Raport “Pelikana” [The Pelican Brief-pl]
- Автор: Гришэм Джон
- Язык: польский
- Жанр: Другие детективы
Электронная книга - «Raport “Pelikana” [The Pelican Brief-pl]». Краткое содержание книги:
Verheek zawahał się.
– Odpowiedz, do cholery! – warknęła Darby.
– Prawdopodobnie.
– Świetnie. W ustach prawnika prawdopodobnie oznacza: tak. Wiem, że nie możesz powiedzieć więcej. Mamy więc stuprocentowo pewne prawdopodobieństwo, a ty mówisz mi, że FBI rezygnuje ze śledztwa w sprawie mojego podejrzanego!
– Uspokój się, Darby. Spotkajmy się wieczorem i porozmawiajmy o tym. Mogę ocalić ci życie.
Ostrożnie wsunęła słuchawkę pod poduszkę i poszła do łazienki. Umyła zęby i wyszczotkowała włosy, a potem wrzuciła wszystkie przybory toaletowe i ubrania do nowej płóciennej torby. Wciągnęła bluzę, założyła czapkę i ciemne okulary, po czym cicho zamknęła za sobą drzwi. Korytarz był pusty. Wspięła się schodami na szesnaste piętro, zjechała windą na dziewiąte, a potem spokojnie zeszła na dół. Foyer wydawało się puste. Drzwi wyjściowe znajdowały się obok toalet, i Darby zniknęła w pomieszczeniu dla pań. Weszła do kabiny, zamknęła drzwi i odczekała chwilę.
Piątkowy ranek był chłodny, a w Dzielnicy Francuskiej w przejrzystym powietrzu nie unosił się, o dziwo, trwały zapach jedzenia i grzechu. O ósmej wszyscy tu jeszcze śpią. Przeszła kilka przecznic, żeby zebrać myśli i zaplanować dzień. Na Dumaine, niedaleko placu Jacksona, zauważyła mały bar kawowy, który widziała już wcześniej. W środku było niemal pusto, a w głębi wisiały automaty telefoniczne. Nalała sobie gęstej kawy i zajęła stolik obok telefonów. Tutaj mogła rozmawiać.
Verheek natychmiast podniósł słuchawkę.
– Co masz do powiedzenia? – zaczął.
– Gdzie się zatrzymasz? – spytała, obserwując wejście.
– W Hiltonie, nad rzeką.
– Wiem, gdzie to jest. Zadzwonię późnym wieczorem lub wcześnie rano. Nie musisz już mnie śledzić. Przeszłam na gotówkę. Żadnych kart.
– Dobrze robisz, Darby. Nie siedź długo w jednym miejscu.
– Łatwo powiedzieć. Zanim tu przylecisz, mogę już być martwa.
– Nie wolno ci się poddawać. Czy można u was kupić “Washington Post”?
– Chyba tak. Dlaczego?
– Kup poranne wydanie. Wydrukowali ciekawy artykuł o Rosenbergu, Jensenie i panu, który być może ich zabił.
– Nie mogę się doczekać. Zadzwonię później.
W pierwszym kiosku nie znalazła “Posta”. Poszła na Canal, klucząc jak ścigane zwierzę. Przeszła przez St. Anne, Royale – pełną sklepów z antykami – Bienville – gdzie królowały podejrzane bary – i w końcu przez Decatur i North Peters doszła do Francuskiego Rynku. Poruszała się szybko, ale nie aż tak, by wzbudzać podejrzenia. Szła, jakby miała coś do załatwienia, niepostrzeżenie zerkając zza ciemnych szkieł na prawo i lewo. Jeśli wciąż deptali jej po piętach, kryjąc się gdzieś w cieniu, musieli być naprawdę dobrzy.
U ulicznego sprzedawcy kupiła “Washington Post” i “Times-Picayune”, a potem znalazła stolik w pustym kącie Cafe du Monde.
Artykuł był na pierwszej stronie. Napisano go na podstawie wiadomości pochodzących z poufnego źródła. Pewne czynniki zostały poinformowane o pojawieniu się nowego podejrzanego, którym był owiany mroczną legendą, nieuchwytny Khamel. W młodości – pisali autorzy – Khamel zabijał z powodu przekonań, obecnie robił to dla pieniędzy. Był bardzo drogi – twierdził emerytowany ekspert wywiadu, który pozwolił się zacytować, ale bez ujawniania nazwiska. Zdjęcia Khamela były zamglone i niewyraźne, mimo to – umieszczone jedno obok drugiego – sprawiały wrażenie. Przedstawiona na nich osoba bardzo różniła się wyglądem, lecz jak utrzymywał ekspert, nigdy nie dokonano identyfikacji Khamela, a od ponad dziesięciu lat nikomu nie udało się go sfotografować.
Gdy pojawił się znudzony kelner, Darby zamówiła kawę i suchą bagietkę. Według eksperta wielu ludzi uważało, że Khamel nie żyje. Jednak Interpol twierdził, że terrorysta wziął udział w pewnym zamachu nie dalej jak pół roku temu. Ekspert powątpiewał, by Khamel podróżował zwykłymi liniami lotniczymi. FBI umieściło zamachowca na czele listy podejrzanych.
Zamknęła “Posta” i powoli otworzyła miejską gazetę. Wiadomość o Thomasie nie trafiła na pierwszą stronę. Znalazła jego zdjęcie na stronie drugiej, a obok długi artykuł. Według policji Callahan zginął w zamachu, ale nikt nie znał powodów, dla których go zabito. Tuż po wybuchu na miejscu przestępstwa widziano białą kobietę. Uczelnia przeżyła wstrząs – stwierdził dziekan. Policjanci nabrali wody w usta. Uroczystości pogrzebowe zaplanowano na jutro. Popełniono straszliwą pomyłkę – mówił dalej dziekan. Jeśli Callahan został zamordowany, ktoś zabił nie tę osobę, o którą chodziło.
Do oczu napłynęły jej łzy i znów zaczęła się bać. Może istotnie zamach był pomyłką? W mieście kwitła przestępczość, a po ulicach chodziło pełno uzbrojonych czubków. Może jednemu z nich przepaliły się styki i podłożył bombę nie tam, gdzie zamierzał? Może nikt jej nie śledzi?
Założyła okulary i spojrzała na fotografię pochodzącą z uniwersyteckiego rocznika. Thomas uśmiechał się na niej ironicznie – jak wtedy, kiedy odgrywał profesora. Był ogolony i taki przystojny…
W piątkowy ranek cały Waszyngton został zelektryzowany artykułem Granthama o Khamelu. W publikacji ani słowem nie wspomniano o memorandum i Białym Domu, a wszyscy zachodzili w głowę, skąd pochodził przeciek.
Najgorętsze dyskusje rozgorzały w Budynku Hoovera. W gabinecie dyrektora znajdowało się trzech mężczyzn: Eric East, K.O. Lewis – przechadzający się nerwowo po pokoju – i sam Voyles, który rozmawiał z prezydentem trzykrotnie w ciągu ostatnich dwóch godzin. Voyles klął na czym świat stoi – oczywiście nie prezydenta, lecz wszystko i wszystkich wokół. Sklął Coala, a kiedy prezydent odpowiedział mu przekleństwem, Voyles zaproponował przeprowadzenie testu wykrywaczem kłamstw. Zasugerował prezydentowi, by ten przywiązał wszystkich – od Coala począwszy – członków personelu do maszyny i przekonał się, skąd pochodzą te cholerne przecieki. Tak, do jasnej cholery, on, Voyles, zgodzi się na przeprowadzenie testu na sobie i wszystkich pracownikach Budynku Hoovera. Przerzucali się przekleństwami. Voyles był purpurowy na twarzy i pocił się. Zupełnie nie przejmował się tym, że ruga na całe gardło głowę państwa.
Voyles, ocierając czoło chustką, usiadł w wiekowym obrotowym fotelu i wziął kilka głębokich oddechów, mając nadzieję na obniżenie ciśnienia. Przeżył już jeden atak serca; teraz groził mu następny. Często powtarzał K.O. Lewisowi, że Fletcher Coal razem ze swym szefem idiotą wpędzą go do grobu. To samo mówił zresztą o trzech poprzednich prezydentach. Podrapał się w czoło i osunął się w fotel.
– Możemy to zrobić, panie prezydencie – odezwał się nagle miłym, przyjacielskim tonem. Jako typowy choleryk, miewał częste zmiany nastroju i teraz – ni z tego, ni z owego – zaczął być kurtuazyjny. Rozpływał się w uprzejmości. – Dziękuję, panie prezydencie. Jestem zobowiązany. Tak, jutro na pewno będę u pana.
Odłożył delikatnie słuchawkę i odezwał się z zamkniętymi oczami:
– Każe nam wziąć pod lupę tego reportera z “Posta”. Powiedziałem, że się zgadzamy.
– Mamy go śledzić? – spytał K.O.
– Tak. Dwóch ludzi przez całą dobę. Sprawdzimy, dokąd chadza wieczorami, z kim sypia i tak dalej. To kawaler?
– Rozwiedziony. Siedem lat temu – odparł Lewis.
– Przypilnuj osobiście, żeby nikt się o tym nie dowiedział. Weź tajniaków i zmieniaj ich co trzy dni.
– On naprawdę uważa, że przecieki powstają u nas?
– Nie, chyba nie. Gdyby tak myślał, nie kazałby nam śledzić reportera. Według mnie wie, że to sprawka jego ludzi. I chce ich złapać.
– Mała przysługa – dodał ochoczo Lewis.
– Coś w tym rodzaju. I pamiętaj, żeby nikt się o tym nie dowiedział, jasne?