Tajemna historia Moskwy
- Автор: Sedia Ekaterina
- Язык: польский
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «Tajemna historia Moskwy». Краткое содержание книги:
– Siostro! – Wołała Masza. – Dlaczego mi nie pomożesz?
– Idę do ciebie! – Krzyknęła Galina i zbudziła się z dźwiękiem własnego głosu w uszach, czując drapanie w gardle.
Usiadła i spojrzała na zamarznięty las za oknem domu Berendeja. Postanowili spędzić tu noc, ale Galinę drażniło każde opóźnienie, uwierało jak twardy, za ciasny but. Każdy dzień sprawiał wrażenie koszmaru, w którym brnęła przez melasę, choć każde włókno jej duszy wrzeszczało, by pędziła jak wiatr.
Przez całą noc chodziła od jednego ptaka do drugiego; wszystkie nadal siedziały wokół zwłok Berendeja, które Jakow okrył prześcieradłem. Przyglądała się każdej kawce, powtarzając imię siostry, ale żadna nie odpowiedziała, tylko patrzyły na nią lśniącymi czarnymi ślepkami.
– To na nic – powiedział Kościej. – Prześpij się, ranek jest mądrzejszy od wieczora.
Nie mogła powstrzymać się od uśmiechu, gdy usłyszała te znajome słowa – sprawdzały się w każdej bajce, gdzie bohater budził się i stwierdzał, że niemożliwe zadanie zostało wykonane. Może też powinna się zbudzić i znaleźć z powrotem w domu, z ciężarną Maszą, bezpieczną i zdrową; nawet przebudzenie w szpitalu nie wydawało się takie straszne. Przystałaby na to z radością, byleby ocalić siostrę. Kochała ją tak bardzo, że chętnie oddałaby własne zdrowe zmysły za jej bezpieczny powrót.
Wstał ranek, a ona wciąż była w lesie pod ziemią, ścierpnięta po spaniu na podłodze w kuchni Berendeja. „Boże", szepnęła, „przysięgam, jeśli zapewnisz bezpieczeństwo Maszy, nie będę miała nic przeciw spędzeniu całego życia w szpitalu i przysięgam, że nie będę się skarżyć".
– Z którym bogiem rozmawiasz? – Zapytała Zemuna z kąta, gdzie spała na stojąco.
Galina wzruszyła ramionami.
– To chyba głupie. Czy jest jakiś bóg, który mógłby spełnić moją prośbę?
Zemuna pokręciła ciężką rogatą głową.
– Nie wiem, moja droga. Jesteśmy pod ziemią i nie możemy pójść nigdzie indziej. Nasz czas przeminął, nic nie wiem o nowych bogach.
– Bogu – poprawiła Galina.
Krowa skinęła głową.
– Bogu. Nie znam jego mocy, nie wiem, kim jest. Za moich czasów mogliśmy robić różne rzeczy. Ja zrobiłam Drogę Mleczną – czy ci mówiłam?
– Tak. – Galina zastanawiała się przez chwilę. – Dlaczego uważasz, że Maszy nie ma wśród tych ptaków?
– Tego też nie wiem – odparła z westchnieniem Zemuna. Galina poznała, że chętnie pomówiłaby o Drodze Mlecznej. – Mieliśmy tu wiele ptaków, był Ognisty Ptak, Gamajun, Ałkonost, Sirin…
– Dokąd poleciały?
– Może uciekły. Albo umarły. A może nadal gdzieś tu są.
– Chciałam cię o coś spytać. – Galina zawahała się, niepewna, czy nie rozzłości jej swoim pytaniem. – Zastanawiałam się nad bogami, tymi głównymi, jak Jariło, Biełobog, Swarog. Co się z nimi stało?
– Masz rację. Oni byli prawdziwymi bogami. I byli zbyt dumni i zbyt ważni, żeby udać się na wygnanie. To miejsce jest dla tych z nas, którzy nie mają nic przeciw swojej małości, którzy potrafią żyć niezauważenie. Dla tych, którzy nie wstydzą się chować. Ale nawet my w końcu przeminiemy, bo nie można wciąż maleć i nie zniknąć.
Galina skinęła głową na znak, że rozumie. Usłyszała hałasy w innych częściach domu i domyśliła się, że Jakow i Timur-bej też wstali. Kościej wcale się nie kładł, przynajmniej tak twierdził – czuwał przez całą noc, stojąc na straży. Nie chciał powiedzieć, dlaczego ani przed kim.
Niedługo później wyszli. Galina poczuła ulgę, gdy Kościej i Zemuna postanowili, że nie zawrócą, tylko pójdą dalej w las, by szukać sprawcy – wciąż musiał być po tej stronie, skoro wioślarz przysiągł, iż od jakiegoś czasu nikogo nie przewoził. Galina nie traciła nadziei, że zobaczą więcej ciemnopiórych ptaków i że gdzieś wśród nich odnajdzie swoją siostrę.
– Opowiedz mi o tych ptakach, o których wspomniałaś – poprosiła Zemunę, gdy szły przez topniejący śnieg. Pierwsze zawilce wyzierały spod topiącej się przejrzystej skorupy, ich białe płatki i żółte środeczki nieśmiało zerkały na świat. Wyglądały nienaturalnie pod śniegiem i Galina pochyliła się, żeby odkryć kwiaty i cienkie, delikatne liście.
Zemuna czekała na nią, żując cierpliwie.
– Chyba mogę – powiedziała, gdy ruszyły dalej. – To pomoże nam zabić czas. Ałkonost i Sirin, tak, siostry, i Ognisty Ptak, pewnie o nich słyszałaś. Ale ja najczęściej myślę o Gamajun.
Galina zauważyła, że Jakow przyśpieszył, wytężając słuch, żeby podchwycić opowieść Zemuny. Gawron albinos na jego ramieniu też słuchał. Galina uśmiechnęła się mimo ponurego nastroju – wszyscy byli jak dzieci, spragnieni dobrej historii.
– Zdarzyło się to dawno temu – zaczęła Zemuna. – W czasach, gdy niebo i ziemia miały znaczenie, gdy tylko umarli mieszkali pod ziemią.
Jakieś niejasne więzi pokrewieństwa łączyły Gamajun z Ałkonost i Sirin – nawet najbardziej niedbały obserwator zauważyłby, że wszystkie trzy istoty nie do końca był ptakami; miały kobiece piersi i kobiece twarze, surowe, ale piękne. A gdy otwierały usta, śpiewały kobiecymi głosami, głębokimi, bogatymi i gorzko-słodkimi.
Ałkonost, olśniewająca w białych piórach, śpiewała o radości, a gdy śmiertelnicy słyszeli jej głos, wszystkie troski i kłopoty spadały im z ramion, starzy czuli się młodzi, smutni się weselili, a zmęczeni odzyskiwali siły. Ałkonost mieszkała w Ogrodzie Irij, w gałęziach drzewa, które rosło korzeniami w niebie, konarami sięgając ku ziemi. Tam śpiewała bogom, a jej śpiew sprawiał, że było im lżej na sercach, ciężkich od zmartwień związanych z kierowaniem światem.
Sirin o ciemnoszarych piórach i długich zwiewnych skrzydłach śpiewała tylko dla świętych, bogów i świętych ludzi – jeśli usłyszeli ją śmiertelnicy, byli tak oczarowani pięknem jej głosu i spokojnej twarzy, że szli za nią ku śmierci; niektórzy tracili przytomność i nigdy jej nie odzyskiwali, na zawsze zatraceni w cudzie swoich wizji. Wielu powiadało, że mieszkała w Nawi, królestwie zmarłych i zagubionych. Inni utrzymywali, że mieszkała obok siostry, Ałkonost, w konarach niebiańskiego odwróconego dębu. Co noc śpiewały w duecie zachodzącemu słońcu tak słodko, że nawet bogowie stawali się cisi i zadumani. Pieśni radości i smutku splatały się, a gdy ogromna płonąca kula słońca udawała się na nocny spoczynek, sam niebiański dąb zastygał w bezruchu, ani jeden listek nie śmiał zatrzepotać na jego gałęziach.
Ale Gamajun, z piórami czarnymi jak smoła, twarzą białą i zasmuconą, ani nie śpiewała, ani nie urządziła sobie domu w Iriju. Przeklęta darem wieszczenia, fruwała z jednego końca świata w drugi, wykrzykując wizje zagłady każdemu, kto chciał słuchać. Czarne włosy na kobiecej głowie powiewały, pełne gracji skrzydła łopotały ciężko, szponiaste stopy chwytały powietrze w daremnej próbie przytrzymania się czegoś, jak tonący, który bije rękami wzburzoną wodę, gdy nadzieja na poczucie czegoś solidnego w palcach maleje, a zarazem z każdą sekundą staje się bardziej desperacka. Taka była Gamajun o gromkim, chrapliwym i przeraźliwym głosie, gdy darła niebo w locie.
Gamajun nigdy nie odpoczęła na gałęziach niebiańskiego dębu, nigdy wraz z Ałkonost nie zaśpiewała zachodzącemu słońcu, a ludzie bali się jej bardziej niż Sirin. Sirin wróżyła pewną śmierć, ale obiecywała również przyjemne i słodkie wizje, ciche, pełne zadowolenia osunięcie się w nieświadomość. Głos Gamajun zwiastował tylko nieszczęścia, bez nadziei czy pociechy, bez możliwości uniknięcia przepowiedzianej zguby. Była gorsza niż Jednookie Licho, gorsza niż ślepy Zlyden, który przyczepiał się do ludzi, przynosząc im niedolę i biedę – każdy mógł pozbyć się Licha, wabiąc je do beczki, albo wymieść Zlydena z domu, ale przed proroctwami Gamajun nie było kryjówki. Unikali jej nawet bogowie, gdy zaczęła wieszczyć koniec ich czasu i ponury, długi upadek pod ziemię. I taki był los jej samej.