Światy braci Strugackich - Czas uczniów
- Автор: Лукьяненко Сергей Васильевич, Скаландис Ант
- Год: 2001
- Язык: польский
- Год: Rebis
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Światy braci Strugackich - Czas uczniów». Краткое содержание книги:
Wybór: Andriej Czertkow
Borys Strugacki — „O problemie materializacji światów”
Siergiej Łukjanienko — „Krzątanina w czasie”
Ant Skałandis — „Druga próba”
Leonid Kudriawcew — „I myśliwy…”
Nikołaj Romanieckij — „Obarczeni szczęściem”
Wiaczesław Rybakow — „Trudno stać się bogiem”
Andriej Łazarczuk — „Wszystko w porządku”
Michaił Uspienski — „Smocze mleko”
Wadim Kazakow — „Lot nad żabim gniazdem”
Andriej Czertkow — „Nie umówione spotkania”
Ciągle jeszcze uśmiechając się, podszedł do swojego stolika. Golem wpatrywał się w trzymany w ręku mały kieliszek koniaku. Podniósł oczy na Wiktora i zapytał:
— Pogadaliście o wszystkim?
— Z kim, z Seleną?
— Nie, w merostwie.
— A, tam… Tam wszystko w porządku.
— No to chwała Bogu. Niech pan siada i wypije z nami, Wiktorze, bo się zanudziliśmy z Kwadrygą.
— Nie, nie, tylko kieliszeczek mentolówki i lecę. Czeka na mnie kobieta. Przy okazji, Golem. Nie da mi pan samochodu?
— Przykro mi, Wiktorze. Wszystkie wozy są w trasie. Można dojechać elektryczką.
— A skąd pan wie, dokąd jadę?
— Oczywiście, że wiem. Czyżby pan jeszcze do tego nie przywykł, Wiktorze?
— Chyba już przywykłem. No to za pańską przenikliwość,
Golem!
Wiktor uniósł kieliszek. Stuknęli się. Kwadryga wymamrotał:
— Specjalny pluton specnazu. W rejonie przygranicznym.
Całkowicie wybity.
— Coś mroczne ma dzisiaj fantazje — zauważył Golem. — Proszę pozdrowić Selenę. Nie widziałem jej dzisiaj.
— Oczywiście — powiedział Wiktor. — Mogę zadać panu jedno pytanie?
— Zapytać można.
— Czy Beduini mają coś przeciwko nam?
— Zależy kogo ma pan na myśli, mówiąc „nam”.
— Noo… — zawahał się Wiktor — Przeciwko nam wszystkim, przeciwko mieszkańcom miasta.
— Oczywiście, że nie — stanowczo odpowiedział Golem. — Beduini sami są mieszkańcami miasta.
— A przeciwko RWOW?
— Też nie.
— Dziwne. A przeciwko tajnej policji?
— Wie pan co, Wiktorze, powiem panu jak lekarz: tajnej policji nie lubią, ale nie należy wyciągać z tego politycznych wniosków. Dobrze?
— Postaram się. Ale stan wyjątkowy wprowadzili Beduini?
— Stan wyjątkowy według konstytucji wprowadza u nas prezydent. Victoir, rozbił pan swoje pytanie na trzy części. Odpowiedziałem. Ale to już zupełnie inny temat. Przecież czeka na pana Selena.
— Jest pan jak zwykle bardzo uprzejmy, Golem — mruknął Wiktor. — Do zobaczenia!
— Proszę poczekać, chciałem coś wyjaśnić. O powodach alarmu i całej tej bzdury lepiej panu opowie Selena. Ale oto, co jest ważne. Widzę, że przygotowuje się pan do przemówienia. Więc proszę zrozumieć: żadne nowe informacje panu nie pomogą. Nie potrzebuje ich pan. Proszę mi wierzyć.
— Do zobaczenia — powtórzył Wiktor po krótkim namyśle. Golem oczywiście jest mądry. Mądry jak biblijny prorok. Ale czasem człowiek zupełnie nie ma ochoty mu wierzyć. A zresztą prorokom z reguły nikt nie wierzy.
Wiktor nie pojechał elektryczką. Skręcił na znajome peryferie, dokładnie jak wczoraj uruchomił staruśki mikrobus Ford i z radością stwierdziwszy, że jeden reflektor mimo wszystko świeci, pojechał przez całe miasto do zachodniej szosy i dalej, do Przepiórczego Lasu. Zupełnie nie przejmował się właścicielem wozu. W przededniu zbliżających się wydarzeń Wiktor nie brzydziłby się nawet kradzieżą BTR-u.
Reflektory jadącego z naprzeciwka pojazdu rozstawione były dziwnie szeroko — równiarka, nie równiarka, ale na pewno ciężarówka, w najgorszym razie hummer. Ostatnio pojawiło się w mieście kilka tych superwszędołazów na prywatnych numerach — superwszędołazów, sprzedawanych w USA (gdzie są produkowane) tylko za zgodą Kongresu.
Wiktor zwolnił i ostrożnie skręcił w prawo, jednocześnie wymacując w kieszeni pistolet. Czego tu szuka kilka minut przed godziną policyjną jakaś ciężarówka albo szpanerski hummer? Och, niedobry znak!
Ale wóz nie okazał się ani hummerem, ani nawet BTR-em. Był to ogromny autobus marki Mercedes, a jedyny reflektor Wiktorowego forda oświetlił jaskrawy napis na burcie: RZECZNE WILKI oraz ukazał jednakowe twarze przy oknach, jak na komendę odwracające się w jego stronę.
Boże, dokąd jadą ci nieszczęśnicy? — pomyślał Wiktor, ale kilka sekund później zupełnie zapomniał o sportowcach: w stożku światła pojawił się pasiasty szlaban, budka, policjant. Sprzęgło, hamulec, drążek na luz.
Stojący z tamtej strony cadillac robił jeszcze większe wrażenie niż wcześniejszy citroen. Wiktor wyszedł z wozu, Selena również.
— Zostaw tę brykę i wsiadaj do mnie — powiedziała.
Nie odjechali nawet stu metrów od szlabanu, gdy Selena puściła kierownicę i rzuciła się na Wiktora jak dzika kotka. Oba przednie fotele uruchomione jakimś przyciskiem zaczęły wolno się rozkładać, tworząc prawdziwe dwuosobowe łóżko.
— Kocham cię, Wik — szepnęła Selena.
— Poczekaj — roześmiał się Wiktor — przecież niczego tak nie chciałem, jak się wykąpać. Chciałbym się wykąpać przed.
— Cudownie — szepnęła Selena. — Będzie, jak chcesz. Ale uzupełniam: wykąpiesz się przed i po. Zgoda?
Nie ubrała się, kiedy znowu zasiadła za kierownicą, tylko naciągnęła tenisówki z getrami — na bosaka nieprzyjemnie naciska się na pedały. Cadillac runął do przodu jak dziki rumak, wszystkie pięć zakrętów zaliczyli, jadąc co najmniej pięćdziesiąt mil na godzinę, z piskiem hamulców i pistoletowym terkotem żwiru na cudzych płotach, wiatr świszczał w okienkach i w otwartym szyberdachu, silnik ryczał niczym ranny zwierz, a naga Selena była podobna do amazonki ujeżdżającej niepokornego źrebaka. Ruszając na spotkanie gościa, została otwartą bramę do posiadłości, teraz wyszła ją zamknąć i Wiktor rozkoszował się jej pełną wdzięku porcelanową sylwetką w świetle księżyca na tle ciężkich ponurych wrót alarmująco i tęsknie skrzypiących w nocy.
Precz z trwogą, precz z tęsknotą!
Skoczyli do basenu, wzbijając wachlarze błyszczących srebrnych bryzg. Baraszkowali jak dwa młode delfiny. Woda wrzała, szalone fale uderzały w kafelkowe ściany, a duży księży na czarno-bordowym nieboskłonie poczerwieniał czy to z powodu straszliwego upału, czy po prostu ze wstydu…
— Seleno — powiedział Wiktor, wciąż jeszcze ciężko dysząc kiedy znaleźli się w pokoju na górze i zanurzyli w jego chłodzie i bieli. — Powiedz, co się stanie jutro?
— Jutro? Może nic się nie stanie. A może będzie bitwa.
— Z Beduinami?
— Aha, z nimi.
— Oni potrafią walczyć? — poważnie zapytał Wiktor.
— Oni wszystko potrafią. Niestety — powiedziała Selena, spoglądając gdzieś w bok.
— A można ich zabić? — zapytał Wiktor jeszcze poważniej. Selena długo patrzyła na niego i milczała.
— Widzę, że dużo wiesz — rzekła w końcu.
— Nie za bardzo. Po prostu obserwuję. Pisarze, inżynierowie dusz ludzkich, muszą obserwować.
— Aaa — powiedziała przeciągle Selena. — Jesteśmy spostrzegawczy. — I dodała po przerwie: — Można ich zabić, można. Niezupełnie tak jak zwykłych ludzi, ale można. To się już zdarzało.
— Kto to robił? — zapytał Wiktor.
— Nie my — ucięła Selena. Milczeli chwilę. Potem dziewczyna podniosła się i wyjęła z baru butelkę koniaku i dwie klasyczne szampanówki, a z lodówki butelkę szampana.
— Szampana nie piję — powiedział Wiktor. — Praktycznie nigdy. Czy to z powodu Nowego Roku?
Selena drgnęła.
— Dlaczego powiedziałeś o Nowym Roku?
— Dlatego, że pan Chafiis kazał mi przygotować noworoczne życzenia dla naszego narodu.
— Kazał? — powtórzyła Selena.
— Żartuję. Nic mi nie kazał. Po prostu wyjaśnił mi swój punkt widzenia. Niby wszystko zrozumiałem. Wypijmy z tej okazji. Rzadko mi się zdarza, żebym wszystko rozumiał.