Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód

Электронная книга - «Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód». Краткое содержание книги:

Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód
1 ... 35 36 37 38 39 40 41 42 43 ... 173
Перейти на страницу:

Cza­ar­dan za­szu­miał i ucichł.

– I nie, nie zro­bi­my tego sami, choć wie­rzę, że bar­dzo by­ście chcie­li. Siód­my pój­dzie za nami. My mamy za za­da­nie ścią­gnąć na sie­bie całą uwa­gę Bły­ska­wic i ich sza­ma­nów. Żeby nie mo­gli wy­słać czu­jek na boki, żeby Źre­bia­rze uży­li wszyst­kie­go, co mają, i byli bar­dzo zmę­cze­ni, gdy nasi ude­rzą. Tyl­ko wte­dy pułk po­dej­dzie do nich nie­zau­wa­żo­ny. To jak łowy na niedź­wie­dzia, kie­dy je­den my­śli­wy wrzesz­czy i ścią­ga na sie­bie uwa­gę zwie­rzę­cia, a inni za­cho­dzą go i wbi­ja­ją włócz­nię w bok.

La­skol­nyk prze­stał się uśmie­chać.

– Może się nam nie udać, dzie­ci. Mo­że­my prze­li­czyć się z si­ła­mi. Kto chce, ju­tro rano niech wró­ci do sta­ni­cy. Bo jak plan nie za­dzia­ła, to ju­tro wie­czo­rem wszy­scy bę­dzie­my mar­twi.

* * *

Plan naj­wy­raź­niej nie za­dzia­łał.

Ko­lej­ne­go Źre­bia­rza zna­leź­li go­dzi­nę po roz­mo­wie z po­słań­cem. Tym ra­zem po­ścig stra­cił już swo­ją dzi­kość. Ko­czow­ni­cy wciąż sie­dzie­li im na kar­ku, ale nie pró­bo­wa­li już sza­leń­czych szarż w peł­nym cwa­le. Za­miast tego gna­li ich tyl­ko w wy­zna­czo­nym, so­bie tyl­ko zna­nym kie­run­ku. I nie da­wa­li chwi­li wy­tchnie­nia.

Trzy­ma­li się sto pięć­dzie­siąt jar­dów za nimi tak ści­śle, jak­by ktoś sznur­kiem wy­mie­rzył od­le­głość. Skrzy­dła po­go­ni roz­cią­gnę­ły się nie­co bar­dziej, po­gru­bi­ły, wi­dać było, że tym ra­zem nie­spo­dzie­wa­ny zwrot nie prze­bi­je się przez żad­ne z nich.

Ka­ile­an rzu­ci­ła okiem na pra­wo i lewo. Da­ghe­na je­cha­ła ni­sko po­chy­lo­na, raz po raz mu­ska­jąc wol­ną dło­nią któ­ryś ze swo­ich amu­le­tów, Jan­ne twarz miał ścią­gnię­tą jak po­śmiert­na ma­ska, oczy ciem­ne i na wpół mar­twe. Jego koń rzę­ził, jak­by ktoś na­sy­pał mu w gar­dło ste­po­we­go pyłu.

Ale biegł. Su­nął cięż­kim, ryt­micz­nym ga­lo­pem, któ­rym ko­nie cza­ar­da­nu po­tra­fi­ły pę­dzić przez pół dnia. Coś jej mó­wi­ło, że bę­dzie tak biegł, do­pó­ki ser­ce mu nie pęk­nie, bo to wła­śnie taki wierz­cho­wiec. Naj­lep­szy, ja­kie­go moż­na ku­pić za pie­nią­dze, ukraść lub zdo­być w wal­ce.

Lecz w tym ga­lo­pie to­wa­rzy­szy­ło im coś jesz­cze. Roz­pacz. Czar­na, lep­ka i mdła. Od­bie­ra­ją­ca na­dzie­ję i plą­czą­ca my­śli.

Bo Bły­ska­wi­ce gna­ły ich tam, gdzie chcia­ły. Każ­da pró­ba zmia­ny kie­run­ku koń­czy­ła się wście­kłym cwa­łem któ­re­goś ze skrzy­deł po­go­ni. Chcia­ły ich za­mę­czyć, za­go­nić na śmierć. Mimo że od cza­su do cza­su kil­ka koni od­pa­da­ło z gru­py ści­ga­ją­cych, Ka­na­wer Daru Glech mu­siał uznać, że war­to. Jesz­cze kwa­drans, pół go­dzi­ny, a cza­ar­dan się roz­sy­pie. Ko­nie za­czną się prze­wra­cać, a wte­dy jeźdź­cy zła­mią kar­ki lub, bez­bron­ni wo­bec kon­nych, da­dzą się schwy­tać na ar­kan. Na do­da­tek mu­sia­ły pę­dzić w stro­nę, któ­rą wy­zna­czał do­wód­ca ko­czow­ni­ków; Ka­ile­an, ob­ser­wu­jąc wę­drów­kę słoń­ca po nie­bie, była go­to­wa za­ło­żyć się, że zmu­sza ich do krą­że­nia po spi­ra­li. Za­ta­cza­li po­wo­li wiel­kie koło po­środ­ku Lan­wa­ren, zbli­ża­jąc się do jego cen­trum i – tu za­kła­da­nie się by­ło­by już głu­po­tą – trzy­ma­jąc z da­le­ka od Siód­me­go. Po­moc nie na­dej­dzie, lis po­rwał przy­nę­tę i wy­mknął się my­śli­we­mu. Na­po­tka­ła wzrok Ko­ci­mięt­ki, a za­raz po­tem Lei. Nie tyl­ko ona roz­glą­da­ła się wo­kół, jak­by chcąc ostat­ni raz spoj­rzeć na to­wa­rzy­szy.

Nie uciek­ną, mó­wi­ły te spoj­rze­nia, plan się nie udał. Lecz oni na pew­no nie da­dzą się wziąć żyw­cem.

De­spe­ra­cja, sio­stra roz­pa­czy.

Cza­ry prze­la­ły się przez wzgó­rze po­wol­ną, sy­czą­cą falą. Wi­dzia­ła je jako po­strzę­pio­ne, peł­za­ją­ce tuż przy zie­mi, mgli­ste smu­gi, ciem­niej­sze na kra­wę­dziach niż w środ­ku, nie­wzru­szo­ne, mimo wzma­ga­ją­ce­go się wia­tru. Pły­nę­ły w dół w tem­pie le­ni­we­go spa­ce­ru, po­że­ra­jąc wszyst­ko na swo­jej dro­dze. Su­che tra­wy i ra­chi­tycz­ne krzacz­ki marsz­czy­ły się i roz­pa­da­ły w sza­ry, lep­ki pył.

Bły­ska­wi­ce nie po­trze­bo­wa­ły wię­cej kon­nych, żeby za­mknąć pu­łap­kę.

Zwrot! Lewo!

Ko­nie nie­mal po­ło­ży­ły się na zie­mi, bio­rąc ostry za­kręt. Po­mknę­li wzdłuż ska­żo­ne­go ma­gią te­re­nu, po le­wej ma­jąc zbli­ża­ją­cą się ścia­nę że­la­za. Jeźdź­cy Bu­rzy po­sta­no­wi­li wresz­cie za­koń­czyć za­ba­wę.

Łuki!

Wi­dzia­ła zbli­ża­ją­cy się od­dział, lan­ce za­koń­czo­ne pę­tla­mi, ar­ka­ny, liny. Na­dal chcie­li ich brać żyw­cem. Za­ło­ży­ła na cię­ci­wę szy­dło, zo­sta­wia­jąc ostat­nią igłę w koł­cza­nie. Byli bli­sko.

Te­raz!

Od­da­li sal­wę, po­tem na­stęp­ną. Strza­ły le­cia­ły pła­sko i wbi­ja­ły się w koń­skie i ludz­kie pier­si, gło­wy, szy­je. La­skol­nyk nie wy­ma­gał, żeby wszy­scy w cza­ar­da­nie strze­la­li z ab­so­lut­nym mi­strzo­stwem, ale kil­ka ta­kich osób było. A ona za­wsze mia­ła dryg do łuku.

Pierw­szym szy­dłem zdję­ła z sio­dła Se-koh­land­czy­ka, któ­ry na swo­je nie­szczę­ście zbyt ni­sko opu­ścił tar­czę. Dru­gim prze­strze­li­ła gar­dło jego to­wa­rzy­szo­wi. Praw­dę mó­wiąc, mie­rzy­ła w twarz. Za­ło­ży­ła trze­cią strza­łę, na­pię­ła łuk...

Da­ghe­na krzyk­nę­ła ostrze­gaw­czo, gdy cza­ar­dan w peł­nym pę­dzie wpadł w mgli­ste smu­gi. Cza­ry, do tej pory pły­ną­ce le­ni­wie nad zie­mią, ru­szy­ły na­gle z miej­sca i w mgnie­niu oka owi­nę­ły się wo­kół koń­skich nóg. Wia­ło od nich chło­dem, lo­do­wa­tym tchnie­niem z naj­od­le­glej­szych re­jo­nów Wszech­rze­czy, z sa­me­go dna chło­sta­ne­go mroź­ny­mi wia­tra­mi pie­kła.

Jeźdź­cy Bu­rzy za­prze­sta­li po­ści­gu, za­trzy­mu­jąc się w od­le­gło­ści ja­kichś trzy­dzie­stu jar­dów, tuż przed gra­ni­cą po­kry­wa­ją­cych zie­mię cza­rów. Już nie byli po­trzeb­ni.

Ko­nie cza­ar­da­nu za­re­ago­wa­ły dzi­kim, wy­zy­wa­ją­cym rże­niem i po­mknę­ły przed sie­bie. Po­trze­ba było kil­ku dłu­gich chwil, za­nim ten chłód prze­gry­zie się przez żywe cia­ło, za­mro­zi mię­śnie i ścię­gna, ko­ści i krew, za­nim zmie­ni nogi wierz­chow­ców w ka­wał­ki mar­twej tkan­ki, pę­ka­ją­ce jak szkło. Jesz­cze mo­gli się wy­rwać.

Lecz cza­ry po­dą­ża­ły za nimi ni­czym przy­wią­za­ne do koń­skich pę­cin, a kto­kol­wiek nimi kie­ro­wał, był praw­dzi­wym mi­strzem i trzy­mał ich w gar­ści.

Gwiz­dek La­skol­ny­ka prze­bił się przez tę­tent ko­pyt.

Stać!!!

Za­trzy­ma­li się, szar­piąc wo­dze, aż nie­któ­re ko­nie przy­sia­dły na za­dach.

Da­ghe­na się­gnę­ła na­gle do wi­szą­cej przy sio­dle tor­by i wy­ję­ła garść ko­lo­ro­wych ka­my­ków. Roz­rzu­ci­ła je wo­kół sze­ro­kim, go­spo­dar­skim ge­stem, jak chłop sie­ją­cy zbo­że. Sza­re opa­ry po­łknę­ły żwir i przez chwi­lę nic się nie dzia­ło.

1 ... 35 36 37 38 39 40 41 42 43 ... 173
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)