Wydziedziczeni [The Dispossessed - pl]
- Автор: Гуин Урсула К. Ле
- Год: 1993
- Язык: польский
- Год: Phantom Press International
- ISBN: 83-7075-502-X
- Переводчик: Lukasz Nicpan
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Wydziedziczeni [The Dispossessed - pl]». Краткое содержание книги:
Powieść otrzymała nagrodę Nebulę w 1974 i Hugo w 1975.
— Owszem, niekiedy — prace niebezpieczne. Podrzędne nie.
Gorzej.
— Więc czemu je podejmują?
— Bo niska zapłata jest lepsza od żadnej — odrzekł Oiie z wyraźnie czytelną zapiekłością w głosie. Jego żona zaczęła coś mówić nerwowo, pragnąc zmienić temat, on jednak ciągnął: — Mój dziadek był stróżem. Przez pięćdziesiąt lat szorował podłogi i zmieniał brudne prześcieradła w hotelu. Po dziesięć godzin dziennie, przez sześć dni w tygodniu. Robił to, żeby on i jego rodzina mieli co włożyć do ust. — Urwał, obrzucił Szeveka swoim zwykłym tajemniczym, nieufnym spojrzeniem, a następnie — niemal wyzywająco — popatrzył na żonę. Umknęła z oczami. Potem uśmiechnęła się i wyjaśniła nerwowym, dziecinnym głosem:
— Ojciec Demaere’a był człowiekiem sukcesu. Umierając zostawił cztery przedsiębiorstwa.
Jej uśmiech był uśmiechem osoby udręczonej; ciemne szczupłe dłonie zacisnęły się mocno jedna na drugiej.
— Nie sądzę, abyście mieli na Anarres ludzi sukcesu — rzekł z gryzącym sarkazmem Oiie, po czym umilkł, gdyż wszedł kucharz, by zmienić talerze. Ini, jak gdyby widział, że poważna rozmowa nie zostanie w obecności służącego podjęta, zapytał:
— Mamo, czy pan Szevek będzie mógł po obiedzie obejrzeć moją wydrę?
Kiedy wrócono do salonu, pozwolono chłopcu przynieść jego ulubieńca: póldoroslą lądową wydrę, pospolite na Urras zwierzę.
Wydry — wyjaśnił Oiie — zostały udomowione jeszcze w prehistorycznych czasach, początkowo używano ich do połowu ryb, później służyły jako maskotki. Stworzonko miało krótkie nóżki, pałąkowaty, giętki grzbiet i lśniące brunatne futerko. Było pierwszym zwierzęciem nie zamkniętym w klatce, jakie Szevek z bliska oglądał, przejawiało zaś większą niż on wobec niego śmiałość.
Białe ostre zęby wzbudzały respekt. Szevek wyciągnął ostrożnie rękę, by pogłaskać zwierzę, na co nalegał Ini. Wydra stanęła słupka i przyjrzała się Szevekowi. Jej ciemne, złociste ślepka spoglądały inteligentnie, ciekawie i niewinnie.
— Ammar — szepnął Szevek, ujęty tym spojrzeniem zza otchłani bytu — bracie.
Wydra chrumknęła, opadła na cztery łapki i z zainteresowaniem obwąchała jego buty.
— Lubi pana — orzekł Ini.
— Ja też ją lubię — powiedział ze smutkiem Szevek.
Ilekroć widział jakieś zwierzę, klucz ptaków, przepych jesiennych liści, chwytał go smutek, przejmującym bólem naznaczając zachwyt. W takich chwilach nie myślał o Takver, nie doświadczał jej nieobecności. Zdawało mu się raczej, choć o niej nie myślał, że ona z nim jest. Jak gdyby piękno i niezwykłość zwierząt i roślin na Urras obarczone były w jego oczach posłaniem od tej, która ich nigdy nie zobaczy, której przodkowie od siedmiu pokoleń nie dotykali ciepłego zwierzęcego futra, nie oglądali migotu skrzydeł w cieniu drzew.
Noc spędził w sypialni na poddaszu. Była to izba chłodna — przyjemna odmiana po wiecznie przegrzanych pokojach uniwersytetu — i skromnie umeblowana: łóżko, półki z książkami, komódka, krzesło i malowany drewniany stół. Człowiek czuje się tu jak w domu — pomyślał — pomijając wysokość łóżka, miękkość materaca, wełnianego koca i jedwabnych powłoczek, bibeloty z kości słoniowej na komódce, skórzane oprawy książek oraz fakt, że ten pokój, wszystko, co się w nim znajduje, dom, w którym się mieści, ziemia, na której ów dom stoi, jest prywatną własnością, własnością Demaere’a Oiie, choć ten ani tego domu nie zbudował, ani nie szorował w nim podłóg… Szevek odpędził od siebie te męczące rozróżnienia. To był przyjemny pokój i w istocie mało się różnił od pojedynek w domicylach.
Przyśniła mu się w tej sypialni Takver. Śniło mu się, że leży obok niego w łóżku, obejmuje go ramionami, przywiera ciałem do jego ciała… lecz gdzie, w jakim pokoju? Gdzie oni są? Byli razem na Księżycu, było zimno, szli dokądś ramię przy ramieniu. Ten Księżyc był płaski, cały przysypany niebieskawobiałym śniegiem, zalegającym jednak warstwą tak cieniutką, że łatwo było odgarnąć „r” no i pokazywał się wówczas lśniący biały grunt. To było martwe, całkiem martwe miejsce. „On tak naprawdę nie wygląda” — pocieszył Takver, spostrzegłszy, jak jest wystraszona. Szli w stronę jakiejś dalekiej linii, jakby przegrody z miękkiego, połyskliwego plastiku, jakiejś odległej, ledwo widocznej bariery przecinającej białą płaszczyznę śniegów. Szevek, choć w duchu bał się do niej zbliżyć, zapewnił Takver: „Wkrótce tam będziemy”. Nic mu nie odpowiedziała.
Rozdział szósty
Anarres
Kiedy po dekadzie spędzonej w szpitalu odesłano Szeveka do domu, przyszedł go odwiedzić sąsiad z pokoju numer 45 — wysoki i chudy jak tyka matematyk. Miał nie skorygowanego zeza rozbieżnego, więc nigdy nie było się pewnym, czy on patrzy na ciebie, czy ty patrzysz na niego. On i Szevek od roku zgodnie współżyli obok siebie w instytutowym domicylu i nie zamienili ze sobą przez ten czas ani jednego całego zdania.
Desar wszedł i spojrzawszy na — bądź obok — Szeveka, zapytał:
— Może coś?
— Nie, dzięki, świetnie sobie radzę.
— Może kolację?
— Z tobą? — spytał Szevek, ulegając wpływowi telegraficznego stylu Desara.
— Dobrze.
Matematyk przyniósł na tacy dwie kolacje z instytutowej stołówki i zjedli je razem w pokoju Szeveka. Podobnie czynił, z rana i wieczora, przez trzy następne dni, póki Szevek nie poczuł się na siłach, aby samemu wyjść na dwór. Trudno było pojąć, dlaczego Desar to robi. Nie miał przyjacielskiej natury, nakazy zaś braterstwa zdawały się dlań niewiele znaczyć. Jednym z powodów, dla których stronił od ludzi, była chęć ukrycia swej nieuczciwości:
Desar był albo straszliwym leniem, albo najzwyklejszym posiadaczem, pokój numer 45 zawalony był bowiem gratami, których jego lokator nie miał ani prawa, ani powodu posiadać — znajdowały się tam naczynia ze stołówki, książki z biblioteki, zestaw narzędzi snycerskich z magazynu zaopatrzeniowego rzemiosł, mikroskop z jakiegoś laboratorium, osiem różnych koców, szafa pełna ubrań, z których część wyraźnie nigdy nie pasowała na Desara i nigdy nie będzie pasować, inne zaś wyglądały na jego ubranka z czasów, kiedy miał osiem — dziesięć lat. Odnosiło się wrażenie, że matematyk chodzi do składów i magazynów i wynosi stamtąd naręczami wszystko, co mu wpadnie w ręce, czy mu to potrzebne, czy nie.
— Po co przechowujesz tu te wszystkie klamoty? — zapytał go Szevek, gdy po raz pierwszy uzyskał wstęp do jego pokoju.
Desar objął go rozwidlonym spojrzeniem.
— Podtrzymuje na duchu — wyjaśnił mętnie.
Dziedzina matematyki, którą sobie obrał, była tak ezoteryczna, że na dobrą sprawę nikt z Instytutu ani Związku Matematycznego nie był w stanie śledzić jego postępów. Zresztą właśnie dlatego ją wybrał. Przyjmował, że Szevekiem kierowały podobne pobudki.
— Do diabła — mawiał — praca? Tu ciepła posadka. Następstwo, jednoczesność, gówno.
Szevek lubił momentami Desara, momentami go zaś nie cierpiał — za te same dokładnie jego cechy. Przylgnął doń jednak, z rozmysłem, traktując to jako część postanowienia dokonania w swoim życiu zmiany.
Choroba uświadomiła mu, że jeśli będzie próbował radzić sobie dalej sam, do reszty się załamie. Ujrzał to w kategoriach moralnych i surowo swoją postawę osądził. Zachowywał siebie dla siebie samego, wbrew etycznemu nakazowi braterstwa. W wieku lat dwudziestu jeden Szevek nie był w pełnym tego słowa znaczeniu bigotem, jego poczucie moralne było żywe i wyostrzone; urobione wszakże na modłę prostackiego odonizmu, który wpajali dzieciom tuzinkowi dorośli; tkwił w nim kaznodzieja.