwycięzcy — i rozszlochała się głośno jak skrzywdzone dziecko, kryjąc twarz na piersi Wiktora.

A kula uniosła się wysoko, stała się punktem, potem jasną błyskawicą, i rozległ się grzmot — prawdziwy, zwyczajny, ziemski grzmot. Niebo w tej chwili było już zaciągnięte chmurami, nikt nawet nie zauważył, kiedy się pojawiły. I zaczęła się ulewa. Lunęło na ziemię, która od ponad dwu lat nie znała wody. Pieniące się strumienie biegły po popękanej powierzchni, wypełniały rowki i dziury, wsiąkały w wymęczoną glebę. Ludzie zupełnie zwariowali z radości. Zaczęli zdejmować ubranie, skakać i tańczyć w deszczu, śpiewać piosenki. A jeszcze inni rozebrali się do naga i zaczęli się kochać. I nikt nie nazwałby tego bezeceństwem, nie — to było symboliczne i piękne jak w jakimś starym, zapomnianym, amerykańskim filmie typu „Make love, not war!”.

Wiktor nie pamiętał, jak wrócił do miasta, chyba podwieźli go BTR-em. Jak przez mgłę pamiętał tylko, jak dostał się do Teddy’ego, z kim, co i w jakiej ilości tam pił. Pamiętał, że deszcz lał bez przerwy, że odbył się jakiś wiec przed merostwem, jakiś wiec na placu, i potem znowu była knajpa, a zupełnie nie chciało się spać, więc nawet nie patrzył na zegarek, nie patrzył na niebo — ciemno czy jasno, to było nieważne. Ale potem nagle poczuł straszne zmęczenie. Odwrócił się do towarzystwa i powiedział do wszystkich: — Na razie, chłopcy.

I poszedł w deszczu do swojego hotelu.

„…i poszedł w deszczu do swojego hotelu” — jakaś wielka powieść kończyła się takimi słowami. Ach tak! — przypomniał sobie. Hemingway, Pożegnanie z bronią!

I Wiktor powtórzył jeszcze raz. Już bez cudzysłowu i na głos:

— Pożegnanie z bronią.

Leonid Kudriawcew

I MYŚLIWY…

Dlaczego zdecydowałem się napisać to opowiadanie?

Tak naprawdę to nie wiem. Pewnie dlatego, że świat najlepszych przeczytanych przez nas książek nie umiera wraz z zamknięciem tomu. Zostaje i żyje w nas — tych, którzy potrafią odczuwać prawdziwą rozkosz przy lekturze dobrej książki. Potem sam zaczynasz pisać i ten świat jakby żąda, byś coś do niego dodał. Niech to będzie jakiś drobiazg. Na znak szacunku. Żeby udowodnić, że pamiętasz o tym świecie. Z wdzięczności za to, co ci dał.

Książki Strugackich mają taką właściwość. Darują coś nieuchwytnego, ale jednocześnie realnego. Może to cząstka włożonej w nie duszy? I jeszcze jedna sprawa — każdy z naszego pokolenia autorów fantastyki (mam na myśli tych, którzy mają teraz od trzydziestu do czterdziestu pięciu lat) kiedyś w dzieciństwie czy młodości czytał swoją pierwszą książkę braci Strugackich. Oczywiście, każdy inną i obowiązkowo szły za nią następne, ale najważniejszą zasługą tej pierwszej książki było to, że pokazała nam jak ciekawa, oszałamiająca, mądra, śmieszna i smutna może być fantastyka, jak prawdziwa.

Sądzę, że od tego momentu wszystko się zaczęło.

Oczywiście różnimy się i większość z nas pisze po swojemu. To dobrze. Ale wydaje mi się, że każdy w głębi duszy wie, od czego się wszystko zaczęło.

Wiadomo — od powieści Poniedziałek zaczyna się w sobotę, od Pikniku na skraju drogi, od Ślimaka na zboczu itd., itd. Zaczęło się od Strugackich. Ukształtowały nas ich książki i od tego nie uciekniemy. Udało im się to, co wcześniej nie udało się nikomu. Wychowało się na ich książkach całe pokolenie pisarzy, przy tym — jeszcze raz podkreślam — zupełnie do siebie nie podobnych.

To ci historia!

A opowiadanie… słowo honoru — na znak szacunku i wdzięczności… nie z zadufania…

Leonid Kudriawcew

Kapitan Quarterblood niespiesznie maszerował po skraju Strefy.

Pod jego nogami szeleścił koci mech. Rósł nawet tu, na asfalcie, ale, nie wiadomo dlaczego, szybko wysychał, stawał się łamliwy, a potem kruszył się i rozsypywał w pył. Gdy tylko wiatr zwiewał ten pył, asfalt natychmiast od nowa porastał kocim mchem. Kapitan zatrzymał się i nasłuchiwał. Gdzieś w głębi Strefy narodził się dźwięk podobny do skrzypienia starych drzwi z doszczętnie przerdzewiałymi zawiasami. Dźwięk brzmiał tak tęsknie i beznadziejnie, że Quarterblood wzdrygnął się, zatrzymał, zamarł, jakby zmieniając się w drewniany posąg, czekając, kiedy wreszcie dźwięk się skończy. Rzeczywiście po jakimś czasie się skończył i na Strefę znowu opadła cisza. Kapitan wyciągnął z kieszeni papierosa, pokręcił go w palcach i przypomniawszy sobie, po co tu jest, wyrzucił.

1 ... 38 39 40 41 42 43 44 45 46 ... 137
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)