Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне

Электронная книга - «Tajemna historia Moskwy». Краткое содержание книги:

Każde miasto ma swoje sekretne miejsca. Wieki pełne mrocznych historii sprawiły, że stolica Rosji ma takich miejsc wyjątkowo dużo. Współczesność przenika się tu z przeszłością w sposób subtelny i magiczny. Mieszkańcy Moskwy szukając schronienia przed problemami współczesnego życia mogą czasem trafić do niezwykłych miejsc. Wystarczy jeden nieostrożny krok, żeby znaleźć się w mrocznym, baśniowym świecie pełnym magii, płaczących drzew, gadających ptaków, wygnanych wieki temu pogańskich bóstw i baśniowych stworzeń. Tu można usłyszeć najdziwniejsze z opowieści. Trzeba tylko cierpliwie nadstawiać uszu. Ekaterina Sedia napisała książkę niezwykłą o zderzeniu dwóch światów. Kapitalistycznej i nowoczesnej Moskwy z magicznym światem starorosyjskich baśni. Tuż pod powierzchnią szarej rzeczywistości kryje się inny świat. Mroczny, niebezpieczny, ale i zarazem piękny. Tu wszystko jest możliwe. Niepokojący klimat powieści porównywany jest przez krytyków z dziełami Bułhakowa. Ta książka to jedna z najważniejszych pozycji współczesnej literatury rosyjskiej. Główną bohaterką powieści jest Galina, młoda kobieta mająca na głowie zwyczajne problemy codziennego życia. Zostaje zaplątana w wir tajemniczych wydarzeń i razem z milicjantem prowadzącym śledztwo w sprawie tajemniczych zaginięć musi na nowo poznać otaczający ją świat. Wspólne poszukiwania prowadzą ich do podziemnego królestwa, do krainy zawieszonej między rzeczywistością i fantazją. Do świata, gdzie honor ma znaczenie, a dobro i zło są tym, czym były u zarania dziejów. Ekaterina Sedia urodziła się i wychowała w Moskwie. Po studiach przeniosła się do Stanów Zjednoczonych. Obecnie mieszka w New Jersey razem z mężem i dwoma kotami. Wykłada botanikę i ekologię. W chwilach wolnych uprawia ogródek i pisze książki. Jej najnowszy bestseller to Tajemna Historia Moskwy.
1 ... 38 39 40 41 42 43 44 45 46 ... 59
Перейти на страницу:

– Bose stopy – wskazał Timur-bej. – A tutaj nie całkiem bose, ale prawie. Wygląda to tak, jakby buty się rozsypywały.

Siergiej zatrzepotał skrzydłami i niezdarnie opadł na ziemię. Na wpół skacząc, na wpół biegnąc, zbliżył się do Timur-beja i spojrzał na głębokie owalne zagłębienie wypełnione ciemną bagienną wodą.

– To kolba karabinu – oświadczył.

– Albo muszkietu – podsunął Timur-bej. – Czy nie mówili, że kula jest głupia, a bagnet mądry?

– Może muszkietu – zgodził się Siergiej. – Uważam, że powinniśmy być cicho, żeby nie przyciągnąć uwagi.

– Może są przyjaźnie nastawieni – powiedziała Zemuna.

– Mają broń – zaznaczył Kościej. – Mnie to nie trapi, ale wy, worki mięsa, powinniście mieć to na względzie. Bosi mężczyźni z wielkimi karabinami rzadko są w na tyle dobrym nastroju, żeby gawędzić przed oddaniem strzału.

– To mi się nie podoba – stwierdziła Galina. Gawron zaśmiał się skrzekliwie.

– Ten kawałek o karabinach czy o mężczyznach?

– Och, daj jej spokój – powiedział Jakow.

– Ja tylko mówię. Nie za bardzo lubisz mężczyzn, prawda?

Galina z zakłopotaniem poruszyła ramionami i zgarbiła się.

– Nie. Do czego zmierzasz?

– Dość – przerwał im Jakow. – Ta chwila naprawdę nie jest odpowiednia. – Oczywiście tak wyglądała prawda, ale też Jakowowi nieszczególnie podobał się temat rozmowy. Znał Galinę, wychowała się tak jak on – bez ojca, wśród kobiet zahartowanych przez gorzkie doświadczenia życiowe. Nie miała powodu być inna niż była, a jednak poczuł się winny, gdy powiedziała „nie". Jakby to była jego wina – ale z drugiej strony, zostawił swoją żonę. A może to ona go zostawiła; już nie pamiętał, wspomnienia zatarły się, zasnute pajęczynami kłamstw, racjonalizacji i nowych wersji tej samej historii, opowiadanych tyle razy, że szczegóły przybrały kształt jego słów, a same słowa stały się prawdą i nabrały treści, niczym maska pośmiertna.

Szli drogą pod skąpą osłoną drzew. Cienkie gałęzie i liście tkały wzory światła i cienia, maskując sylwetki przesuwających się pod nimi ludzi i krowy. Łąki ustąpiły miejsca zbitym kępom zarośli – tarnina, nawłoć i wierzbówka porastały osmalone ruiny dawno zapomnianych domostw.

Drzewa zostały w tyle, gdy stanęli pomiędzy zarośniętymi ruinami i wysokim ogrodzeniem z grubych, długich kłód ustawionych jedna przy drugiej, z zaostrzonymi czubkami, które groziły, że przeszyją niebo. Nie mieli pojęcia, co się skrywa za częstokołem, widzieli tylko zakrętas dymu, a silna woń spalenizny aż drapała w gardle.

– Coś się pali – powiedziała Galina.

Timur-bej pokręcił głową.

– Nie. Spłonęło wiele lat temu, ale wciąż się tli. Jak oni. – Wskazał ruchem głowy.

W cieniu ogrodzenia siedziało i stało pięciu mężczyzn ubranych w łachmany, ze stopami okręconymi kawałkami szorstkiego płótna żaglowego, z muszkietami opartymi na ramionach. Ale Jakow patrzył na ich twarze, czerwone, jak gdyby oblane wrzątkiem, na osmalone albo całkiem spalone brody i brwi, na ślepe oczy, białe niczym ugotowane jajko. Paznokcie, obrzeżone żałobną czernią, były pełne bąbli, jakby się roztopiły i spływały z czubków palców. Łachmany pokrywała sadza, ale Jakow odgadł, że niegdyś były to mundury, choć niepodobna było zobaczyć dystynkcji. Przypuszczał, że żołnierze pochodzą z początków dziewiętnastego stulecia, nie mógł jednak określić ich przynależności. Przynajmniej dopóki się nie odezwali.

– Hej, Pietro! – Zawołał jeden z nich. – Która godzina?

– A kogo to obchodzi? – Odparł zapytany i splunął. – Czy czas ma jeszcze jakieś znaczenie?

Jeden z pozostałych pokiwał głową i usiadł, kładąc muszkiet na kolanach.

– Za jakie grzechy zostaliśmy tak ukarani? Jakie grzechy popełniłem, dobry Boże w niebiosach, żeby strzec ogrodzenia spalonego budynku przez całą wieczność? Jakie grzechy, jakie grzechy są tak wielkie, by zasłużyć na taką karę? Dobry Boże, wybacz mi przewiny, jestem drobnym grzesznikiem, i wybaw mnie od tej męki.

– Przestańcie gadać o swoich grzechach, kapralu – powiedział ze zduszonym śmiechem ten o imieniu Pietro. – Kto mówi, że grzechy mają coś wspólnego z tym płotem? I kto może wiedzieć, czyje grzechy są większe?

Pozostali żołnierze zamruczeli, przyznając mu rację.

– Boże, jak bardzo cierpię! – Zawołał kapral.

Odpowiedział mu zbiorowy jęk irytacji. Jakow uznał, że skargi kaprala, których żołnierze wysłuchiwali od stu osiemdziesięciu lat, mogły im działać na nerwy.

Wędrowcy doszli do wniosku, że bezpośrednie podejście byłoby najgłupsze, i postanowili uciec się do starego dobrego fortelu – a raczej postanowił Kościej z Zemuną, bo Galina i Jakow tylko przewracali oczami i z niedowierzaniem kręcili głowami. Timur-bej i Siergiej zachowali neutralne stanowisko w tej sprawie.

– Serio – powiedział Jakow do Zemuny. – Konie trojańskie są stosowane od wieków.

– To nie to samo – odparła. – We mnie nikogo nie ma. – Sprawiała wrażenie zranionej i Jakow przestał ją przekonywać.

Patrzyli, jak Zemuna zbliża się do bramy, rytmicznie poruszając szczękami, z pustką w oczach, jak zwyczajna krowa. Żołnierze odwrócili się i spojrzeli na nią ślepymi białymi oczyma.

– Co to? – Zapytał kapral.

– Wygląda jak krowa, kapralu – odparł Pietro i z zadumą pogładził pozbawioną zarostu twarz, jakby się spodziewał znaleźć brodę. – I to piękna.

Pozostali mruknęli, że w istocie krowa jest dość ładna, jak najbardziej, panie kapralu.

– Od wieków nie piłem mleka – powiedział Pietro. – Ani nie jadłem sera, skoro o tym mowa.

Kapral przestał pomstować na okrucieństwo losu i wreszcie się uśmiechnął. Zemuna pozwoliła im wprowadzić się do środka. Jakow odetchnął z ulgą. Miał nadzieję, że plan wypali.

Gdy zapadła noc, brama w wysokim ogrodzeniu się otworzyła, oświetlona od wewnątrz widmowym błękitnawym blaskiem niebiańskiej krowy. Zemuna skinęła racicą, zapraszając ich do środka. Za bramą zobaczyli dziedziniec z mocno ubitej ziemi; wszystkie dołki i bruzdy odznaczały się w surowym reliefie, jak kratery na powierzchni księżyca, oświetlone kałużami światła. Na dziedzińcu leżały rozrzucone gwiazdy, ich niebieskie i białe promienie przeszywały ciemność niczym reflektory.

– Co tu się stało? – Zapytał Jakow, wskazując kule czystego światła na gołej ziemi dziedzińca.

– Próbowali mnie wydoić – odparła Zemuna i sposępniała. – Ale chyba niczego nie podejrzewają.

Galina zaśmiała się bez przekonania.

– Oczywiście, że nie. Dlaczego mieliby coś podejrzewać?

Jakow spojrzał za rozrzucone gwiazdy. Zapomniał o niebezpieczeństwie i wszystkim innym, wlepiając wzrok w drewniany pałac, który się piętrzył nad nimi. Fasety wycięte w gładkich jasnych ścianach przypominały mu pałace Kremla, a cebulaste złocone kopuły na siedmiu smukłych wieżach wyglądały piękniej niż wszystkie inne, jakie dotąd widział.

– Co to jest? – Szepnął.

– To była jedna z najstarszych budowli Kremla – wyjaśnił Timur-bej.

– Teraz wszystkie są z kamienia – powiedziała Galina.

– Kiedyś były drewniane. – Migdałowe oczy Timur-beja były ciemne i surowe w blasku leżących na ziemi gwiazd. – Pamiętam, Tatarzy spalili kilka z tych pałaców… I płonęły na przestrzeni dziejów. Odbudowaliście je z kamienia, ale niektóre stare budynki znalazły się tutaj. Ten… Słyszałem, że spalił go Napoleon. Moskwa płonęła wtedy przez wiele dni.

***

Moskwa płonęła wtedy przez wiele dni. Historycy spierają się, kto wzniecił pożary. Niektórzy mówią, że sami Rosjanie, chcąc pozbawić najeźdźców żywności i schronienia. Puścili z dymem domy i spichrze, sklepy i magazyny; nie dbali, że niedostatek dotknie również ich. Inni powiadają, że żołnierze napoleońscy spalili Kreml celowo, a wszystko inne przez przypadek, gdyż pogoda była wietrzna, a w obozach płonęło zbyt wiele niestrzeżonych ognisk. Jakow nie wiedział, kto był sprawcą, i nie wydawało się to ważne. Wcześniej się zastanawiał, jak trafili tu żołnierze, których widzieli – Pietro, kapral i pozostali. Teraz mógł to sobie wyobrazić – poparzeni i ranni, duszący się od dymu, z popiołem w ustach, przedzierali się przez ogień i iskry, słysząc trzask potężnych belek płonącego wokół nich pałacu. Musieli zobaczyć wyjście, zniekształcone przez dym i gorąco, i przebiegli na drugą stronę. Byli żołnierzami, przywykłymi do walki, rozgramiania, strzelania i kłucia, ale nie do tego, nie do uwięzienia w płonącym budynku o ścianach złoconych płynnymi jęzorami ognia. Wyobrażał sobie rozpacz dość wielką, strach dość potężny, by podnieść ducha okazałej budowli, która z rykiem zapadała się w tornadzie płomieni i wyjącego dymu, i zabrać go ze sobą pod ziemię… Choć podejrzewał, że znajdowali się nie tyle pod ziemią, ile po drugiej stronie, w jakiejś niewidzialnej podszewce znanego świata.

1 ... 38 39 40 41 42 43 44 45 46 ... 59
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)