Hiob: Komedia sprawiedliwości [Job: A Comedy of Justice - pl]
- Автор: Хайнлайн Роберт Энсон
- Год: 1992
- Язык: польский
- Год: Rebis
- ISBN: 83-05202-43-9
- Переводчик: Michal Jakuszewski
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Hiob: Komedia sprawiedliwości [Job: A Comedy of Justice - pl]». Краткое содержание книги:
Udałem się do miasta i znalazłem pracę.
Poprzedniego wieczoru podczas zmywania naczyń dowiedziałem się z telegrafu bez drutu (zwanego tutaj „radiem”), że w Stanach Zjednoczonych panowało bezrobocie w zakresie wystarczającym, aby wywołać problemy natury politycznej i społecznej.
Na Południowym Zachodzie zawsze można znaleźć pracę w gospodarstwie rolnym, jednakże już wczoraj uchyliłem się od jej przyjęcia. Nie dlatego, że jestem zbyt dumny, by wykonywać taką robotę. Pomagałem przy żniwach przez wiele lat, od czasu, gdy urosłem na tyle, żeby unieść widły. Nie mogłem jednak pozwolić, żeby Margrethe pracowała na polu.
Nie miałem nadziei, że znajdę pracę jako duchowny. Nie powiedziałem nawet bratu Eddiemu, że jestem wyświęcony. Wśród kaznodziejów panuje bezrobocie. Oczywiście zawsze można znaleźć puste ambony, lecz takie, z których nie wyżyłaby nawet mysz kościelna. Miałem jednak jeszcze drugi zawód.
Pomywacz.
Bez względu na to, jak wielu ludzi jest bezrobotnych, nigdy nie brakuje pracy przy zmywaniu naczyń. Wczoraj po drodze od przejścia granicznego do misji Armii Zbawienia dostrzegłem aż trzy restauracje z wywieszkami: „Potrzebny pomywacz”. Zwróciłem na to uwagę, gdy podczas długiej podróży z Mazatlanu zdążyłem pojąć, że nie znajdę żadnego innego zatrudnienia.
W tym świecie nie byłem wyświęconym kapłanem. Nie mogłem też nim się stać, ponieważ nie posiadałem świadectwa ukończenia seminarium czy szkoły teologicznej, a nawet poparcia jakiejś prymitywnej sekty, która nie dba o dyplomy, polegając jedynie na inspiracji Ducha Świętego.
Z pewnością nie byłem inżynierem.
Nie mogłem zdobyć pracy jako nauczyciel, nawet tych przedmiotów, które znałem dobrze, ponieważ nie mogłem już przedstawić żadnych dyplomów, a nawet świadectwa ukończenia szkoły powszechnej.
Ogólnie rzecz biorąc, nie nadawałem się na sprzedawcę. To prawda, że wykazałem się nieoczekiwanym talentem podczas profesjonalnej zbiórki pieniędzy… Tutaj jednak nie miałem w tej dziedzinie żadnych osiągnięć ani koniecznej reputacji.
Mogłem je któregoś dnia zdobyć, lecz pieniądze były nam potrzebne dzisiaj.
Co więc zostawało? Przejrzałem ogłoszenia oferujące pracę w egzemplarzu nogaleskiego „Timesa”, który ktoś pozostawił w misji.
Nie byłem rachmistrzem podatkowym. Nie byłem mechanikiem żadnego rodzaju. Nie wiedziałem, co to takiego programista, ale nim nie byłem. Nie byłem też niczym „komputerowym”. Nie byłem pielęgniarką ani żadnym specjalistą od opieki nad chorymi.
Mógłbym wyliczać w nieskończoność to, czym nie byłem i nie mogłem się stać w przeciągu jednej nocy, lecz nie ma to sensu. Jedyną rzeczą, którą mogłem robić, aby utrzymać Margrethe i siebie, zanim ocenimy ten nowy świat i poznamy jego ścieżki, było to, co musiałem robić jako „peón”. Zdolny i godny zaufania pomywacz nigdy nie głoduje (może za to umrzeć z nudów).
Pierwszy lokal, który odwiedziłem, pachniał nieprzyjemnie, a jego kuchnia była brudna. Nie zatrzymałem się tam długo. Drugi był dużym hotelem zatrudniającym przy zmywaniu kilka osób. Szef spojrzał na mnie i powiedział:
— To robota dla Meksykańców. Nie spodoba ci się tutaj.
Próbowałem się sprzeciwić, lecz nie pozwolił mi dojść do głosu.
Trzeci lokal był w sam raz — restauracja tylko trochę większa niż „Pancho Vila” z czystą kuchnią i szefem nie bardziej skwaszonym niż przeciętnie.
Ostrzegł mnie:
— Płacimy tu płacę minimalną. Nie ma podwyżek. Jeden posiłek na koszt firmy. Jak zobaczę, że coś gwizdnąłeś, nawet wykałaczkę, to wylatujesz natychmiast. Nie dam ci drugiej szansy. Pracujesz w takich godzinach, jakie ustalę. Mogę je zmieniać tak, jak mi będzie pasowało. W tej chwili jesteś mi potrzebny od południa do czwartej i od szóstej do dziesiątej, przez pięć dni w tygodniu. Możesz też pracować sześć dni, ale bez dodatku za godziny nadliczbowe. Dostaniesz go, jeśli będę cię potrzebował przez więcej niż osiem godzin dziennie lub czterdzieści osiem tygodniowo.
— Pasuje.
— Zgoda. Pokaż mi swoją kartę ubezpieczeń społecznych.
Wręczyłem mu pozwolenie na pracę, lecz oddał mi je z powrotem.
— Mam ci płacić dwanaście i pół dolara na godzinę na podstawie tego? Nie jesteś Meksykańcem. Chcesz, żebym miał kłopoty z władzą? Skąd masz to pozwolenie?
Zaśpiewałem mu całą piosenkę, którą przygotowałem dla Urzędu Imigracyjnego.
— Straciłem wszystko. Nie mogę nawet zadzwonić, żeby przysłali mi pieniądze. Muszę wpierw dotrzeć do domu, zanim będę mógł pobrać cokolwiek z konta.
— Mógłbyś się zwrócić do opieki społecznej.
— Proszę pana, mam na to za dużo cholernej dumy. (Nie wiem, jak to zrobić, i nie potrafię nawet udowodnić, że to ja. Proszę mnie nie przepytywać, lecz pozwolić mi zmywać naczynia.)
— Przyjemnie to usłyszeć. „Cholerna duma”. Szkoda, że w tym kraju nie ma więcej takich ludzi jak ty. Idź do Biura Ubezpieczeń i poproś, żeby wydali ci nową kartę. Zrobią to, nawet jeśli nie pamiętasz numeru starej. Potem wróć tutaj i weź się za robotę. Hmm. Wciągnę cię już na listę płac. Musisz jednak wrócić i odpracować pełen dzień, zanim ci zapłacę.
— To mi odpowiada. Gdzie znajdę Biuro Ubezpieczeń?
Tak więc udałem się do budynku władz federalnych i ponownie powtórzyłem te same kłamstwa, przyozdabiając je tylko w miarę potrzeby.
Poważnie wyglądająca młoda dama, która wydała mi kartę, uparła się, aby udzielić mi wykładu na temat ubezpieczeń społecznych i sposobu, w jaki one działały. Najwyraźniej wykuła go na pamięć. Założę się, że nigdy nie miała „klienta” (tak mnie nazwała), który słuchałby z równą uwagą. Wszystko to były dla mnie nowe rzeczy.
Podałem nazwisko Alec L. Graham. Nie była to świadoma decyzja. Używałem tego nazwiska od tygodni i odpowiedziałem odruchowo. Nie bardzo mogłem powiedzieć: Przepraszam panią, ale naprawdę nazywam się Hergensheimer.
Zacząłem pracę. Podczas przerwy między czwartą i szóstą poszedłem do misji i dowiedziałem się, że Margrethe również znalazła zatrudnienie. Miała pracować tylko czasowo, przez trzy tygodnie, lecz były to trzy tygodnie w najbardziej gorącym okresie. Kucharka misji nie miała urlopu od ponad roku i chciała właśnie udać się do Flagstaff, aby odwiedzić tam swoją córkę, która niedawno urodziła dziecko. Margrethe dostała więc na ten czas jej pracę, a wraz z nią jej sypialnię.
Brat i siostra Graham znaleźli się w znakomitej sytuacji — na razie.
XIV
A dalej widziałem pod słońcem,
że to nie chyżym bieg się udaje
i nie waleczni w walce zwyciężają.
Tak samo nie mędrcom chleb się dostaje
w udziale,
ani rozumnym bogactwo,
ani też nie uczeni cieszą się względami.
Bo czas i przypadek rządzi wszystkim.