Pelagia i czerwony kogut
- Автор: Акунин Борис Чхартишвили
- Серия: Prowincjonalny kryminał #3
- Год: 2004
- Язык: польский
- Год: Noir sur Blanc
- ISBN: 83-7392-078-1
- Переводчик: Henryk Chłystowski
- Жанр: Исторические детективы
Электронная книга - «Pelagia i czerwony kogut». Краткое содержание книги:
Zapyziałe rosyjskie miasteczko przypomina marnego pijaczynę, któremu ma się ochotę dać kopiejkę, z westchnieniem nad jego nędznym losem, Jaffa zaś wydała się Polinie Andriejewnie albo opętanym, albo trędowatym, przed którym nic, tylko uciekać ile sił w nogach.
Dodając sobie ducha, pani Lisicyna powiedziała do siebie surowo: „Mniszka nie powinna uciekać nawet przed trędowatym". Aby odgrodzić się od obrzydlistwa i fetoru, skierowała wzrok wyżej, na żółte mury miejskich budowli. Ale i one nie były odpoczynkiem dla oka. Anonimowi architekci tych niewyszukanych budynków pozbawieni byli próżności i najwyraźniej nie zależało im na opinii potomnych.
Polina-Pelagia podniosła walizkę, sakwojaż ścisnęła pod pachą i ruszyła poprzez ciżbę w stronę wąziutkiego zaułka ze schodkami – tam przynajmniej będzie można znaleźć cień i postanowić, co robić dalej.
Jednak nic z tego nie wyszło – została na placu.
Nieogolony człowieczek – w kamizelce i spodniach, ale przy tym w tureckim fezie i arabskich sandałach – tryumfalnie szturchnął ją palcem:
– Ir zend a jidiszke![10] Chodźmy szybciej, zaprowadzę panią do pierwszorzędnego koszernego hotelu! Będzie tam pani jak u mamy!
– Jestem Rosjanką.
– Aaa – przeciągnął nieogolony. – To musi pani do tamtego pana.
Polina Andriejewna spojrzała we wskazanym kierunku i radośnie zakrzyknęła. Pod szerokim płóciennym parasolem siedział tam na składanym krzesełku przyzwoicie wyglądający mężczyzna w ciemnych okularach; w ręku trzymał tabliczkę z miłym sercu napisem po rosyjsku:
Cesarskie Towarzystwo Palestyńskie
Bilety na przejazd i wskazówki dla wędrujących do Grobu Pańskiego Pelagia rzuciła się doń jak do kogoś bliskiego.
– Proszę mi powiedzieć, jak mogłabym się dostać do Jerozolimy?
– Można rozmaicie – odpowiedział statecznie przedstawiciel szacownego towarzystwa. – Można koleją za trzy ruble pięćdziesiąt kopiejek: zaledwie cztery godziny i jest pani u bram Starego Miasta. Dzisiejszy pociąg odjechał, jutrzejszy odchodzi o trzeciej po południu. Można ośmiomiejscowym dyliżansem za rubel siedemdziesiąt pięć. Wyjazd jutro w południe, do Świętego Miasta przybędzie pani w nocy.
Pątniczka zawahała się. Podróżować po Ziemi Świętej dyliżansem? Albo, jeszcze gorzej, koleją? Jakoś to niewłaściwe. Zupełnie jakby jechało się w interesach do Kazania albo Samary.
Jej spojrzenie spoczęło na grupie rosyjskich pielgrzymów, którzy zebrali się na skraju placu. Klęczeli, całując zakurzoną ulicę, a potem ruszyli przed siebie, wymachując kosturami. Dwóch chłopków przywiązało sobie do kolan łapcie z łyka i zręcznie zaszurało w górę ulicy.
– Będą tak pełzli całe siedemdziesiąt wiorst do Jerozolimy – westchnął przedstawiciel. – Jaki dla pani bilet? Czy już pani wie?
– Zapewne na dyliżans – powiedziała niepewnie Polina Andriejewna, pomyślawszy, że podróż pociągiem zniszczy ostatecznie nabożny nastrój, który i bez tego został poważnie nadszarpnięty widokiem portu w Jaffie.
W tym momencie ktoś pociągnął ją za spódnicę. Odwróciła się i ujrzała smagłego człowieka o dosyć miłej powierzchowności. Był w długiej arabskiej koszuli, a z szerokiego pasa zwisał mu błyszczący łańcuszek zegarka. Tubylec ukazał w uśmiechu białe zęby i zaszeptał:
– Na co dyliżans? Niedobrze dyliżans. Mam chantur. Wiesz, co chantur? Taki kareta, od góry daszek. Jak sułtan Abdulhamid pojedziesz. Konie – ajaj, jakie konie. Arabskie, wiesz? Gdzie zachcesz – staniemy, patrzeć będziesz, modlić się będziesz. Wszystko pokażę, wszystko opowiem. Pięć rubel.
– Skąd pan zna rosyjski? – zapytała Pelagia, nie wiedzieć dlaczego także szeptem.
– Żona Rosjanka. Mądra, ładna jak wszystkie Rosjanki. Ja też rosyjskiej wiary. Nazywać się Salach.
– A czy Salach to imię chrześcijańskie?
– Jeszcze jak chrześcijańskie.
Na dowód Arab przeżegnał się trzema palcami i wymamrotał: „Ojczenaszktóryśjestwniebie".
To był cudowny znak! W pierwszych chwilach po przybyciu do Ziemi Świętej spotkać prawosławnego Palestyńczyka, w dodatku mówiącego po rosyjsku! Ilu pożytecznych rzeczy będzie można się od niego dowiedzieć! A ponadto podróż własnym ekwipażem, w dobre konie, to nie jakimś tam liniowym dyliżansem.
– Jedziemy! – zawołała Polina Andriejewna, chociaż życzliwy szturman uprzedzał ją z naciskiem: „W Palestynie nie jest przyjęte zgadzać się z wyznaczoną ceną, tutaj należy o wszystko długo się targować".
Ale kiedy jedziesz do Najświętszego Miasta Jerozolimy, nie będziesz przecież spierać się o marnego rubla.
– Jutro jedziemy. – Salach złapał walizkę przyszłej pasażerki i skinął ręką, żeby szła za nim. – Dzisiaj nie można. Do noc nie zdążyć, a noc źle, rozbójnicy. Idziemy, idziemy, dobre miejsce nocować będziesz, u moja ciocia. Jeden rubel, tylko jeden rubel. A rano jak ptaszek lecimy. Arabskie konie.
Pelagia ledwie nadążała za szybkonogim przewodnikiem, który prowadził ją labiryntem wąskich uliczek, wciąż wznoszących się do góry.
– To pana żona jest Rosjanką? Salach kiwnął głową:
– Natasza. Imię Marusia. My Jerozolima mieszkamy.
– Co? – zdziwiła się. – To Natasza czy Marusia?
– Moja Natasza nazywać się Marusia – odpowiedział zagadkowo tubylec i na tym rozmowa się urwała, bo podejście stromą uliczką odebrało pątniczce oddech.
„Dobre miejsce", gdzie przewodnik przyprowadził Polinę Andriejewnę, okazało się glinianym domem, w którym dla gościa przeznaczono pusty pokój bez jakiegokolwiek umeblowania. Salach pożegnał się, wyjaśniając, że w domu nie ma mężczyzn i dlatego nie wolno mu tutaj nocować – przyjedzie nazajutrz rano.
Spać wypadło podróżniczce na cienkim sienniku, myć się w misce, a rolę waterklozetu pełnił miedziany nocnik, bardzo podobny do lampy Aladyna.
Podniosły nastrój duchowy, który jest zjawiskiem kruchym i efemerycznym, nie zniósł tych wszystkich przykrych niewygód – skulił się i zniknął pod popiołem niczym głownia w wygasłym ognisku. Mniszka próbowała czytać Biblię, aby na nowo rozniecić czarodziejską iskierkę, ale bez powodzenia. Zdaje się, że przeszkadzał świecki ubiór. W riasie znacznie łatwiej zachować ów błogosławiony stan.
A kiedy w czasie mycia spojrzała w lusterko, upadła na duchu całkowicie.
Masz ci los! Na nosie i na policzkach pojawiły się piegi – zmartwienie dla każdej kobiety, dla osoby duchownej zaś rzecz w ogóle nie do przyjęcia. A przecież wydawało się, że za pomocą mleczka rumiankowego i wcierania miodu zostały zlikwidowane raz na zawsze!
Pustki i spustoszenie
Przez całą noc nieszczęsna pani Lisicyna przewracała się na twardym legowisku, a wczesnym rankiem, umywszy się pospiesznie, zajęła stanowisko przy bramie w oczekiwaniu rychłego przybycia woźnicy.
Minęła godzina, druga, trzecia. Salacha nie było.
Słońce zaczynało przypiekać, a Polina Andriejewna niemal namacalnie czuła, jak przeklęte piegi gęstnieją i nabierają barwy.
Pojawienie się prawosławnego tubylca już nie wydawało się jej „cudownym znakiem" – raczej niegodziwym fortelem, który wymyślił Diabeł, by opóźnić przybycie pątniczki do Bożego Grodu.
Kiedy mniszka wahała się – czekać dalej czy wracać do portu – minęło południe, a to oznaczało, że jerozolimski dyliżans już przegapiła.
10
Jest pani Żydówką! (jidysz).