Niewidoczni Akademicy [Unseen Academicals - pl]
- Автор: Пратчетт Теренс Дэвид Джон
- Год: 2010
- Язык: польский
- Год: Pr
- ISBN: 978-83-7648-377-1
- Переводчик: Piotr W. Cholewa
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Niewidoczni Akademicy [Unseen Academicals - pl]». Краткое содержание книги:
Kiedy człowiek obserwuje ludzi, zapomina, że ludzie obserwują jego. Glenda nie była bardzo wysoka, co oznaczało, że z jej punktu widzenia krasnoludy nie były bardzo niskie. I nagle zauważyła, że zbliżają się do nich stanowczym krokiem dwa krasnoludy. Jeden z nich wydawał się bardzo obszerny w talii i nosił napierśnik tak pięknie wykuty i zdobiony, że pójście w nim do bitwy stanowiłoby akt artystycznego wandalizmu. Miał też — a należy pamiętać, że każdy krasnolud jest „nim”, dopóki nie zostanie stwierdzone inaczej — kiedy się odezwał, głos brzmiący jak najciemniejsza i najdroższa czekolada z gorzkich czekolad, być może także wędzona. Dłoń, którą wyciągnął, miała na każdym palcu tyle pierścieni, że trzeba było dobrze się przyjrzeć, by odkryć, że to nie rękawica. No i był nią. Glenda nie miała wątpliwości, czekolada wydawała się zbyt gęsta i z bakaliami.
— Tak się cieszę, że przyszłyście, moje drogie — powiedziała, a czekolada zawirowała. — Jestem madame Sharn. Zastanawiałam się, czy mogłybyście mi pomóc. Naprawdę nie przyszłoby mi do głowy prosić, ale znalazłam się, jak byście to określiły, pomiędzy młotem a kowadłem.
Wszystko to było — ku irytacji Głendy — skierowane do Juliet, która zjadała szczurze owoce, jakby dzień jutrzejszy miał nie nastąpić, i zapewne nie nastąpił dla szczura. Zachichotała.
— Ona jest ze mną — oznajmiła Glenda i jakby mimo woli dodała: — Madame?
Madame machnęła drugą ręką i zalśniły kolejne pierścienie.
— Ten salon jest formalnie kopalnią, a to znaczy, że według krasnoludziego prawa jestem królem kopalni, i w mojej kopalni obowiązują moje reguły. A ponieważ jestem królem, mianuję się królową — dokończyła. — Krasnoludzie prawo ugina się i trzeszczy, ale nie jest łamane.
— No więc… — zaczęła Glenda. — Przyszłyśmy… Zaraz!
Ten ostatni okrzyk kierowała do niższego towarzysza madame, który w tej chwili przykładał do Juliet taśmę mierniczą.
— To jest Pepe — przedstawiła go madame.
— No więc jeśli on ma tak sobie pozwalać, jak w tej chwili, to mam nadzieję, że jest kobietą.
— Pepe to… Pepe — odparła spokojnie madame. — I nie da się go zmienić, muszę przyznać. Albo jej. Etykiety zwykle nie pomagają, moim zdaniem.
— Zwłaszcza twoje, bo nie podajesz na nich cen — odparła Glenda z czystego zdenerwowania.
— A tak, zauważasz takie rzeczy — stwierdziła madame i mrugnęła rozbrajająco, do granic topnienia.
Pepe z podnieceniem spojrzał na madame, która mówiła dalej:
— Chciałabym, żebyś… żeby ona… żebyście obie towarzyszyły mi za kulisy. Sprawa jest dość delikatna.
— Oo… tak — zgodziła się natychmiast Juliet.
Jakby znikąd w tłumie gości zmaterializowały się inne ludzkie dziewczyny i starannie otworzyły jej drogę na tyły wielkiej sali. Madame sunęła nią jakby popychana niewidzialną siłą.
Glenda czuła, że sytuacja wymknęła się jej spod kontroli. Ale miała już w sobie solidną dawkę sherry, która szeptała jej do ucha: „Czemu nie pozwolić, żeby kontrola nad sytuacją wymknęła ci się raz na jakiś czas? Albo nawet tylko raz?”. Nie miała pojęcia, czego się spodziewała za złoconymi drzwiami na końcu, ale na pewno nie dymu, płomieni, krzyków i kogoś wrzeszczącego w kącie.
Pomieszczenie wyglądało jak odlewnia w dniu, w którym wpuścili tam klaunów.
— Przejdźmy dalej. Nie przejmujcie się tym — rzuciła madame.
— Zawsze tak jest przed pokazem. Nerwy, rozumiecie. Oczywiście, wszyscy w tym interesie grają na niskich tonach i zawsze mamy ten problem, kiedy wystawiamy mikrokolczugę. To nowość, rozumiecie. Zgodnie z krasnoludzim prawem, musi mieć na każdym ogniwie wbitą próbę, a to byłoby nie tylko świętokradztwo, ale też coś paskudnie trudnego do wykonania.
Na zapleczu madame wydawała się mniej czekoladowa, a bardziej przyziemna.
— Mikrokolczuga… — powtórzyła Juliet takim tonem, jakby pokazano jej bramę do bogactwa.
— Wiesz, co to takiego? — spytała madame.
— Ona o niczym innym nie mówi — odpowiedziała Glenda. — Gada bez przerwy.
— No cóż, nic dziwnego. To wspaniały materiał. Prawie tak miękki jak tkanina, lepszy od skóry…
— … i nie obciera — dokończyła Juliet.
— To zawsze stanowi ważną kwestię dla bardziej tradycyjnych krasnoludów, które nie noszą żadnych tkanin — wyjaśniła madame. — Dawne zwyczaje klanowe… jak bardzo nas one hamują, bez przerwy ciągną do tyłu. Wydobywamy się z kopalni, ale jakoś zawsze zabieramy część kopalni ze sobą. Gdyby to ode mnie zależało, jedwab byłby przeklasyfikowany na metal. Jak ci na imię, moja droga?
— Juliet — odparła odruchowo Glenda i zarumieniła się. To było matkowanie, czyste i oczywiste. Prawie tak złe, jak kazać komuś napluć na chusteczkę i wytrzeć mu twarz.
Młoda dziewczyna z tacą przyszła tu za nimi i tę właśnie chwilę wybrała, by wyjąć Glendzie z dłoni pusty kieliszek po sherry i zastąpić go pełnym.
— Juliet, czy zechciałabyś przejść się tam i z powrotem? — poprosiła madame.
Glenda chciała zapytać po co, ale zrezygnowała, ponieważ miała usta pełne sherry jako remedium przeciw zakłopotaniu.
Madame przyglądała się Juliet krytycznie, opierając łokieć na dłoni drugiej ręki.
— Tak, tak. Ale spróbuj powoli, jakby wcale ci się nie spieszyło, by gdzieś dotrzeć, i jakbyś w ogóle się nie przejmowała. Wyobraź sobie, że jesteś ptakiem w powietrzu, rybą w wodzie… Twój jest świat.
— No dobra — zgodziła się Juliet i ruszyła znowu.
Zanim po raz drugi dotarła na środek, Pepe zalał się łzami.
— Gdzie ona była? Gdzie się szkoliła? — popiskiwał, choć niewykluczone, że popiskiwała, równocześnie oburącz klepiąc się po policzkach. — Musisz natychmiast ją zatrudnić!
— Ona już ma dobrą i stałą pracę na uniwersytecie — poinformowała Glenda. Ale sherry przekonywało: „Raz na jakiś czas jeszcze się nie skończył. Nie rozlej go”[12].
Madame, która najwyraźniej instynktownie wykrywała takie uczucia, objęła ją ramieniem.
— Widzisz, problem z krasnoludzimi damami polega na tym, że są dość nieśmiałe i nie lubią być w centrum uwagi. Muszę także pamiętać, że krasnoludzie stroje okazują się bardzo interesujące dla młodych ludzkich mężczyzn o szczególnych zainteresowaniach. Twoja córka jest człowiekiem… — Madame na moment odwróciła się do Juliet. — Jesteś człowiekiem, moja droga, prawda? Przekonałam się, że zawsze warto sprawdzić.
Juliet, pozornie spoglądająca z zachwytem w jakiś własny świat, entuzjastycznie pokiwała głową.
— To świetnie — ucieszyła się madame. — A choć jest wspaniale zbudowana i rusza się jak marzenie, nie jest o wiele wyższa od przeciętnego krasnoluda, a powiem szczerze, moja droga, że niektóre damy aspirują do nieco wyższego wzrostu, niż mają. Nie chcę mówić zbyt wiele, ale ten chód, słowo daję… Krasnoludy mają biodra, oczywiście, ale rzadko kiedy wiedzą, co z nimi robić… Przepraszam, powiedziałam coś niewłaściwego?
Kwaterka sherry, niedawno spożyta przez Glendę, ustąpiła w końcu pod ciśnieniem jej gniewu.
— Nie jestem jej matką! To moja przyjaciółka!
Madame obrzuciła ją wzrokiem, który wzbudził w Glendzie uczucie, że ktoś wyjmuje jej mózg i przygląda mu się bardzo uważnie.
— Czy zgodzisz się zatem, żebym zapłaciła twojej przyjaciółce… — nastąpiła krótka pauza — … pięć dolarów za to, że będzie dziś wieczorem moją modelką?
12
Krasnoludy mają bardzo prostolinijne podejście do napojów alkoholowych: piwa, miodu, wina czy sherry — jeden wielki rozmiar nadaje się do wszystkiego.