Lord z planety Ziemia
- Автор: Лукьяненко Сергей Васильевич
- Язык: польский
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Lord z planety Ziemia». Краткое содержание книги:
5. Ślad na niebie
Czekaliśmy na Lansa w kabinie, na szczęście grawikompensator już się rozładował. Z nudów zdążyłem opowiedzieć Dańce o możliwościach kutra bojowego i szczegółach sterowania. Wyjaśnienia były tym łatwiejsze, że ja nie rozumiałem wielu rzeczy, o których mówiłem, Dańka zaś bał się pytać o nieznajome terminy. Lans wrócił po dwudziestu minutach. Na widok jego twarzy zacząłem grzać silniki.
Lans opadł na swój fotel i powiedział:
– Wyśledziliśmy ich, kapitanie. Mam dać łączność ze statkiem? Skinąłem głową. Lans poczekał, aż na ekranie pojawi się Ernado, i dopiero wtedy zaczął opowieść.
Po raz pierwszy w życiu mieszkańcy wsi zobaczyli kuter wczoraj rano. Wylądował na środku wsi i demony z płonącymi mieczami zażądały od mieszkańców wody i jedzenia. Kiedy przyniesiono dary, demony odleciały. Któryś z tubylców zauważył w otwartym luku nieruchomą postać chłopca. Ze współczuciem popatrzyłem na Dańkę. Więc jednak go zahipnotyzowali. Dzieciak, znający hipnozę jedynie z występów teleszarlatanów, był łatwym obiektem.
Nocą demony pojawiły się jeszcze raz, ale już dwoma kutrami. Znowu zażądali jedzenia, a do jedynej we wsi studni wpuścili giętkie rury, które wyssały niemal całą wodę. Potem nieproszeni przybysze ukryli się, obiecując, że więcej się nie pojawią.
– Najwyraźniej mają problemy z aprowizacją – powiedział ze złośliwą radością Lans. – Jeśli połaszczyli się na miejscowe ziarno i błotnistą wodę, to znaczy, że są w sytuacji krytycznej. Co najważniejsze, tubylcy zauważyli, skąd pojawiły się kutry i dokąd odleciały! Na zachód, czyli tam, gdzie ich zdaniem mieszkają demony.
– Nie musiałeś używać siły? – zapytałem.
– Nie. Wystarczyło parę gróźb i dużo obietnic.
Ernado martwił się czym innym.
– Jakiego typu były te kutry?
– Trudno wyciągnąć szczegóły techniczne z człowieka, który nie miał w ręku nic bardziej skomplikowanego od motyki…
– Nie bądź taki skromny.
– Jeśli sądzić po kształcie, soczewka i cygaro. A więc mały zwiadowczy i desantowy.
Ernado zamknął oczy, próbując sobie coś przypomnieć. Zadowolony skinął głową.
– Albo mają niestandardowe wyposażenie, albo ich statek to krążownik. Wolałbym pierwszą ewentualność.
– Zapewniałeś, że nasz statek może zaatakować krążownik – nie wytrzymałem.
– Ale nie twierdziłem, że wyjdziemy z walki zwycięsko. Tym bardziej w naszym obecnym stanie.
– Dobrze. Stan statku omówimy później. Startuj, Lans. Lecimy na zachód.
Znowu lecieliśmy na najmniejszej możliwej wysokości. Ale tym razem nie w poszukiwaniu Obcych. Lot koszący zmniejszał ryzyko wykrycia.
– Siergiej…
Spojrzałem pytająco na Dańkę.
– Czy ja muszę wracać na Ziemię?
– No wiesz! Nie żal ci rodziców?
Dańka spuścił oczy.
– Żal. Ale skoro już tu trafiłem… oni by się ucieszyli, ja wiem. Mama zawsze mówiła, że wszystko by zrobiła, żebym mógł żyć w normalnym kraju.
Teraz ja odwróciłem wzrok. Chłopiec trafił w czuły punkt. Kto dał mi prawo bycia jedynym Ziemianinem, który przekroczył granice Układu Słonecznego? Czy mogę zabronić Daniiłowi, który cudem trafił w kosmos, zbliżyć się do cywilizacji galaktycznej?
Muszę zabronić.
– Daniił – powiedziałem łagodnie. – To wcale nie jest normalny kraj w rozumieniu twojej mamy. To nie Stany czy Niemcy. Trafiłeś do świata składającego się z tysięcy planet, bardzo często okrutnie walczących ze sobą. Tutaj też bywa nudno… też się zdarza, że się boisz i że czujesz ból. Wielu głoduje, a wielu żyje w niewoli. Normalne życie nie jest wcale łatwiejsze niż na Ziemi. Tym bardziej dla dziecka, które wie dziesięć razy mniej niż jego tutejsi rówieśnicy. Co zrobisz, gdy ja wrócę na Ziemię?
, Dańka wyszeptał tak cicho, że ledwie usłyszałem odpowiedź:
– Niech mi pan pomoże zamustrować się na jakiś statek… Ja też będę szukał Ziemi. Niech się stanie prawdziwą planetą.
Zrobiło mi się nieswojo. Mocno ścisnąłem go za rękę.
– Dańka, jesteś bardzo dzielny, ale… porozmawiamy o tym później.
Chłopiec bez nadziei skinął głową i zapytał:
– A będę mógł zachować to ubranie? Na pamiątkę?
Przypomniałem sobie, z jakim zachwytem Dańka wkładał srebrnoszary kostium pilota, z trudem dopasowany do jego wzrostu. Magnetyczne zapięcia, cienkie rękawiczki przypięte do rękawów, leciutki kaptur z syntetycznego futra, wszyte w środek czujniki i wskaźniki, tryb wzmocnienia mięśni, liczne kieszenie, wypełnione niezbędnymi na statku czy w rajdzie przedmiotami, przypięta do pasa kabura (pusta), pochwa z ciężką wibroklingą, tnącą metal jak drewno… Marzenie każdego chłopca.
A jednocześnie jaki z tego pożytek dla każdego spryciarza. I dla bezpieczeństwa narodowego państwa, w którym Dańka znajdzie się po hiperprzejściu. Takiego kombinezonu na Ziemi nie znają. Żeby zdobyć tkaninę odbijającą silne promieniowanie, odporną na napalm i skoncentrowany kwas, mieszkańcy mojej ojczystej planety nie cofną się przed niczym.
– Nie. Znajdziemy ci coś prostszego.
Dańka skinął głową i odwrócił się. Cholera, jeszcze mi tylko brakowało dziecięcych łez.
– Podchodzimy do gór – oznajmił Lans. – Najlepsze miejsce do ukrycia lądowiska.
Zamilkł, wpatrzony w holosześcian. Nie było widać nic prócz odległych szczytów, ale kuter nagle poszedł ostro w dół.
– Co się stało? – nachyliłem się do Lansa.
– Słup jonizacji! Jakiś statek grzeje silniki przed startem!
Teraz i ja zauważyłem żółtą kolumnę unoszącą się nad górami i powoli topniejącą w stratosferze. Napromieniowane powietrze, zauważalne jedynie dla detektorów kutra, płynęło w górę jak dymek z rozniecanego ogniska.
Kuter opadł w lesie, łamiąc gałęzie i zgniatając młode drzewka. Ostatni wstrząs i wysunięte podpory dotknęły gruntu. Hologramowy obraz drgnął, tracąc wyrazistość.
– Wyłączyłem lokator – wyjaśnił Lans – Mogliby nas zauważyć.
Skinąłem głową i wpatrzyłem się w syntetyzowany przez komputer obraz. Słup jonizacji stawał się coraz ciemniejszy i grubszy, rozpływał się daleko, otaczał góry mgiełką. Sądząc po sile promieniowania, to rzeczywiście był krążownik.
Gdy się szuka stojącego na ziemi statku, otoczonego polem neutralizującym, to zanim zdążą wyłączyć pole, można się znaleźć tysiąc kilometrów od statku, poza strefą rażenia… Ale znacznie gorzej jest natknąć się na gotowy do startu wrogi krążownik z uaktywnionymi systemami ochronnymi. Mogą nas spalić, zanim uświadomimy sobie, co się dzieje.
Siedzieliśmy przed ekranami w absolutnej ciszy. Niczego nierozumiejący Dańka patrzył na mnie przerażony.
– To on – westchnął Lans.
Hologramowy sześcian nie był już potrzebny. Startujący w odległości stu kilometrów krążownik był doskonale widoczny na ekranach.
Śnieżnobiały korpus, pod którym drżał purpurowy płomień, wznosił się nad górami. Z tej odległości wyglądał nieszkodliwie, przypominał ozdobę choinkową.
– Wielki, samotny raider – wyszeptał Lans. – Moc ogniowa wystarczająca do podboju planetarnej twierdzy. Nie mielibyśmy żadnych szans.
– Czy Shorrey Manhem nie miał przypadkiem spadkobierców? – zapytałem. – Gyarski władca też lubił biel.
– To po prostu powłoka ochronna, rozpraszająca promieniowanie laserowe. Wynaleziona pięć lat temu. Nigdy nie słyszałem, żeby komuś wystarczyło środków na pokrycie całego statku. Najwyżej na kadłub kutra bojowego.
– Jasne. Daj łączność z „Terrą” w wąskim zakresie.
Lans pochylił się nad pulpitem, celując w nasz statek ukierunkowanym czujnikiem. Biały stożek statku tonął w niebie.