Lord z planety Ziemia
- Автор: Лукьяненко Сергей Васильевич
- Язык: польский
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Lord z planety Ziemia». Краткое содержание книги:
Gdy winda wiozła mnie na mostek, pospiesznie przekartkowałem książeczkę regulaminu lotu – zestaw praw wspólnych dla wszystkich statków galaktyki. Byliśmy zobowiązani do udzielenia pomocy, jeśli tylko nie zauważyliśmy przekonujących oznak, że to pułapka. W pierwszym kosmoporcie, w którym wylądujemy, kontrolerzy sprawdzą nagrania naszej czarnej skrzynki, bezpośrednio połączonej z komputerem i zapieczętowanej mnóstwem plomb. Jeśli zostanie stwierdzone złamanie prawa, zwłaszcza takiego jak nieudzielenie pomocy uszkodzonemu statkowi, umieszczą nas poza wspólnotą statków.
Podobno piraci często korzystają z tego punktu regulaminu, żeby przechwycić w hiperprzestrzeni statki handlowe.
Na mostku byli już Ernado i Lans. Skinąłem im i usiadłem w swoim fotelu. Pulpit przede mną pozwalał wydawać priorytetowe komendy, „przebijające” sygnały idące z każdego innego pulpitu i odwołujące decyzje centralnego komputera.
– Znajdziemy się obok niego za cztery minuty – oznajmił Redrak. – Uruchomiłem sondę migoczącą.
Migocząca sonda była skomplikowanym i drogim urządzeniem, zdolnym na ułamek sekundy wyjść z hiperprzestrzeni w rzeczywisty kosmos, zebrać informacje i wrócić na statek.
– Co z detektorami? – Zerknąłem przelotnie na ekran hiperlokatora i odwróciłem wzrok. Splot różnokolorowych linii i punktów, odwzorowujących pięciowymiarową przestrzeń na płaszczyźnie, mógł odczytać jedynie pilot wysokiej klasy. Taki jak Redrak.
– Uproszczenie obrazu – zakomenderował Redrak. Ekran oczyścił się błyskawicznie, pozostały jedynie dwa punkty: migoczący zielenią nasz statek, idący z prędkością nadświetlną, i nieruchomy czerwony – obcy, dryfujący w zwykłej przestrzeni.
– Mamy niewiele informacji, kapitanie. To spory statek, może krążownik. Wyłączone pola ochronne, wokół mnóstwo małych obiektów i rozpraszający się obłok gazu.
– Wygląda, że to jednak prawda – powiedział Ernado. – Typowy obraz katastrofy. Nie możemy go ominąć.
– Zaraz wróci sonda – uprzedził Redrak.
Zapłonęły ekrany pomocnicze, przekazując obraz. Czerń realnego kosmosu, kolorowa mozaika gwiazd… i zgnieciony, stopiony kształt przypominający gigantyczny cylinder zakończony półkulą.
– To nie pułapka – powiedział drżącym głosem Lans. – To krążownik klenijskich najemników! Ktoś go rozwalił! Oderwany przedział silnikowy, zniszczone pokłady bojowe, rozhermetyzowane przedziały mieszkalne…
– Wychodzimy z hiperprzestrzeni – oznajmił ponuro Redrak. – Nie rozumiem, co tu się stało, ale eskadra, która zniszczyła klenijski krążownik, sama się prosi o kłopoty. Tym gościom lepiej nie wchodzić w drogę.
Podłoga zawibrowała. Nasz statek wychodził w trójwymiarowy kosmos, szybko wytracając prędkość. W głębi pokładów maszynowych kurczyły się kule grawikompensatorów, pochłaniając potworną energię hamowania. W ciągu kilku minut straciliśmy prędkość bliską prędkości światła, za co będziemy miesiącami płacić przeciążeniami wysokości półtora g. Istniało jednak pewne wyjście z tej sytuacji…
Przypomniałem sobie o Dańce, który właśnie dusił się pod nieoczekiwanym ciężarem, i poleciłem:
– Tryb oszczędzający dla kajuty kapitańskiej.
– Tak jest, kapitanie.
Indywidualny grawikompensator mojej kajuty włączył się, obniżając siłę ciążenia do jednego g. Uruchomiłem interkom.
– Dańka, ubierz się i zostań w kajucie – powiedziałem. – Czekaj na dalsze polecenia.
– Prędkość wytracona – oznajmił Lans. – Znajdujemy się pięćdziesiąt kilometrów od celu.
– Ile grawikompensatorów zużyliśmy na zlikwidowanie inercji?
– Trzydzieści dwa procent, kapitanie.
– Wydać polecenie wystrzelenia ich w przestrzeń.
Redrak zawahał się.
– Czy to nie za duża rozrzutność, kapitanie? Jedna trzecia ogólnego zapasu… stracimy rezerwę bojową.
Bez słowa nacisnąłem klawisz, wydając komendę ze swojego pulpitu. Statek drgnął, przeciążenie znikło. Czarne kule kompensatorów, które wchłonęły w siebie energię hamowania, będą teraz latami płynąć w kosmosie, rozprzestrzeniając wokół siebie strefę grawitacyjnych anomalii.
– Nie możemy pełzać po statku jak niedobite muchy – wyjaśniłem. – Premia za uratowanie krążownika wystarczy na nowe kompensatory.
Zresztą protesty i tak nie miały już sensu.
– Załoga ratunkowa: Redrak i Ernado. Weźmiecie dwa kutry, sondy awaryjne i kapsuły ratunkowe. Ja i Lans będziemy osłaniać was ze statku.
– Mam nadzieję, że to nie będzie potrzebne – oznajmił Redrak, gramoląc się z fotela. – Klenijski krążownik, nawet uszkodzony, może swobodnie zniszczyć dwa kutry. Każdy metr jego korpusu jest naszpikowany czujnikami i laserami.
Skinąłem głową. Ryzyko było duże, ale nieuniknione.
– Dajcie nieprzerwany sygnał: „Przyjaciel. Idę z pomocą” – poradziłem. – Może zadziała.
Redrak machnął ręką i wszedł za Ernadem do windy. Znowu włączyłem interkom.
– Dańka, możesz przyjść na mostek. Tylko bez twojego puszystego przyjaciela, dobrze?
– Planeta Kleń to mały skalisty światek w systemie białego karła, znanego jako Diabelska Gwiazda – przekazywałem Dańce to, co usłyszałem kiedyś od Ernada. – Temperatura na powierzchni waha się od minus dwustu do plus stu sześćdziesięciu pięciu stopni. Promieniowanie Diabelskiej Gwiazdy zabija człowieka w ciągu kilku dni. Ale na Klenie jest tlen i woda, jest Świątynia Siewców, jest życie, dostosowane do miejscowych warunków… Klenijczycy są humanoidami, lecz przedział warunków, w jakich mogą żyć, jest niewyobrażalny. Wysokie promieniowanie, wrząca woda, ciekły azot, opary rtęci, pięcioprocentowa zawartość tlenu w powietrzu… dla Klenijczyków to nieprzyjemne, ale całkiem znośne środowisko. Przez całe stulecia walczyli ze sobą, więc dołączając do cywilizacji galaktycznej, zostali żołnierzami. Najemnikami.
– Bardzo drogimi żołnierzami – wtrącił Lans.
– Tak jest. Nie każdą planetę stać na wynajęcie klenijskiego krążownika choćby na kilka miesięcy. Poza tym oni mają bardzo twarde zasady. Zgadzają się walczyć tylko w tych wypadkach, gdy uznają walkę za etyczną, a ich ingerencja nie jest niezgodna z prawami walczących planet. Shorrey Manhem na przykład nie zdołał namówić ich, by wzięli udział w zajęciu Tara.
– Moim zdaniem dlatego, że Klenijczycy szanują naszą planetę – znowu włączył się Lans. – Od wieków sprzedajemy im broń…
Na ekranach kutry Ernada i Redraka krążyły wokół zniszczonego giganta. Klenijski statek nie dawał żadnych oznak życia.
– Najczęściej krążowniki Klenijczyków są wynajmowane przez planetarne federacje do ochraniania szlaków handlowych czy polowania na statki pirackie… Załoga każdego krążownika to jedna rodzina, w dosłownym znaczeniu tego słowa. Walczą do końca, nawet jeśli siły są nierówne. Klenijczyk nie może zdradzić swojego statku…
Zamilkłem, uświadamiając sobie, że Lans włączał się do naszej rozmowy, choć rozmawiałem z Dańką po rosyjsku! – Lans! Pilot odwrócił się zmieszany, Daniił się zaczerwienił.
– Co to ma znaczyć? – zapytałem cicho. – Spisek za plecami kapitana? Nie jesteśmy Klenij czy karni, ale…
– Kapitanie, nie przypuszczałem, że sprawi to panu przykrość – powiedział w standardzie zakłopotany Lans. – Chłopiec prosił, by nauczyć go galaktycznego, ale uznałem, że to niepotrzebne. Na Ziemi do niczego mu się nie przyda, no i nie wszystkie pokładowe rozmowy są przeznaczone dla jego uszu. A panu będzie miło przypomnieć sobie ojczysty język. Użyliśmy lingwersora i hipnotranslatora. Teraz mam ten sam zasób rosyjskich słów co Daniił.
Zaczerpnąłem powietrza i wygłosiłem bardzo długie zdanie w ojczystym języku.
Lans poczerwieniał, jak przed chwilą Dańka. Widocznie chłopiec całkiem nieźle znał język potoczny.