Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Bogowie, honor, Ankh-Morpork [Jingo - pl]
Bogowie, honor, Ankh-Morpork [Jingo - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Bogowie, honor, Ankh-Morpork [Jingo - pl]

Электронная книга - «Bogowie, honor, Ankh-Morpork [Jingo - pl]». Краткое содержание книги:

Coś nowego pojawiło się między starożytnymi miastami Ankh-Morpork i Al-Khali. Dosłownie. To wyspa, wynurzająca się z dna Okrągłego Morza Dysku. Ponieważ jest niezamieszkana i oba miasta roszczą sobie do niej prawa, komendant Vimes ze swymi wiernymi strażnikami staje wobec zbrodni tak wielkiej, że żadne prawa jej nie obejmują.
1 ... 34 35 36 37 38 39 40 41 42 ... 87
Перейти на страницу:

Przyglądała mu się uważnie, kiedy przeżuwał sadzone jajko i wpatrywał się w niezbyt wielką dal. Jej zachowanie przypominało kogoś z przenośną siatką zabezpieczającą linoskoczka.

Po chwili, gdy kroił kiełbaskę, zapytał:

— Kochanie, mamy jakieś książki o rycerstwie?

— Setki, Sam.

— A znajdzie się taka, która mówi… no wiesz, o co w tym wszystkim chodzi? To znaczy, co właściwie trzeba robić, jeśli się jest szlachcicem? Obowiązki i tak dalej?

— Przypuszczam, że większość z nich.

— To dobrze. Myślę, że trochę teraz poczytam.

Zaatakował widelcem bekon, który rozkruszył się tak, jak powinien.

Później poszedł do biblioteki. Po dwudziestu minutach wrócił po papier i ołówek.

Dziesięć minut później lady Sybil zaniosła mu kawę. Siedział schowany za stosem książek, najwyraźniej pochłonięty lekturą „Życia rycerstwa”. Wymknęła się cicho i poszła do swojego gabinetu, gdzie postanowiła uzupełnić rejestry hodowlane smoków.

Po godzinie usłyszała, jak mąż wychodzi do holu.

Nucił coś niemelodyjnie pod nosem i miał na twarzy odległy wyraz zaabsorbowania, który oznaczał, że jakaś Ważna Myśl wymaga zamknięcia nieistotnych procesów. Znowu otaczała go aura gniewnej niewinności, która dla niej przynajmniej była elementem jego zasadniczej Vimesowatości.

— Wychodzisz, Sam?

— Tak. Mam zamiar skopać parę tyłków, kochanie.

— Aha. To dobrze. Tylko ubierz się ciepło.

Rodzina Goriffów szła w milczeniu obok Marchewy.

— Przykro mi z powodu pańskiego baru.

— Możemy otworzyć inne — odparł Goriff, poprawiając tobół na plecach.

— Na pewno będziemy mieć oko na ten lokal — obiecał Marchewa. — I… kiedy to wszystko się skończy, możecie wrócić.

— Dziękuję.

Jego syn rzucił coś po klatchiańsku. Nastąpiła krótka rodzinna sprzeczka.

— Doceniam moc twoich uczuć — zapewnił Marchewa. — Choć muszę zauważyć, że wyrażasz je dość… mocnym językiem.

— Mojemu synowi jest bardzo przykro — przeprosił odruchowo Goriff. — Nie pamiętał, że mówi pan po kla…

— Nie, wcale nie jest przykro! — krzyknął chłopiec. — Dlaczego musimy uciekać? Przecież tutaj mieszkamy! Nigdy nawet nie widziałem Klatchu!

— Będzie to dla ciebie tym ciekawsze — powiedział Marchewa. — Słyszałem, że mają tam wiele pięknych…

— Głupi jesteś? — zapytał Janil. Wyrwał się z uścisku ojca i stanął przed strażnikiem. — To mnie nie obchodzi! Mam dość gadki o księżycu wschodzącym nad Górami Słońca! Bez przerwy słyszę to w domu! Ja mieszkam tutaj!

— Wiesz, naprawdę powinieneś słuchać rodziców…

— Dlaczego? Tato bez przerwy pracuje, a teraz nas wyganiają! To ma być w porządku? Powinniśmy tu zostać i bronić tego, co nasze!

— Nie wolno brać prawa we własne ręce…

— Dlaczego nie?

— Bo to nasza praca…

— Ale jej nie wykonujecie!

Pan Goriff wyrzucił z siebie serię klatchiańskich słów.

— Mówi, że mam przeprosić — wyjaśnił ponuro Janil. — No to przepraszam. Bardzo mi przykro.

— Mnie również — powiedział Marchewa.

Ojciec chłopca wykonał skomplikowany gest wzruszenia ramion, używany przez dorosłych w sytuacjach dotyczących dzieci.

— Wrócicie. Jestem pewien — rzekł Marchewa.

— Zobaczymy.

Szli nabrzeżem w stronę czekającego klatchiańskiego statku. Ludzie stali przy relingach — ludzie, którzy woleli odpłynąć tylko z tym, co zdołali unieść, zanim się okaże, że mogą uciec tylko z tym, co mają na sobie. Strażnicy czuli ich nieprzyjazne spojrzenia.

— Chyba Rust nie zmusza jeszcze Klatchian do opuszczania domów? — spytała Angua.

— Umiemy wyczuć, z której strony wieje wiatr — odparł spokojnie Goriff.

Marchewa wciągnął nosem przesycone solą powietrze.

— Wieje od Klatchu — stwierdził.

— Może dla pana — mruknął Goriff.

Za nimi trzasnął bat. Odstąpili, a obok przetoczyło się z łoskotem kilka powozów. Zasłona w oknie jednego z nich odsunęła się na moment i Marchewa zobaczył twarz — złote zęby i czarną brodę. Potem zasłona opadła z powrotem.

— To on, prawda?

Angua warknęła cicho. Miała zamknięte oczy, jak zawsze, kiedy pozwalała, by patrzył jej nos…

— Goździki — mruknęła, po czym chwyciła Marchewę za ramię. — Nie goń go! Na statku są uzbrojeni ludzie! Co pomyślą, kiedy zobaczą, że biegnie do nich jakiś żołnierz?

— Nie jestem żołnierzem!

— Jak myślisz, ile czasu poświęcą na analizowanie różnic?

Powóz przeciskał się przez nabrzeże. Tłum zlewał się za nim jak fala.

— Wyładowują jakieś skrzynie… Nie widzę dokładnie. — Marchewa osłonił oczy. — Przecież na pewno zrozumieją, jeśli…

71-godzinny Ahmed wysiadł i obejrzał się na strażników. Błysnęło, kiedy się uśmiechnął. Zobaczyli, że jego ręka sięga za ramię i powraca, ściskając zakrzywiony miecz.

— Nie mogę pozwolić mu uciec — irytował się Marchewa. — Jest podejrzany! Popatrz, śmieje się z nas!

— Z dyplomatyczną bezkarnością — przypomniała mu Angua. — A na statku jest wielu zbrojnych.

— Siłą dziesięciu jest ma siła, albowiem czyste mam serce — oznajmił Marchewa.

— Doprawdy? No to ich tam jest jedenastu.

71-godzinny Ahmed wyrzucił miecz w powietrze. Klinga zawirowała kilka razy z cichym świstem. Potem jego ręka wystrzeliła w górę i chwyciła rękojeść.

— Tak zawsze robi pan Vimes — rzucił Marchewa przez zaciśnięte zęby. — On sobie z nas drwi…

— Zginie pan, jeśli pan wejdzie na pokład — odezwał się Goriff za jego plecami. — Znam tego człowieka.

— Zna pan? Skąd?

— Budzi strach w całym Klatchu. To 71-godzinny Ahmed!

— Tak, ale dlaczego…

— Nie słyszeliście o nim? W dodatku jest D’regiem! — Pani Goriff pociągnęła męża za rękę.

— D’regiem? — zdziwiła się Angua.

— To wojownicze plemię pustynne — wyjaśnił Marchewa. — Bardzo porywczy. Bardzo honorowi. Mówią, że kiedy D’reg jest twoim przyjacielem, jest przyjacielem do końca twojego życia.

— A jeśli nie jest twoim przyjacielem?

— To na jakieś pięć sekund. — Dobył miecza. — Mimo wszystko nie możemy pozwolić…

— Za dużo już powiedziałem. Musimy iść — oznajmił Goriff.

Rodzina chwyciła swój dobytek.

— Wiesz co? Może jest inny sposób, żeby się czegoś dowiedzieć — rzuciła Angua.

Wskazała powóz. Wyprowadzono z niego właśnie kilka smukłych, długowłosych i niezwykle wręcz zgrabnych psów. Szarpały smycze, kiedy wprowadzano je na pokład.

— Klatchistańskie psy myśliwskie — powiedziała. — Słyszałam, że klatchiańska arystokracja je uwielbia.

— Wyglądają trochę podobnie do… — zaczął Marchewa i nagle zrozumiał. — Nie, nie pójdziesz tam całkiem sama. Coś może się nie udać.

— Mam o wiele większe szanse od ciebie, to pewne. Zresztą i tak nie odbiją, dopóki nie zacznie się przypływ.

— To zbyt niebezpieczne.

— Wiesz, w końcu to mają być nasi wrogowie, prawda?

— Niebezpieczne dla ciebie!

— Dlaczego? — zdziwiła się. — Nigdy nie słyszałam o wilkołakach w Klatchu, więc pewnie nie wiedzą, jak z nami postępować.

1 ... 34 35 36 37 38 39 40 41 42 ... 87
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)