Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Światy braci Strugackich - Czas uczniów
Światy braci Strugackich - Czas uczniów - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Światy braci Strugackich - Czas uczniów

Электронная книга - «Światy braci Strugackich - Czas uczniów». Краткое содержание книги:

Antologia opowiadań rosyjskich
Wybór: Andriej Czertkow
Borys Strugacki — „O problemie materializacji światów”
Siergiej Łukjanienko — „Krzątanina w czasie”
Ant Skałandis — „Druga próba”
Leonid Kudriawcew — „I myśliwy…”
Nikołaj Romanieckij — „Obarczeni szczęściem”
Wiaczesław Rybakow — „Trudno stać się bogiem”
Andriej Łazarczuk — „Wszystko w porządku”
Michaił Uspienski — „Smocze mleko”
Wadim Kazakow — „Lot nad żabim gniazdem”
Andriej Czertkow — „Nie umówione spotkania”
1 ... 35 36 37 38 39 40 41 42 43 ... 137
Перейти на страницу:

Selena napiła się szampana, a Wiktor został przy koniaku.

— Wiesz co — powiedział, gdy upłynęło pół minuty i poczuł subtelny bukiet Napoleona — dawno nie kosztowałem takiego boskiego trunku! — 1 dodał natychmiast: — Naprawdę nie możecie się z nimi dogadać? Naprawdę znowu trzeba zalać krwią pół miasta? Czy pół kraju? A może pół świata?

— Może — powiedziała cicho Selena. — Próbowaliśmy i próbujemy się dogadać. Wśród nas nie ma wariatów, nie chcemy zabijać dla zabijania i umierać dla śmierci. Ale z Beduinami nie można się dogadać. Po prostu nie możemy znaleźć najmniejszej podstawy do rokowań. Mamy wobec nich duże wymagania, oni wobec nas żadnych. Nie potrzebują od nas niczego, absolutnie niczego.

Wszystko już mają. Oni już, według nich, zwyciężyli. Żyją po swojemu, od nikogo nie zależą i nie chcą podporządkować się naszym prawom.

— No i Bóg z nimi! Niech sobie żyją, jak chcą.

— Ale nie na naszej ziemi — wycedziła Selena.

Pobladła z wściekłości i stała się w jakiś nowy sposób niezwykle piękna.

Wiktor umyślnie droczył się z tą dziewczyną. W końcu po prostu nie widział innego sposobu, by wyciągnąć z niej cokolwiek; Selena milczy przez cały czas jak partyzant, jak doktor Golem, i tylko się chytrze uśmiecha, a tu nagle zaczyna takie zwierzenia!

— Jaka tam nasza ziemia — bąknął Wiktor. — Przecież trzymamy ich za drutami kolczastymi. Teraz jeszcze te czołgi…

— Właśnie teraz! — wykrzyknęła Selena. — Może zresztą już jest za późno. A druty kolczaste… Sami się tam schowali. Przecież chodzą po całym mieście jak po swoich barakach, jeżdżą Po całym świecie, w końcu to nie jedyny taki Obóz, a Beduinów codziennie jest więcej i więcej! To bezgłośna agresja, to straszliwa, cicha ekspansja!

— Poczekaj, jak może rosnąć ich liczba, skoro nie mają dzieci? — Coś ty?! — Oczy Seleny stały się okrągłe ze zdumienia, dziewczyna nawet otworzyła usta. — Czyżbyś nie wiedział? Beduinem nie można się urodzić, Beduinem możesz się tylko stać. Przecież Beduini to nie naród, to… — Zaparło jej decw i umilkła, zrozumiawszy coś. Po chwili namysłu wypaliła: — I Więc ty myślałeś, że my ich nienawidzimy z powodu ich narodowości, że to problem etniczny? Boże, uważałeś nas za faszyn stów! A przecież to oni, Beduini, są faszystami. To oni nazwali siebie rasą wyższą, to oni są wyniosłymi elitarnymi istotami, które nie zamierzają pójść na żadne ustępstwa. Szydzą z nasA gardzą nami. Czy to nie faszyzm?

— Wybacz, ale doktor Golem chyba nie uważa ich za faszystów?

— Doktor Golem? — Selena podskoczyła. — Dobry staruch, ale już mu przemaka pod sufitem. To nie żarty, tyle lat z psychicznymi pracować.

— Bon-Chafiis też nie bardzo przypomina faszystę — ciągnął! Wiktor.

— Po prostu za mało go znasz. To chytry lis, ideolog, centrum umysłowe, muzułmański Goebbels… Wiktor uśmiechnął się zagadkowo.

— Dobra — powiedział. — Wystarczy. Uspokój się. Po małym koniaczku i lulu! Już zrozumiałem najważniejsze.

— Co zrozumiałeś? — nie tyle zapytała, ile oburzyła się Selena.

— To, co przed chwilą zrozumiałem — powiedział wolno Wiktor — jeszcze przez jakiś czas, dziewczynko, będzie dla ciebie niezrozumiałe.

— Ach, ty gnoju! — krzyknęła bez złości Selena, zrywając się i ustawiając w postawie. — Ja ci zaraz pokażę: „niezrozumiałe”!

I dopiero się zaczęło! Wiktor kiedyś liznął trochę sportów walki. Ale zamiast kimon mieli na sobie szlafroki i patrząc z boku, nikt nie potrafiłby jednoznacznie określić, czego więcej było w tych pseudojapońskich tańcach — karate czy erotyki. Żeby to pojąć, musieli jeszcze trochę wypić. Ale pojęli, świetnie wszystko pojęli. Tak świetnie, że rano Wiktor nie usłyszał budzika. A może po prostu zapomniał go nastawić.

Obudził ich głośny klakson od strony drogi dojazdowej. Selena zerknęła na zegarek, ziewnęła i poprosiła:

— Wik, zerknij, kto to.

Z trudem trafiając w rękawy szlafroka, podszedł do okna. Z granatowego niskiego pontiaka wyszedł młody przywódca weteranów. Sam, bez ochrony.

— To Farim — oświadczył Wiktor. — Oczekiwałaś go? — Tak.

Selena wymacała jakiegoś pilota i otworzyła gościowi drzwi na dole. Farim błyskawicznie znalazł się na piętrze.

— Wstawaj, śpiochu! — zażądał bezceremonialnie od progu, gdy wpadł przez drzwi. Potem zobaczył Wiktora i zupełnie nie zmieszany dodał: — Dzień dobry, panie Baniew.

Selena jeszcze raz ziewnęła i przeciągnęła się, niespecjalnie zastanawiając się, jakie części jej ciała zostały pod prześcieradłem, a jakie nie.

— Czeeeść — powiedziała. — Farimek, zrób kawy, nie uciekaj. My zaraz.

Farim natychmiast wyszedł, Wiktor nawet nie zdążył się z nim przywitać. Ale to nie było już ważne, ważniejsza była istota tej sceny. Wziął więc od razu byka za rogi:

— Posłuchaj, dziewczynko, czy między tobą i Farimem coś było?

— Mhm. — Selena znowu ziewnęła, wciąż nie mogła się obudzić.

— A jak jest teraz?

— Nie wiem. On mnie lubi, a ja nie chcę go krzywdzić.

— No to fajnie — skomentował Wiktor, być może przeceniając dwuznaczność zakończenia jej wypowiedzi.

— Wik, nie myśl tyle o bzdurach. — Selena uśmiechnęła się szeroko i miło. — Co? Wtedy wszystko będzie dobrze. Chodźmy na kawę.

Stary durniu, pomyślał Wiktor. Rzeczywiście, o czym ty gadasz? Ile ty masz lat, a ile ona? Przecież to jeszcze niemal dziecko!

9

Przy śniadaniu Selena i Farim zaczęli uzgadniać szczegóły operacji o kryptonimie „Szturm bastionu”. Wiktora to szybko znudziło. Dopił kawę i oddalił się do gabinetu popracować nad tekstem wystąpienia. Nie zamierzał uczyć się tekstu na pamięć, ale zupełnie bez przygotowania też nie chciał wyskakiwać.

Po dwóch godzinach pracy przeczytał tekst i ze zdumieniem odkrył w nim rodzaj raźnego półgodzinnego manifestu, który jeśli chodzi o uroczystą tonację i wytworność składni, niezbyt ustępował klasycznemu manifestu stworzonemu przez panów Engelsa i Marksa.

— Tak — powiedział na głos — to lepsze od Fausta Goethego.

Następnie radośnie zmiął papier i rzucił do kosza. Nie wolno takich rzeczy pisać w stary sposób, drapiąc piórem po papierze. Przecież obok stoi komputer — pracuj sobie na zdrowie.

Po godzinie urodził się nowy, elektroniczny wariant. Umyślnie rozbity na kilka zbiorów: same tezy z fragmentami żywszego tekstu, ironiczny, tchnący miłością do ludzi i tchnący nienawiścią do nieludzi. Ten wariant spodobał się autorowi najbardziej. Wiktor odchylił się w fotelu i zapalił.

— No to kiedy jedziemy? — Wkrótce — odpowiedziała Selena, wpatrując się w mapę rozłożoną na stole w dużym salonie. — Chcesz się czegoś napić?

— Teraz nie.

— Rany boskie! Niby dlaczego?

— Dzisiejszego wieczoru chcę mieć całkowicie jasny umysł. Jak pojedziemy?

— Przyślą po nas młynek. Farim go wywołał.

— Co po nas przyślą? — nie zrozumiał Wiktor.

— Śmigłowiec. Słuchaj, możesz mi jeszcze przez chwilę nie przeszkadzać?

Przyglądał się, jak Selena przemieszcza po mapie linijkę i coś notuje. Potem wyszedł na balkon i znowu zapalił. W ogrodzie śpiewały ptaki. Jaka, do cholery, wojna? — pomyślał. Po co nam wojna?

Bojowy śmigłowiec najnowszej generacji wylądował w stolicy. Z szacunku dla tej buropiaskowej ważki znaleziono dla niej lądowisko po prostu na parkingu przed ośrodkiem telewizyjnym. We trójkę bez przeszkód minęli komandosów w kuloodpornych kamizelkach, wjechali na piąte piętro, gdzie Selena i Farim zostawili Wiktora w charakteryzatorni, a sami poszli załatwiać jakieś sprawy. Znajoma pokojowa krzątanina ośrodka dziwacznie kontrastowała z wydarzeniami ostatnich dni i ten kontrast zamącił Wiktorowi w głowie. Nagle okropnie zatęsknił za alkoholem, a przecież wbrew swojemu zwyczajowi nic nie wziął ze sobą; przypomniał sobie przytulny lokalik Teddy’ego, Kwadrygę i Golema w głębokich fotelach. Pomyślał, że o wiele lepiej by było, gdyby występował właśnie tam, w niewymuszonej, zwyczajnej atmosferze, chociaż nie byłaby taka zwyczajna: reflektory, kamery, dziennikarze, charakteryzatorzy, a Kwadryga przedstawiałby się wszystkim i pewnie jego krótkie mistyczne wypowiedzi wywołałyby u widzów o wiele mocniejsze wrażenie niż literackie mądrości Baniewa, za to Golema na pewno nikt by nie słuchał…

1 ... 35 36 37 38 39 40 41 42 43 ... 137
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)