Tajemna historia Moskwy
- Автор: Sedia Ekaterina
- Язык: польский
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «Tajemna historia Moskwy». Краткое содержание книги:
– Bo ten tutaj trafił pod ziemię po tym, jak wersja naziemna została spalona przez Napoleona.
Galina i Jakow wymienili spojrzenia. Jeśli nie wnikać zbyt głęboko, to prawie miało sens – Kołomienskoje, Piotr Wielki i ptaki – ale w chwili, gdy spojrzało się wprost, poszczególne elementy znowu się rozpadały; przypominało to kostki mozaiki, które tworzą obraz, gdy patrzy się z daleka, ale z bliska stanowią bezsensowną mieszaninę.
Jakow najwyraźniej miał podobne odczucia, bo pokręcił głową i westchnął.
– Myślisz, że się zbliżamy? – Zapytał Galinę.
Skinęła głową.
– Nie obchodzą mnie zagadki. Po prostu chcę odzyskać siostrę, ty weź sobie resztę.
Jakow uśmiechnął się niepewnie.
– To brzmi jak umowa – powiedział.
14 NAPOLEON
Świat zwykle ma sens; tyle Jakow pamiętał. A jednak tutaj, pod ziemią, nie mógł pozbyć się myśli, że widoczny sens i porządek jest tylko wytworem jego tęsknego optymizmu. Przyszło mu też do głowy, że im bardziej zbliża się do zła, tym trudniej zachować iluzję, że wszechświat jest sensowny.
Nie podobało mu się niejasne i abstrakcyjne pojęcie zła, zawsze występujące w liczbie mnogiej: bandyci, komuniści, terroryści czeczeńscy. Zło nigdy nie było konkretną osobą, którą można obwinić tu i teraz, zło mogło być zidentyfikowane i nazwane po imieniu dopiero po upływie dłuższego czasu, ale kto wtedy mógł w nie uwierzyć? A po życiu pod ziemią i wysłuchaniu historii mieszkańców zaczął wątpić, czy historykom na powierzchni kiedykolwiek udało się zrozumieć prawdziwe znaczenie jakiegokolwiek zdarzenia.
Teraz czuł się zagubiony pomiędzy snami i spekulacjami, w ciemnym lesie tak wielkim, że początkowo rozległe i przytłaczające podziemne miasto stało się ledwie plamką zagubioną w mozaice drzew – niektórych zamarzniętych i bezlistnych, innych zaczynających wypuszczać pierwsze lepkie liście: mozaika pór roku i – jak podejrzewał – czasów. Gdzieś w głębi lasu wznosił się pałac cara, który porzucił Moskwę dla Sankt Petersburga. W pałacu były ptaki, niegdyś będące ludźmi, ujarzmione przez jakichś nieznanych, groźnych wrogów – licznych, bez twarzy, jak każde inne zło.
Prowadził ich Timur-bej, kierując się punktami orientacyjnymi, jakie tylko on umiał wypatrzyć. Czasami przystawał, by spojrzeć z bliska na pień drzewa lub spłacheć trawy, albo potrzeć delikatny szkielet spadłego liścia w drobnych suchych dłoniach.
– Co on robi? – Zapytał szeptem Jakow. – Czego szuka?
– Nie sądzę, żeby czegoś szukał – odszepnęła Galina. – Chyba się modli.
– Modli? Do kogo?
Westchnął i umilkł, gdyż przyszło mu na myśl, że tutaj, pod ziemią, nikt nie usłyszy jego modłów. Nigdy nie był szczególnie religijny, pomimo wysiłków matki, która kazała mu chodzić do cerkwi i zastanawiać się nad własną duszą. A jednak żywił przekonanie, że jeśli kiedyś będzie miał ochotę się pomodlić, to ktoś go wysłucha; przynajmniej matka zapewniała, że tak będzie. Tutaj pozostała mu ponura wiedza, że wszyscy bogowie, którzy kiedyś mieli moc, nie żyją, a on jest zdany na łaskę dziwnych stworzeń o niejasnych zamiarach. Nic dziwnego, że szukał wsparcia u Galiny.
Ona jednak wydawała się czymś zaabsorbowana. Odkąd zaczęła śnić o siostrze, stawała się coraz bardziej daleka i niespokojna, jakby jej część wybiegała naprzód, zostawiając za sobą resztę, która nie mogła nadążyć.
– To jak zły sen – powiedziała Jakowowi. – Znasz sny, w których próbujesz uciec, ale nie możesz albo poruszasz się bardzo powoli?
Pokiwał głową.
– Myślę, że każdy je miewa.
– To dziwne. Chyba nikt nigdy naprawdę nie biegał w melasie. Zastanawiam się, skąd się biorą takie sny.
– Z chodzenia w błocie. Tam, gdzie mieszkałem, jest takie błoto, zwłaszcza po deszczach. Wszędzie są budowy.
– Przypomina to moją okolicę. Kiedyś rosły tam sady jabłoniowe, a teraz jest tylko brud i linia kolejowa.
– Pamiętam – powiedział. – Mieszkam dwie ulice od ciebie, przy supermarkecie i sklepie monopolowym.
– I hucie szkła – dodała. – Tej, o której mówił Siergiej. To dziwne, mieszkaliśmy tak blisko, a nie mieliśmy pojęcia, co się tam dzieje, co bandyci wyprawiają z magią.
– Zgadza się. Ale czy nie jest jeszcze dziwniejsze, że pod naszymi stopami istnieje cały ten przeklęty Świat, a nikt o nim nie wie?
– Tak. – Czoło Galiny przeciął wzór wąskich linii, które zadomowiły się na stałe na jej gładkiej skórze. – Ale ktoś musi wiedzieć. KGB pewnie wie, jak mogliby nie wiedzieć?
Jakow wzruszył ramionami; nie podzielał tego przekonania, chociaż spotkał się z nim wiele razy – z gruntu rozsądni ludzie często wierzyli, że KGB było wszechwiedzące, i przypisywali pracownikom organu nadludzkie umiejętności. Przypuszczał, że w ten sposób łatwiej było się pogodzić ze złem; skoro było wszechwiedzące i wszechmocne, nikt nie mógł mieć żalu do siebie, że padł jego ofiarą. Wiara we wszechmoc KGB niosła pociechę – może nie zawsze przyjemną, ale lepszą niż druga możliwość, bo kto chciałby żyć w strachu przed zaledwie cieniem?
Jakow westchnął.
– Może nie. To miejsce… Jeśli nawet ktoś o nim wiedział, kto by uwierzył? Chociaż tu jestem, wciąż podejrzewam, że lada chwila się obudzę. To takie dziwne, że przez większość czasu nawet nie wiem, jak się zachowywać… Poznałem nieżyjącego dziadka, na litość boską. Nie mam pojęcia, jak ty możesz być taka.
– Jaka? – Galina spojrzała na ziemię pod nogami.
– Jakby to wszystko… Jakby to było prawdziwe. Bierzesz to na serio.
– Muszę. Tutaj jest moja siostra. A ty… Gdy zobaczyłam, co ci zrobił wioślarz… Myślę, że ty też traktujesz to całkiem poważnie.
– Nie chcę o tym rozmawiać.
Jakow przyśpieszył. Patrzył na drzewa, na długie brody islandzkiego mchu falujące na wietrze, na ciemne igły czarnych świerków rzucające długie cienie na wąską ścieżkę, i czuł głęboki niepokój, jak pod nieruchomym spojrzeniem wioślarza, który lodowatymi palcami umysłu badał i przesiewał jego wspomnienia. I tuż na skraju wspomnień rozległ się dźwięk – cichy przenikliwy krzyk, rozdzierający ciszę nocy niczym ostra igła. Gdy umilkł, noc wydawała się znacznie cichsza i chłodniejsza, a luka zostawiona przez zabrane wspomnienie sprawiała ból, bolała jak fantomowa kończyna kalekiego żołnierza.
Timur-bej chyba zbliżał się do celu, bo przystawał rzadziej na ścieżce zarośniętej przez jeżyny i kępy czyśćca. Zemuna szła tuż za nim, tratując rośliny kopytami i torując drogę dla pozostałych, choć Jakow przypuszczał, że Kościej jest zbyt przyzwyczajony do takich drobnych przeszkód, by zwracać na nie uwagę, i że Zemuna stara się dla niego i Galiny.
Las wokół nich znowu się zmienił, jak wiele razy podczas tej podróży. Świerki ustąpiły brzozom i światło tańczyło po ich złotych liściach w kształcie serca. Ścieżka zrobiła się szersza, jakby ktoś niedawno z niej korzystał. Tutaj było więcej otwartej przestrzeni i dopiero teraz Jakow zdał sobie sprawę, jak się dusił pod szczelnym baldachimem świerków. Brzozy były znacznie ładniejsze, znacznie bardziej sielskie – przypominały mu o wszechobecnych sentymentalnie patriotycznych obrazach, zawsze z brzozami i błękitnym niebem, zawsze z tą nieuchwytną cechą rosyjskich lasów i innych środowisk naturalnych. Ale teraz cieszył się, że je widzi.
Polany otwierały się z prawa i lewa, miękkie soczyste łąki długiej gęstej trawy, ostra turzyca rosła w podmokłych miejscach wzdłuż strumienia, który gulgotał w swoim cichym języku idioty.
– Czekajcie – szepnął Timur-bej i ukląkł, żeby obejrzeć ślady stóp na miękkiej ziemi.
Jakow nie był doświadczonym tropicielem, ale nawet on zobaczył, że łąka jest tratowana.