Lord z planety Ziemia
- Автор: Лукьяненко Сергей Васильевич
- Язык: польский
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Lord z planety Ziemia». Краткое содержание книги:
Mężczyzna drgnął, ale przełknął zniewagę. Dotknął guzików na płytce ze schematem restauracji. Dostrzegłem jego króciutkie wahanie i zrozumiałem, że nie będę długo czekał na rewanż za obelżywe słowa. Strzeż się małych wodzów…
– Proszę iść za wskaźnikiem.
Przed nami zapłonął zielony punkt i zaczął sunąć po podłodze. Wzruszyłem ramionami i wziąłem Dańkę za rękę.
Ogólna sala zajmowała niemal całą naziemną część restauracji. Ściany i sklepienie piramidy otulała migocząca mgiełka unosząca się znad kilku małych basenów. Pomiędzy nimi stały owalne stoliki. Niektóre zasłaniała ta sama świetlista mgłą pozwalająca dostrzec jedynie sylwetki gości pragnących odosobnienia.
Usiedliśmy przy wyznaczonym stoliku. Rozejrzałem się i stwierdziłem, że dostaliśmy całkiem znośne miejsce. Wprawdzie dość blisko sąsiednich stolików, za to nieopodal okrągłej estrady, na której występowała sympatyczna dziewczyna z przyjemnym głosem. Śpiewała po argancku, a ja nie znam tego języka, ale muzyka była cicha, smutna i piękna.
Przed nami pojawił się kelner w fioletowym stroju. Młody, lecz równie pewny siebie jak kierownik sali.
– Czy nasi goście życzą sobie spróbować narodowych dań Argantu? – zapytał. – Do schłodzonej galaretki proponuję wystałe wino Czarny Mag. Pierwsza butelka gratis, na koszt restauracji.
Nie lubię, gdy ktoś próbuje decydować za mnie.
– Życzymy sobie coś innego – odpowiedziałem uprzejmie.
W rękach kelnera pojawiła się płytka.
– Dla chłopca proszę mięsną zupę z kuchni planety Tar, kotlety według przepisu z tejże planety oraz lejańskie słodycze i sok kilany.
Kelner skinął głową, wyraźnie zadowolony z wartości zamówienia. Nie każdego stać na słynne lejańskie słodycze.
– Dla mnie smażone mięso i zimny regraw.
Regraw to tani i niezbyt popularny napój, a jednocześnie najlepszy odpowiednik soku pomidorowego, jaki udało mi się znaleźć.
– To wszystko? – zapytał kelner.
– I schłodzony roztwór spirytusu etylowego. Na czterdzieści części spirytusu sześćdziesiąt wody destylowanej i szczypta cukru. Kelner patrzył na mnie osłupiały.
– Jak nazywa się ten napój?
– Koktajl Nostalgia – odparłem uprzejmie. – Proszę spróbować, nie pożałuje pan.
– W jakiej ilości podać mięso… i koktajl?
– Pół kilograma mięsa, pół litra koktajlu i tyle samo regrawu.
– Mięso przyrządzić z przyprawami? – kelner podjął ostatnią próbę naprowadzenia mnie na słuszną drogę.
– Żadnych przypraw. Sól poda pan oddzielnie.
W oczekiwaniu na zamówienie przyglądaliśmy się gościom. Interesujący widok, i to nie tylko dla chłopca. Szkoda, że miejsca w pobliżu nas były puste albo osłonięte mgiełką. Jeden sąsiedni stolik był wyraźnie widoczny – trzech młodych ludzi o cytrynowożółtej skórze. Przed nimi stały puste talerze i coś w rodzaju wielkiego kwadratowego rondla.
Dwóch kelnerów przyniosło nam zamówione dania. Dańka z zainteresowaniem patrzył na różowy bulion, w którym pływały apetyczne kawałeczki mięsa i pocięte w paski warzywa.
– Spróbuj, to bardzo smaczne – zachęciłem go. Na moim talerzu widniał dobrze wysmażony plaster mięsa prawie bez przypraw. Tak jak powinno być.
Na środku stołu kelner postawił kryształowe karafki z sokiem kilany dla Dańki, „sokiem pomidorowym” oraz koktajlem dla mnie.
– Dziękuję – powiedziałem, napełniając największy kielich do połowy sokiem.
– Zgodnie z regulaminem naszej restauracji chłopcu nie wolno pić alkoholu – oznajmił jeden z kelnerów.
– Nie tknie go – uspokoiłem stróża moralności. – To wszystko dla mnie.
Kelnera przeszył dreszcz. Jego towarzysz przyszedł mu z pomocą.
– Musimy uprzedzić, że w pańskim stoliku włączony jest blok kontroli automatycznej. Jeśli zaproponuje pan chłopcu alkohol, będzie pan zmuszony opuścić restaurację.
– W porządku – zgodziłem się zupełnie szczerze. – Zaczyna mi się u was podobać…
Uzupełniłem kielich koktajlem i powąchałem otrzymaną mieszankę. Kelnerzy odsunęli się, a Dańka zapytał z wyrzutem:
– Będziesz pił wódkę?
– Tylko trochę – odparłem, opróżniając kielich. Do przełyku spłynęło płonące ciepło, a w ślad za nim, zmywając nieprzyjemny smak, porcja czystego „soku pomidorowego”.
Dańka z obrażoną miną zaczął jeść zupę, a ja odkroiłem kawałek mięsa i popatrzyłem na sąsiedni stolik.
Jeden z młodych ludzi właśnie unosił pokrywkę rondla. Wsunął rękę do środka, pogrzebał na dnie… i wyciągnął puszyste stworzonko, przypominające wielkookiego kotka bez ogona, pokryte krótką szarą sierścią.
Zwierzak żałośnie pisnął. Mężczyźni zarechotali i zobaczyłem długie kły, powoli wysuwające się z ich górnych szczęk.
Drgnąłem i odwróciłem wzrok, ale było już za późno. Dańka zauważył, gdzie patrzę. Najpierw uśmiechnął się na widok zwierzątka. Potem oczy zrobiły mu się wielkie jak spodeczki, a wargi zadrżały. Zrozumiał.
– Siergiej, to… to nie może być prawda!
– Prawda – odpowiedziałem twardo – To wampiry z planety Pal. Mogą jeść dowolne produkty, ale wolą krew żywych istot. Żałuję, że nie rozpoznałem ich od razu.
– Siergiej…
W jego głosie było znacznie więcej błagania i strachu, niż mógłbym znieść.
Wstałem od stołu, z hukiem odsuwając krzesło. Oto zemsta doskonała – posadzić gości obok wampirów.
Mężczyźni jednocześnie odwrócili się w moją stronę. Z ust sterczały ostre końce kłów.
Powoli podszedłem do ich stolika. Co wiem o planecie Pal? Była kiedyś kolonią Gyarów. Palijczycy to dobrzy wojownicy i doskonali budowniczowie, a także amatorzy krwi ciepłokrwistych istot…
– Mam do was małą prośbę – powiedziałem cicho.
– Mów – odpowiedział dobrym galaktycznym młody mężczyzna, cały czas trzymając skazanego zwierzaka.
– Włączcie holograficzną zasłonę nad swoim stolikiem. Wasz sposób odżywiania się jest dla nas nieprzyjemny.
– Prośba została odrzucona – odpowiedział Palijczyk z nieukrywaną kpiną. – Każda istota rozumna ma prawo do jawnego uprawiania swoich obyczajów.
– Jeśli nie obrażają one uczuć innych istot rozumnych.
– Nie znajdujemy w naszym zachowaniu nic obraźliwego. W przeciwieństwie do twojego zachowania.
Palijczyk opuścił zwierzątko na talerz i niedbale musnął rękojeść płaszczyznowego miecza na pasie.
Wszyscy trzej byli uzbrojeni.
Nawet nie sięgnąłem do swojego miecza, schowanego w pochwie. Jeśli dojdzie do walki, wyjmę go szybciej niż każdy z tych uśmiechniętych wampirów. Przeszkodzi im stół i wzajemna bliskość.
– Jestem księciem z planety Tar – nadal mówiłem półgłosem. – Tym samym, który zabił władcę Gyarów, przez trzysta lat niewolącego waszą planetę.
Kły wampirów drgnęły.
– Nie zrobiłeś tego dla naszego świata – rzekł Palijczyk, nie zabierając dłoni z rękojeści. – Nie jesteśmy ci nic winni.
– Zabiłem Shorreya Manhema – powtórzyłem. – Nadal dążycie do pojedynku?
W końcu do nich dotarło.
– Czego chcesz?
– Więcej niż przed chwilą. A moje żądania mogą jeszcze wzrosnąć.
– Mów.
– Dodaj „wasza wysokość”.
Kły mignęły w kącikach warg i znikły.
– Proszę mówić, wasza wysokość.
– Ograniczycie swoją kolację do tradycyjnych miejscowych dań. Zwierzęta zostaną odniesione do kuchni z poleceniem wypuszczenia ich na wolność.
Palijczycy milczeli.
– Nie mam ochoty patrzeć na ich krew. Ale mogę zapragnąć sprawdzić kolor waszej.
– Dobrze.