Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Научная фантастика » Pan Lodowego Ogrodu. Tom II
Pan Lodowego Ogrodu. Tom II - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Pan Lodowego Ogrodu. Tom II

Электронная книга - «Pan Lodowego Ogrodu. Tom II». Краткое содержание книги:

Jarosław Grzędowicz — urodzony w 1965 roku, debiutował w 1982 na łamach tygodnika „Odgłosy” opowiadaniem Azyl dla starych pilotów. Klub absolutnej karty kredytowej (publikacja w internecie w 1999 r.) otrzymał nominację do Nagrody Elektrybałta, a po publikacji w Wizjach alternatywnych 2002 także nominację do nagrody Sfinksa. W 1990 roku wraz z Andrzejem Łaskim, Krzysztofem Sokołowskim, Dariuszem Zientalakiem i Rafałem Ziemkiewiczem założył magazyn literacki „Fenix”, w którym prowadził dział prozy polskiej, a od 1993 roku był jego redaktorem naczelnym.
Oprócz tego pracuje jako dziennikarz „wolny strzelec”, prowadzi stałą rubrykę naukowo-cywilizacyjną w Gazecie Polskiej i tłumaczy komiksy, głównie z serii Usagi Yojimbo i Batman.
W Fabryce Słów ukazała się Księga jesiennych demonów, jego pierwszy autorski zbiór opowiadań grozy.
Pan Lodowego Ogrodu to pierwsza powieść Jarosława Grzędowicza, w mistrzowski sposób łącząca elementy science fiction i fantasy.
Ilustracje Jan J. Marek
1 ... 34 35 36 37 38 39 40 41 42 ... 116
Перейти на страницу:

Już zrozumieli, że sprawy nie toczą się tak gładko, jak powinny.

A potem słyszałem tylko bębny grające na pokrytym wystrzyżoną trawą podwórcu ćwiczeń. Spokojny głos Mistrza Wojny i proporce furkocące na wiosennym wietrze. Polerowane drzewce w dłoniach i odgłos bębnów. Wojenny taniec.

Przestaję myśleć.

Moje ciało samo wie, co robić. Włócznia unosi się, obraca w moich dłoniach i żyje. Jest częścią mnie. Moje ciało tańczy w rytm bębnów.

Których już dawno nie ma.

Spłonęły razem z pałacem, daleko stąd, dawno temu.

Ale słyszę je w środku.

Moje stopy uderzały o ziemię, drzewce obracało się w dłoniach.

Postawa konia. Cięcie jaskółki, krok trzeci, skok śruby, pchnięcie.

Wszystko w mgnieniu oka.

Oprzytomniałem, stojąc w chmurze pyłu, w niskiej postawie płynącej wody, z włócznią zatkniętą pod pachą, z ostrzem skierowanym gdzieś do tyłu. Twarz miałem zbryzganą krwią, lecz nic mnie nie bolało.

Nie mogłem poruszyć włóczni, jakby ktoś ją trzymał.

Ten, co stał przede mną, wypuścił nagle miecz i odszedł. Sztywnym, dziwacznym krokiem, niczym lalka. Zupełnie jakby postanowił iść do domu.

Chwycił burtę leżącego wozu i przewrócił się na nią, staczając na ziemię, przykrył się ściskaną kurczowo derką, z jego szyi strzeliła fontanna spienionej krwi.

Bębny rozlegały się coraz ciszej.

Zrobiłem krok naprzód i odwróciłem się, pociągając uwięzioną włócznię, która wysunęła się z czegoś z chrzęstem.

Drugi napastnik runął w miejscu, miękko, jak mokra koszula.

Opodal kolejny walczył z Brusem.

Mokry na twarzy i zziajany, wywijał mieczem, tnąc i pchając, ale Brus tańczył przed nim w unikach i ostrze cięło powietrze. Wyglądało to jakby miecznik usiłował trafić latającą osę. Brus jednak trzymał tylko przed sobą żelazny znak skorpenicy i ochryple wrzeszczał odę do Pramatki.

Maska siedziała mu na głowie krzywo, blacha pod okiem była wgnieciona od ciosu, ale chyba ocaliła go.

Nie zdążyłem zrobić ani kroku, kiedy zaskrzypiały cięciwy.

— Rzuć włócznię! — Usłyszałem głos Mirah.

Dwie strzały patrzyły prosto w moją twarz, niemal czułem ostry dotyk grotów.

Na moment znieruchomieli wszyscy.

Ten, który walczył z Brusem, podszedł do niego i szarpnięciem zrzucił mu maskę, po czym uniósł miecz poziomo, mierząc prosto w grdykę.

— Stać! — wycedziła adeptka. Miała na sobie strój podróżny Sindara i burą kapotę z kapturem. Wygoloną głowę okręciła chustą.

— Ten szczeniak zabił Szyngeja — powiedział łucznik dziwnie drżącym głosem, podciągając strzałę do ucha. Łuczysko zatrzeszczało lekko. — Mój brat nie żyje. Mówiłem, że gdy podniesiemy rękę na kapłanów, będzie nieszczęście.

— Hara! — warknęła. — To tylko księżycowe psy. Błogosławieństwo Matki jest przy nas.

— Widzę — mruknął. — Włócznia żyje w jego rękach, oświecona.

— Rzuć włócznię! — powtórzyła.

Patrzyłem na człowieka, który mierzył ostrzem w szyję Brusa, nadal ściskającego w dłoni żelazną skorpenicę. Mój przyboczny stał nieruchomo i nagle wydał mi się stary. Nie było wyjścia, lecz palce nie chciały mnie słuchać. Jeśli wypuszczę broń, znowu przestanę być człowiekiem. Stanę się zwierzęciem, które można bezkarnie zarżnąć. Beczącą rozpaczliwie kowcą.

Moje palce były niczym wykute ze stali. Zwolniłem chwyt z wysiłkiem, jakbym rozginał sztaby, i upuściłem włócznię.

Spadła prosto na czubek mojego buta.

Gdybym miał nieco więcej czasu niż niezauważalne mgnienie, w jakim mknie strzała, wystarczyłby mi jeden ruch nogi i znowu miałbym drzewce w dłoniach. Włócznię.

Miecz.

Łańcuch.

Całą zbrojownię ukrytą w toczonym drewnie.

Ale nie miałem szansy.

— Odkopnij włócznię, Agyren — odezwała się Mirah. — Tylko lekko.

Nie było rady. Trąciłem drzewce czubkiem buta i pozwoliłem mu odtoczyć się kawałek. Wciąż czułem dotyk grotów na twarzy.

— Gdzie jest skrzynka? — spytała Mirah. — Jeśli ją oddasz, puścimy was wolno.

Jednak nadal miała mnie za wioskowego durnia.

— Oświecona... Szyngej — powiedział łucznik. Głos mu się łamał.

— Hara! Gdzie skrzynka, Agyren. Nie chcesz chyba, żebyśmy zabili twojego nauczyciela.

Pociągnąłem hałaśliwie nosem i drżącą ręką wskazałem za siebie.

— Schowana we wozie.

— Gdzie?

Odwróciłem się powoli, słysząc, że skrzypią obie cięciwy. Wiedziałem już, jak skonam. Przeszyty strzałami, tak samo jak wędrowiec na moście.

Znalazłem metalowe zatrzaski ukryte pod siedzeniem kozła i drewnianą, sprytną przetyczkę. Klapa opadła, ukazując przewrócone na bok zawiniątko.

— Wyjmij to! — rozkazała.

— Sama wyjmij, Mirah — odrzekłem powoli. Znieruchomiała, otwierając szeroko oczy. Jej wargi rozwarły się w osłupieniu.

Nagle uderzyła strzelca w dłoń, każąc mu opuścić łuk.

— Jak powiedziałeś?! — Podeszła do mnie dwoma długimi krokami. — Ktoś ty...? — spytała zaskoczona i wyciągnęła dłoń, chcąc unieść mi twarz.

To był jeden ruch, błyskawiczny niczym atak żmii. Chwyciłem nadgarstek, wykręciłem rękę Mirah na plecy i przyciągnąłem ją do siebie, przygniatając jej gardło drugim przedramieniem. Przegiąłem ciało w tył i uniosłem lekko, blokując nogi dziewczyny kolanem. Usiłowała kopać, ale wtedy natychmiast zaczynała się dusić, a wykręcone ramię przeszywało ją strasznym bólem. Nie miała więc innego wyjścia, niż stać na czubkach palców i bezsilnie wbijać paznokcie w dławiące krtań ramię.

Zapadła pełna niedowierzania cisza, przerywana charkotem duszącej się Mirah.

— Niech opuszczą łuki — szepnąłem jej do ucha.

— Puść ją, bo zabiję starego! — wrzeszczał strażnik mierzący ostrzem w gardło Brusa.

— Świnie pękniętego świata! — darł się Brus.

— Opuścić łuki! — krzyknąłem. — Bo ją zaduszę! Pozwoliłem dziewczynie postawić stopy na ziemi i poluzowałem ucisk. Usłyszałem świst, z jakim nabrała powietrza, a potem zaczęła się krztusić.

— Zabijcie go! — wydyszała chrapliwie. Podbiłem jej krzyż biodrem i znowu zacisnąłem chwyt. Rozdrapała mi ramię, szarpiąc się coraz gwałtowniej. Jeden z łuczników opuścił broń, ale ten drugi, który stracił brata, wciąż we mnie mierzył. Przeszedł trochę w bok, chcąc znaleźć miejsce do strzału, lecz obróciłem dziewczyną, zasłaniając się jej ciałem.

W nagłej ciszy rozległ się delikatny dźwięk, kiedy Brus wypuścił z dłoni skorpenicę, która zawisła na łańcuchu owiniętym wokół jego palców.

Mirah kopała coraz rozpaczliwiej, rzucając całym ciałem.

Stojący na wprost strzelec niepewnie uniósł łuk.

Wiele rzeczy wydarzyło się naraz.

Usłyszałem świst i skorpenica w ręku Brusa śmignęła nagle rozmazanym błyskiem stali. Załopotała szata kapłana, kiedy mój przyboczny zmienił się w tornado.

Rozległ się krzyk i miecz strażnika wyleciał w powietrze.

Zachodzący mnie z boku łucznik odwrócił się na mgnienie oka w tamtą stronę, kiedy wpadli na niego. Łańcuch w dłoni Brusa stał się pękiem błyskawic.

Strzała przebiła ramię Mirah na wylot i rozcięła mi skroń tuż nad okiem.

Upuściłem dziewczynę, pchnąłem ją prosto w ramiona drugiego łucznika. Padając, wczepiła się w jego kurtę, gdy byłem już w skoku.

1 ... 34 35 36 37 38 39 40 41 42 ... 116
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)