Ucieczka z Festung Breslau
- Автор: Земянский Анджей
- Год: 2009
- Язык: польский
- Год: Wydawnictwo Dolnośląskie
- ISBN: 978-83-245-8895-4
- Жанр: Триллеры
Электронная книга - «Ucieczka z Festung Breslau». Краткое содержание книги:
-Hiszpania - usłyszał po chwili. - Czytałem wszystkie gazety z okresu wojny domowej. Wtedy pasjonowałem się takimi rzeczami, dyskutowaliśmy z kolegami. Wiesz? Pewnego razu spytałem znajomego, kogo uważa za najlepszego polskiego korespondenta wojennego. I wiesz co mi odpowiedział? Ze najlepszym korespondentem wojennym był Jan Chryzostom Pasek! Ha, ha, ha... No tak. Ale ty i tak nie zrozumiesz dowcipu.
-Nie do śmiechu mi i gadania o jakimś Pasku. - Schielke strzepnął popiół ze śmierdzącego cygara. - W jednym masz rację - westchnął po chwili.
-Mmm?
-Wystarczy, że mi wszedłeś na ambicję, i już czuję przypływ energii.
Holmes zawołał gospodynię i poprosił o wrzątek i dwie filiżanki. Z niesmakiem podniósł jakieś naczynie z podłogi i powąchał. Potem wyjął z kieszeni płaszcza paczuszkę prawdziwej kawy.
-Powiedz, jak na całą sprawę zareagował Tietz?
-Namnożył mi wrogów.
-No chyba wrogów możesz mieć już w dupie. Pewnie był zachwycony?
-Oczywiście. Jedno mu się udało.
Kiedy gospodyni przyniosła czajnik i nakrycie, Holmes szybko zalał kawę, dosypując do filiżanek trochę cynamonu. Potem usiadł z powrotem w fotelu, słuchając z ciekawością.
-Na odprawie przy wszystkich kazał otworzyć szampana. Podniósł kieliszek i palnął z grubej rury.
-No, no?
-Powiedział: „Moi panowie, wyobraźcie sobie, że mój oficer, przebywając na zwolnieniu lekarskim, zasłużył na Krzyż Żelazny. A ja się zastanawiam, na co zasłużyli ci z was, którzy w tym czasie byli na służbie”.
-O Jezu. Powiało grozą, co?
-Tym bardziej, że dodał: „Jednostki liniowe coraz to zgłaszają zapotrzebowanie na oficerów różnych służb. Na szczęście niektórzy z panów zwalniają mnie z cierpień związanych z dylematem wyboru”.
-Ostro przemówił. To się nazywa skuteczna polityka motywacyjna.
Schielke smętnie skinął głową. Końcem palca przesunął leżący na blacie biurka order.
-Za ten kawałek metalu ginęli prawdziwi bohaterowie. Ja dostałem to za rabunek diamentów na tyłach.
Holmes tylko westchnął.
-Nie bój się. Za twoje akta, te, które miały być spalone, a ja je odkupiłem, dowództwo nadało mi Virtuti Militari. To też taka blaszka, za którą ludzie oddawali życie. Ja dostałem za stos bezwartościowych papierów.
-To mamy ten sam dylemat moralny.
-Mów za siebie. - Holmes upił łyk kawy. - Ja nie gram według reguł tego świata.
Schielke spojrzał na niego. Bez zdziwienia, bez zaskoczenia, tak po prostu.
-A według jakich reguł grasz?
-Instytucji o nazwie: „The Holmes”.
Dłużewski wstał lekko i rozłożył ręce w teatralnym geście.
-Niebo gwiaździste nade mną, a prawo moralne we mnie - wyrecytował, dumnie wypinając pierś.
-Nie bądź taki Kant, Immanuel. Mów konkretnie.
-Watson na zwiadzie, Mycroft za plecami, a ja zawsze w środku, bo to ja ustanawiam prawo.
-Eeee... - Schielke tylko wzruszył ramionami.
-Oj, przestań nareszcie gnić tutaj, grzebiąc we własnej zgniłej duszy oblepionej moralną zgnilizną w zgniłym sosie gnilnym!
Schielke odwrócił głowę.
-Coś się tak nabzdyczył? - Holmes przykucnął i oparł łokcie na poręczy jego fotela. Zaciągnął się cygarem i dmuchnął dymem w twarz siedzącemu. Schielke zaciągnął się również i odpowiedział tym samym. Holmes dmuchnął jeszcze raz. Schielke też. Długą chwilę jak dwaj zacietrzewieni chłopcy dmuchali sobie w twarze.
-Porąbało was? -Watsona, który właśnie otworzył drzwi, dosłownie zaryło w progu. Nie mógł uwierzyć własnym oczom.
Holmes i Schielke odsunęli się od siebie gwałtownie.
-Jezu, jaki zaduch - Watson wachlował się trzymaną w ręku kopertą. - Dajcie takie cygaro, ja też podmucham i popełnimy zbiorowe samobójstwo.
-Masz wszystko? - Dłużewski zerknął pod światło i uchylił trochę okno. Nie za bardzo, tyle tylko, żeby było coś widać.
-Mam. Namiar jest świetny. Sprawdziłem.
-A więc bierzemy się do roboty. Tylko pomóż mi wyciągnąć Dietera z otchłani mąk moralnych.
- Jak? Mam dmuchać na niego dymem?
Miasto wydawało się prawie wymarłe. Ale trudno się dziwić. W ostatnim momencie przed ewakuacją, kiedy jeszcze przybywali tu uchodźcy, liczbę ludności szacowano na ponad milion. Teraz pozostało trochę ponad dwieście tysięcy. I trudno się dziwić, że wokół było pusto. Ci, którzy zostali, pracowali teraz pełną parą we wszystkich zakładach pomagających utrzymać zdolność bojową Rzeszy. Schielke szedł więc prawie sam wzdłuż południowej pierzei Rynku. Zimowe słońce świeciło ostro. Na szczęście miał na oczach doskonałej jakości, amerykańskie okulary przeciwsłoneczne zabrane jakiemuś zestrzelonemu pilotowi. Dobrze się czuł tego ranka, szczególnie mając na sobie nowiutki mundur wykonany przez najlepszego i najdroższego krawca w mieście. Odruchowo dotknął ręką kieszeni. Wszystko znajdowało się na swoich miejscach. Był po prostu obładowany pieniędzmi. Z łupu, który zwinęli martwej wdowie, diamenty powędrowały do skrytki. Dolary i funty stanowiły rezerwę na czas ich ewakuacji, a za złoto mieli kupować brylanty. Ale co zrobić ze stosami niemieckich marek? Przecież już niedługo osiągną zawrotną cenę makulatury albo wręcz papieru do robienia skrętów tak modnych wśród radzieckich żołnierzy. Kupić za nie cokolwiek? Nikt z czarnego rynku od dawna nie łakomił się na „kolorowe papierki”, jak je nazywali. Podzielili więc ogromną sumę między siebie, jak to ujął Holmes, by osłodzić sobie ostatnie chwile imperium, które odchodzi w zapomnienie. Schielke, co prawda, zawsze miał pieniądze, ale raczej nigdy takich kwot, do wydania od razu. I co tu robić? Wstąpił do małego, ekskluzywnego sklepu z artykułami piśmienniczymi.
- Witam pana serdecznie. - Sprzedawca, najprawdopodobniej właściciel, osobiście, bo personel dawno mu zmobilizowano, zerwał się z krzesła. - Proszę, proszę, panie kapitanie - na widok Krzyża Żelaznego prawie stanął na baczność. - Czym mogę służyć?
-Mógłby mi pan zaproponować jakieś porządne pióro?
-Ależ oczywiście. - Starszy człowiek pokuśtykał do wielkiej gabloty. - Mam doskonałej jakości, niemieckie, nie do zdarcia. Idealne i do gabinetu, i na warunki frontowe. Producent gwarantuje...
-Nie, nie. Poprosiłbym o coś bardziej wyrafinowanego.
Sprzedawca odwrócił wzrok od gabloty. Błyskawicznie, jednym spojrzeniem ocenił nieskazitelny mundur potencjalnego kupca, amerykańskie okulary, brytyjskie, skórzane rękawiczki, tak wykonane, że wydawały się jedynie lśniącą mgiełką na dłoniach.
-Z całą pewnością coś dobierzemy.
Zamknął gablotę i pokuśtykał do sporego sejfu umieszczonego w ścianie.
-Proszę bardzo. - Powoli wykładał na ladę luksusowe pudełka. - Oto kolekcja Watermana. Jeszcze przedwojenna. Polecałbym...
-Chciałbym kupić komplet. Jedno pióro dla mnie, drugie dla kobiety.
-Rozumiem. Rozumiem, obydwa takie same, jedno pióro mniejsze dla damy. - Tamten domyślił się natychmiast.
Otworzył jedno z większych pudełek i przez irchową szmatkę podniósł pióro.
-Goldstone, model 1936. Limitowana, numerowana seria. Ten egzemplarz ma numer czterdzieści dziewięć. Złoto, platyna, perłowa inkrustacja. Damski odpowiednik ma wprawiony w obsadkę brylancik. Bardzo kosztowny zestaw, ale zapewniam pana, że wart tych pieniędzy.
Właściciel lokalu otworzył kałamarz i ostrożne umoczył w nim stalówkę.
-Proszę sprawdzić, jak pisze. - Położył na blacie kartkę. - Mimo całego blichtru to ciężki, użytkowy egzemplarz, który nie zawodzi w żadnych warunkach. Może pan go nosić w kieszeni, podpisywać rozkazy i być pewnym, że na mundurze nigdy nie pojawi się żadna plamka. Nie chlapnie też na