Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Серия: Opowieści z meekhańskiego pogranicza #2
- Год: 2010
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788361187165
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód». Краткое содержание книги:
Czaardan zaszumiał i ucichł.
– I nie, nie zrobimy tego sami, choć wierzę, że bardzo byście chcieli. Siódmy pójdzie za nami. My mamy za zadanie ściągnąć na siebie całą uwagę Błyskawic i ich szamanów. Żeby nie mogli wysłać czujek na boki, żeby Źrebiarze użyli wszystkiego, co mają, i byli bardzo zmęczeni, gdy nasi uderzą. Tylko wtedy pułk podejdzie do nich niezauważony. To jak łowy na niedźwiedzia, kiedy jeden myśliwy wrzeszczy i ściąga na siebie uwagę zwierzęcia, a inni zachodzą go i wbijają włócznię w bok.
Laskolnyk przestał się uśmiechać.
– Może się nam nie udać, dzieci. Możemy przeliczyć się z siłami. Kto chce, jutro rano niech wróci do stanicy. Bo jak plan nie zadziała, to jutro wieczorem wszyscy będziemy martwi.
* * *
Plan najwyraźniej nie zadziałał.
Kolejnego Źrebiarza znaleźli godzinę po rozmowie z posłańcem. Tym razem pościg stracił już swoją dzikość. Koczownicy wciąż siedzieli im na karku, ale nie próbowali już szaleńczych szarż w pełnym cwale. Zamiast tego gnali ich tylko w wyznaczonym, sobie tylko znanym kierunku. I nie dawali chwili wytchnienia.
Trzymali się sto pięćdziesiąt jardów za nimi tak ściśle, jakby ktoś sznurkiem wymierzył odległość. Skrzydła pogoni rozciągnęły się nieco bardziej, pogrubiły, widać było, że tym razem niespodziewany zwrot nie przebije się przez żadne z nich.
Kailean rzuciła okiem na prawo i lewo. Daghena jechała nisko pochylona, raz po raz muskając wolną dłonią któryś ze swoich amuletów, Janne twarz miał ściągniętą jak pośmiertna maska, oczy ciemne i na wpół martwe. Jego koń rzęził, jakby ktoś nasypał mu w gardło stepowego pyłu.
Ale biegł. Sunął ciężkim, rytmicznym galopem, którym konie czaardanu potrafiły pędzić przez pół dnia. Coś jej mówiło, że będzie tak biegł, dopóki serce mu nie pęknie, bo to właśnie taki wierzchowiec. Najlepszy, jakiego można kupić za pieniądze, ukraść lub zdobyć w walce.
Lecz w tym galopie towarzyszyło im coś jeszcze. Rozpacz. Czarna, lepka i mdła. Odbierająca nadzieję i plącząca myśli.
Bo Błyskawice gnały ich tam, gdzie chciały. Każda próba zmiany kierunku kończyła się wściekłym cwałem któregoś ze skrzydeł pogoni. Chciały ich zamęczyć, zagonić na śmierć. Mimo że od czasu do czasu kilka koni odpadało z grupy ścigających, Kanawer Daru Glech musiał uznać, że warto. Jeszcze kwadrans, pół godziny, a czaardan się rozsypie. Konie zaczną się przewracać, a wtedy jeźdźcy złamią karki lub, bezbronni wobec konnych, dadzą się schwytać na arkan. Na dodatek musiały pędzić w stronę, którą wyznaczał dowódca koczowników; Kailean, obserwując wędrówkę słońca po niebie, była gotowa założyć się, że zmusza ich do krążenia po spirali. Zataczali powoli wielkie koło pośrodku Lanwaren, zbliżając się do jego centrum i – tu zakładanie się byłoby już głupotą – trzymając z daleka od Siódmego. Pomoc nie nadejdzie, lis porwał przynętę i wymknął się myśliwemu. Napotkała wzrok Kocimiętki, a zaraz potem Lei. Nie tylko ona rozglądała się wokół, jakby chcąc ostatni raz spojrzeć na towarzyszy.
Nie uciekną, mówiły te spojrzenia, plan się nie udał. Lecz oni na pewno nie dadzą się wziąć żywcem.
Desperacja, siostra rozpaczy.
Czary przelały się przez wzgórze powolną, syczącą falą. Widziała je jako postrzępione, pełzające tuż przy ziemi, mgliste smugi, ciemniejsze na krawędziach niż w środku, niewzruszone, mimo wzmagającego się wiatru. Płynęły w dół w tempie leniwego spaceru, pożerając wszystko na swojej drodze. Suche trawy i rachityczne krzaczki marszczyły się i rozpadały w szary, lepki pył.
Błyskawice nie potrzebowały więcej konnych, żeby zamknąć pułapkę.
Zwrot! Lewo!
Konie niemal położyły się na ziemi, biorąc ostry zakręt. Pomknęli wzdłuż skażonego magią terenu, po lewej mając zbliżającą się ścianę żelaza. Jeźdźcy Burzy postanowili wreszcie zakończyć zabawę.
Łuki!
Widziała zbliżający się oddział, lance zakończone pętlami, arkany, liny. Nadal chcieli ich brać żywcem. Założyła na cięciwę szydło, zostawiając ostatnią igłę w kołczanie. Byli blisko.
Teraz!
Oddali salwę, potem następną. Strzały leciały płasko i wbijały się w końskie i ludzkie piersi, głowy, szyje. Laskolnyk nie wymagał, żeby wszyscy w czaardanie strzelali z absolutnym mistrzostwem, ale kilka takich osób było. A ona zawsze miała dryg do łuku.
Pierwszym szydłem zdjęła z siodła Se-kohlandczyka, który na swoje nieszczęście zbyt nisko opuścił tarczę. Drugim przestrzeliła gardło jego towarzyszowi. Prawdę mówiąc, mierzyła w twarz. Założyła trzecią strzałę, napięła łuk...
Daghena krzyknęła ostrzegawczo, gdy czaardan w pełnym pędzie wpadł w mgliste smugi. Czary, do tej pory płynące leniwie nad ziemią, ruszyły nagle z miejsca i w mgnieniu oka owinęły się wokół końskich nóg. Wiało od nich chłodem, lodowatym tchnieniem z najodleglejszych rejonów Wszechrzeczy, z samego dna chłostanego mroźnymi wiatrami piekła.
Jeźdźcy Burzy zaprzestali pościgu, zatrzymując się w odległości jakichś trzydziestu jardów, tuż przed granicą pokrywających ziemię czarów. Już nie byli potrzebni.
Konie czaardanu zareagowały dzikim, wyzywającym rżeniem i pomknęły przed siebie. Potrzeba było kilku długich chwil, zanim ten chłód przegryzie się przez żywe ciało, zamrozi mięśnie i ścięgna, kości i krew, zanim zmieni nogi wierzchowców w kawałki martwej tkanki, pękające jak szkło. Jeszcze mogli się wyrwać.
Lecz czary podążały za nimi niczym przywiązane do końskich pęcin, a ktokolwiek nimi kierował, był prawdziwym mistrzem i trzymał ich w garści.
Gwizdek Laskolnyka przebił się przez tętent kopyt.
Stać!!!
Zatrzymali się, szarpiąc wodze, aż niektóre konie przysiadły na zadach.
Daghena sięgnęła nagle do wiszącej przy siodle torby i wyjęła garść kolorowych kamyków. Rozrzuciła je wokół szerokim, gospodarskim gestem, jak chłop siejący zboże. Szare opary połknęły żwir i przez chwilę nic się nie działo.